Swoją najnowszą płytę „Kruche” nagrałaś z zespołem, z którym grasz od kilku lat, i z producentem Marcinem Borsem, z którym również spotkałaś się już wcześniej w studiu. Co wobec tego zmieniło się na „Kruche” w porównaniu z poprzednimi płytami? To pierwsza płyta wydana po tym, jak zostałaś mamą. Może to naznaczyło jej charakter?

„Kruche” niespecjalnie odpowie na pytanie, jak macierzyństwo zmieniło i czy w ogóle zmieniło mnie muzycznie. Materiał powstał jeszcze przed narodzinami dziecka. Miksy co prawda były już robione z maleństwem pod pachą, a część nagrań, kiedy byłam w ciąży. Kompozycje powstały jednak wcześniej. Dlatego w tym równaniu nie ma aspektu macierzyństwa. Oczywiście logistyka się zmieniła, jest w dużej mierze podporządkowana dziecku, ale czy macierzyństwo ma wpływ na mnie czysto muzycznie, to się dopiero okaże. Sam zespół, który mi towarzyszy, faktycznie pozostał niezmieniony. Skład z Robertem Raszem, Wojtkiem Traczykiem i Wacławem Zimplem był już ukształtowany na etapie pracy nad płytą „Wersje” sprzed trzech lat. Z Marcinem Borsem pracuję już z kolei od siedmiu lat. Nowy album w części powstał podczas pracy nad poprzednim „The Escapist” i nie widziałam potrzeby, żeby przy nim kombinować, jeśli chodzi o współpracowników.

Klimat nowej płyty jest w wielu aspektach mroczny. Niespecjalnie wesołym tekstom wiele razy towarzyszy jednak energiczna, pozytywna muzyka.

Nie było takiego zamysłu, żeby muzyką rozjaśnić teksty albo odwrotnie. Piosenki powstawały osobno, nie czułam więc konieczności kierowania ich w jakąś stronę. Ciekawe, że album przez długi czas powstawania nosił roboczy tytuł „The Optimist”. Dopiero kiedy się okazało, że piosenki idą w stronę lekkiej apokalipsy, a do tego doszła ta okładka, postanowiłam zmienić tytuł.

Prosta grafika z ludzikiem jakby uciekającym z płomieni.

To nie była rzecz zlecona. Podobnie jak w przypadku „The Escapist” i okładki z kosmonautą, ta grafika była już gotowa wcześniej. Jej autorką jest Gosia Herba. Ta okładka, a do tego nazwa „The Optimist”, to byłby czarny humor niespecjalnie pasujący do materiału. Grafika, zresztą odstająca stylem od innych Herby, jest dwuczęściowa. Składa się ze wspominanego ludzika, a z drugiej strony z gapiów, którzy na niego patrzą. Jest dzięki temu napięcie między pierwszą i drugą stroną. Ono też się pojawia w piosenkach. Dobrze także ilustruje coś, co nazwałabym po angielsku „urgency”, co odczuwam trochę jako pilność przekazu, spostrzeżenie, jak bardzo dziś potrzebujemy uwagi, uchwycenia naszej uwagi tu i teraz. Zastanawiałam się, czy okładka nie krzyczy za bardzo, ale z drugiej strony jest tak narysowana, że jednak ma jakąś tajemnicę. Ma w sobie wrażliwość, tak jak, mam nadzieję, moje piosenki, nawet te o dramatycznych rzeczach, końcu świata. Nie chciałabym jednak, żeby ktoś, kto czyta naszą rozmowę, pomyślał, że na „Kruche” panuje tylko groza. Tak nie jest. Chciałam tu przemycić nutę optymizmu. Płyta ma przebłyski tego, co było na „The Escapist”, czyli rzeczy bardzo intymnych, pisanych w skali jednego człowieka. Nie jest szerokim komentatorem społecznym, nie mam do tego smykałki.

Sporo jest na płycie jazzowych elementów, przede wszystkim w kompozycji „Lonely house”. Nie chciałabyś w pełni zmierzyć się z tego typu jazzowym materiałem?

Cały album w tym stylu byłby na pewno dla mnie kuszący, tym bardziej że towarzyszący mi od lat muzycy są totalnie zanurzeni w jazzie. Jeżeli więc kiedyś przyszłoby mi do głowy granie jazzu, to na pewno miałabym ich wsparcie, ale znając alternatywne, free dokonania w tej materii, nie byłby to materiał bardzo klasyczny. Raczej lekko dziki. Jeśli chodzi o „Lonely house”, to jest to wersja utworu Kurta Weilla z jego opery „Street Scene”. Co ciekawe, wielokrotnie był on interpretowany przez wokalistki jazzowe, m.in. Betty Carter. To jeden ze starszych numerów, który wreszcie doczekał się swojego miejsca na płycie. Zaczynaliśmy nim koncerty w ostatnich dwóch latach na trasie „The Escapist”. Teraz pewnie trochę od niego odpoczniemy, ale grać będziemy za to nowe covery, które będą pasowały do kontekstu „Kruche”.

Płytę kończysz subtelną balladą „Jaki kolor”. Opowiedz o tej pięknej kompozycji o końcu świata.

To piosenka, do której przymierzał się wcześniej Piotr Zioła. Na jego debiucie „Revolving Door”, który zresztą wyprodukował Marcin Bors, znalazły się moje teksty i muzyka. Jedną z piosenek miała być też napisana wcześniej „Jaki kolor”. Piotrek się do niej przymierzał, ale ostatecznie nie znalazła się na jego debiucie. I tak jakby wróciła do mnie. Mam nadzieję, że to jest dobry znak i dobra recenzja firmy piosenkopisarskiej Gaba Kulka. Dowód, że nie daję innym piosenek, których sama bym nie nagrała (śmiech).

W utworze „Jeszcze” śpiewasz: „wiele mam zalet, ale odwaga nie jest jedną z nich”. Patrząc na to, co od lat robisz muzycznie, raczej nie jest to zdanie o tobie.

Takie momenty braku odwagi na pewno są, ale z biegiem czasu nauczyłam się ryzykować. Z pewnością pomagają mi w tym ludzie, z którymi pracuję. Są w stanie utwierdzić mnie w mocnych ruchach. W tym, że jak już jest jakiś zamysł aranżacyjny, to nie warto dodawać go jako przyprawy, tylko jako mocny konkret. Chociaż z drugiej strony czuję, że moja muzyka trzyma się w ryzach, nie wychodzi poza ramy, gdzie sponiewierałaby słuchacza. O ile bowiem lubię ekstremalne środki w muzyce u innych, to dla mnie najważniejsza jest piosenka. Staram się dodatkowymi środkami nie „przefajnować” kompozycji. Żeby aranż i produkcja nie przysłaniały piosenki, żeby jej nie „zamalować” za bardzo.

Przeżyłaś jakiś szczególnie ciężki moment podczas nagrywania „Kruche”?

Moment miksów płyty był z jednej strony bardzo trudny, a z drugiej bardzo twórczy i pełen kontemplacji nad materiałem. Sam początek pracy nad miksem nie był łatwy, bo nie dość, że nie sprzyjała temu styczniowa aura, to jeszcze przyjechałam do Wrocławia, gdzie pracowaliśmy nad miksami, bardzo chora. Z jednej strony pozarażałam zaraz wszystkich, a z drugiej to był taki pierwszy dłuższy wyjazd z malutkim dzieckiem. Także pierwszy numer był trochę drogą przez mękę, ale później była już czysta przyjemność. Tak naprawdę miksy to dla mnie jedna z największych radości podczas pracy nad płytą i niemal zawsze pracuję nad nimi w studiu razem z producentem. Przez lata nauczyłam się, że miksy to nie jest tylko dokładanie kremu do gotowego tortu, ale także integralny proces twórczy, równie intensywny jak nagrywanie. Trochę jak ustawienie kamery w filmie. To, co się dzieje do tego momentu, jest wynikiem scenariusza, ustawienia aktorów, sceny. Tym jednak, w jakim planie ustawisz kamerę, zmienia się percepcję widza. To jak znalezienie odpowiedniego kadru.

Nagrywasz płyty już od ponad dekady. Jakie widzisz u siebie zmiany przez te lata?

Wydaje mi się, że zawsze jak się patrzy wstecz, to dochodzi do nostalgii za małą naiwnością, gdzie błędy popełniane po raz pierwszy potrafiły być ciekawe. Za świeżością ignorancji muzycznej. Jednak jak słucham dzisiaj swojego głosu z płyty „Out” jeszcze przed późniejszymi lekcjami wspomagającymi i aranżacji, to wolałabym tego nie powtarzać (śmiech). Nuta słodyczy w tych starszych rzeczach jest równoważna z tym, że widzi się postęp. Teraz czuję, że przez doświadczenie i pewność siebie podejmuję więcej dobrych decyzji. Dzisiaj wiem, że nieśmiałość w wyrażaniu tego, czego się chce, nie zawsze jest dobra. Jeśli brakuje konsekwencji i decyzje stają się rozmyte, to później sporo kosztuje powrót do formy, która cię zadowala. Warto przemóc się i od razu powiedzieć swoje zdanie wprost. Nauczyłam się konsekwencji w budowaniu swoich dźwięków i tego, że nie opłaca się iść na łatwiznę.

Pisałaś piosenki wykonywane przez wielu artystów. Chciałabyś jeszcze specjalnie napisać dla kogoś tekst?

Nie myślałam o tym. Tak naprawdę to się odbywa tak, że to inni zgłaszają się po piosenki do mnie. Ostatnio miałam na przykład okazję napisać tekst dla Konrada Kucza na jego nową płytę. Ale czy marzę o kimś? Chyba nie. Najmniej prawdopodobny manewr i tak już wykonałam. Piosenka z moim tekstem znalazła się na albumie Hey („Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan”). Na płycie śpiewanej przez Kasię Nosowską jest mój tekst! Tak że w tej materii chyba największą wisienkę na torcie już skonsumowałam.

Krucha i wielobarwna Gaba

Mało jest wokalistek, które potrafiłyby na swojej płycie połączyć dość mroczne teksty z elementami skutecznie rozluźniającymi, coverem rockowych mistrzów Queens of the Stone Age, kompozycją Kurta Weilla w duchu minimalistycznego jazzu, wzruszającą balladą i melodyjnym alternatywnym popem. Gabie Kulce na nowej płycie „Kruche” udało się ten koktajl złożyć we wciągające przez całe 50 minut danie. O tym, że Gaba potrafi pisać doskonałe piosenki, przekonywała wiele razy na swoich płytach oraz „częstując” napisanymi przez siebie utworami innych artystów. „Kruche” w tym względzie nie zaskakuje. To zestaw doskonale napisanych, zagranych i zaaranżowanych piosenek. Wokalnie Kulka jest w znakomitej formie, bawi się swoim głosem na wiele sposobów. Jej kompozycje z pocałowaniem ręki mogłyby przygarnąć zarówno Tori Amos, jak i St. Vincent albo Amanda Palmer, której zresztą Gaba poświęciła jedną z piosenek na „Kruche”.

Gaba Kulka | Kruche | Mystic