Hipster przeszedł na drugą stronę tęczy. Zestarzał się w rytmie stroboskopowo migotliwych czasów. Trudno nadążyć za modą. Wspólny dla niegdysiejszych melancholików i aktualnych hipsterów jest jedynie ich egocentryzm, czyli przypisane młodości prawo do wyjątkowej rangi łączące się z przekonaniem o własnej wartości.

Czasami owa pewność siebie prowadzi na manowce, stając się udręką w kolejnych dekadach życia. O chorobie egocentryzmu opowiada Jan-Ole Gerster w filmie „Oh, Boy”. Wieczni chłopcy i wieczne dziewczyny mogą przejrzeć się w tym filmie jak w lustrze. Być może zobaczą znajomy grymas. Znudzenie zniewoleniem próżni.

Rozgrywający się w Berlinie „Oh, Boy” jest niepozbawionym ironii studium młodzieńczej niemocy. Bohater, Niko (Tom Schilling), jest – jak pisał Steinbeck w „Tortilla Flat” – „chory z nadmiaru przyjemności”. Życie z dnia na dzień, małe ambicje, niewielkie marzenia. Gerster trawestuje styl pierwszych filmów Jarmuscha – począwszy od czarno- -białej kolorystyki zdjęć, kończąc na jasno wyłożonym credo będącym w istocie apologią wiecznego snuja. W „Nieustających wakacjach” czy w „Inaczej niż w raju” Jarmuscha podziwialiśmy jednak galerię fascynujących ekscentryków, tymczasem Niko, tytułowy chłopiec z filmu Gerstera, jest mało wyrazisty, brakuje mu ikry. Słaby w łóżku i na korcie, niezrealizowany w relacji z kobietami i zakłamany w kontaktach z ojcem, równie jak on pustym.