Pierwszy kwadrans nowego filmu Jamesa Graya jeszcze nie zdradza, że przekroczenie progu sali kinowej zakończy się dla posiadacza biletu rozczarowaniem nie mniejszym niż pierwsze spojrzenie ewy Cybulskiej na górujący nad Ellis Island smętny zwiastun rychłej beznadziei, Statuę Wolności.

Dla polskiej imigrantki symbol ten szybko staje się zjadliwie ironiczny, gdyż na granicy zostaje rozdzielona z poddaną kwarantannie siostrą i deportowana. ewa ucieka się jednak pod protekcję nowojorskiego przedsiębiorcy robiącego w rozrywce, czyli, bez owijania w bawełnę, alfonsa, niejakiego Bruna, który łapówkami ratuje dziewczynę z opresji. Co dzieje się dalej, zgadnąć chyba nietrudno.

„Imigrantka” z pewnością kusi starannie wystylizowanym ponuractwem miejskiego gąszczu z betonu, szkła i stali. Szarzyzna zakradająca się do każdego kąta pozwala wierzyć, że nad amerykańską metropolią początku lat 20. nieustannie unoszą się burzowe chmury, zresztą i sama ewa swój los widzi w barwach sepii. Nawet erotyczne tańce urządzane przez Bruna w podrzędnej spelunie mają w sobie tyleż burleskowego wdzięku i energii, co chochole pląsy. amerykański sen nie będzie udziałem katowiczanki. Gray bezlitośnie wikła ją w miłosny trójkąt, mnożąc kolejne nieszczęścia, sprowadzając na dno dna, od którego jeśli się nie odbije, to na zawsze ugrzęźnie w mule. Na scenie pojawia się też empatyczny magik Orlando, któremu ewa wpada w oko, lecz kobieta nie może opuścić miasta bez siostry, na której leczenie zarabiać ma, dzięki pośrednictwu obrotnego Bruna, dotrzymując towarzystwa jego nadzianym klientom.