Dowódca złożył życzenia, jakich wszyscy się spodziewali, czyli kolejnych świąt już w domu. Niewielu jednak w to wierzyło. Nie widzieli szans na szybkie zwycięstwo.

Zbliżała się godzina policyjna. Mieszkańcy Lublina pędzili przed siebie obładowani zdobytymi pakunkami, aby uniknąć patrolu. „Janina niosła w torbie dobrze zawinięte śledzie oraz dwie puszki konserw i spiesząc do domu (…) cieszyliśmy się w duchu, jak wspaniale wypadnie ta nasza pierwsza po wojnie uczta wigilijna” – wspominał dziennikarz Leopold Marschak. Od dwóch dni pracował dla Polpressu, poprzednika Polskiej Agencji Prasowej. A jeszcze niedawno przebywał w okolicach Wilna, gdzie spędził okupację. Teraz, niezagrożony aresztowaniami i bombardowaniami, cieszył się na pierwsze spokojne święta.

Wspólnie ze znajomymi z Warszawy przygotowali kolację. Jak na wojenne warunki robiła wrażenie. Duży stół przykryli prześcieradłami, na których ustawili butelki z alkoholem. Mieli śledzie i konserwy z przydziałów kartkowych, ciasto, opłatek i gałązki choinki dla ozdoby. Nastrój był wesoły i swojski. „Śpiewane chórem kolędy chyba nigdy jeszcze tak nie wzruszyły samych chórzystów, jak tego wieczoru. Panie raz po raz przykładały chusteczki do oczu, a i nam załamywał się głos, ilekroć pomyśleliśmy o Warszawie, pozostającej w tę noc wigilijną w cmentarnej ciszy i martwocie, i wciąż jeszcze we władzy wroga”. Po latach Marschak przyznał, że kolacja wigilijna 1944 r. przypomniała mu przedwojenną Warszawę.

Serca i pamięci

23 grudnia 1938 r., w przeddzień ostatniej Wigilii w II Rzeczypospolitej, „Kurjer Warszawski” donosił, że można usłyszeć „echa tej wielkiej przedświątecznej batalji, która rozgrywa się w głębi miasta, przy rozkrzyczanych halach targowych, przy składach pierników, orzechów, ryb, «astrachańskiego» kawioru… z Wisły, «tokajów» z… jabłek, gruszek i rodzimych smacznych śliw!… Tam życie wre, jak ukrop – gorące, spienione troską”.

Julian Podoski, autor tekstu, przekonywał, że Warszawa stała się miastem zbytku i nieopatrznej rozrzutności. Już w 1928 r. organizacje kupiectwa polskiego zgłosiły się do Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej po zgodę na wydłużenie godzin pracy sklepów w tygodniu przedświątecznym. Minister uznał, że nie leży to w zakresie jego kompetencji i odesłał autorów petycji do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Urzędnicy toczyli dyskusje, czy nie naruszą prawa, wydając pozytywną opinię. Prasa stwierdziła, że zgoda na takie rozwiązanie byłaby korzystna nie tylko dla handlu, „lecz niewątpliwie również w interesie szerokich sfer publiczności”.

W tym samym czasie na łamach „Kurjera Warszawskiego” inny autor pisał: „przed Świętami Bożego Narodzenia chcemy powiedzieć kilka słów o refleksjach, które zazwyczaj przychodzą po świętach. Któż sobie nie mówił, a czasem nie wyrzucał, że te dwa dni świetnie, obficie spędzone, dwa krótkie dni, które mignęły jak z bicza trzasł – pochłonęły tak wiele gotówki… Czasem cały miesiąc można by żyć za to, co pochłonęły święta… Zwłaszcza wiedzą o tem nasze małżonki, które często daremnie wstrzymywały nas, zatwardziałych marnotrawców i utracjuszy, od wielu wydatków, zbędnych, lekkomyślnych”.

Nie tylko kupowaniem żyła Warszawa. Podoski zwracał uwagę, że stolica potrafi w tym szczególnym czasie okazać troskę biedniejszym i żołnierzom oddalonym od domów. „Tam, daleko, na wschodzie Rzeczypospolitej, zakopana w śniegu (…) szara armja «Kopu» (Korpus Ochrony Pogranicza, KOP – red.). W strażnicach płoną ognie, w żołnierskich kotłach warzy się strawa wigilijna, gdyż dowództwo pilnie pamięta o szeregach, które pełnią ciężką służbę na granicznej – «narodowej warcie». Tam żołnierzom czegoś innego potrzeba! Na bezludziu, wśród zasp mroźnych i kresowych wertepów im – brak serca i pamięci tych, którzy bezpiecznie w głębi państwa Boże Narodzenie święcą…”.

Dwa lata później KOP-u już nie było. Skończył się czas rozrzutności, a w jego miejsce weszła wojenna gospodarka niedoboru. „Święta 1939 roku zapowiadają się bardzo biednie. Nie ma żywności i pieniędzy, ja moimi sankami zarabiam niewiele, ojciec dopiero wrócił z tułaczki” – zapisał zaledwie 13-letni wówczas Andrzej Świętochowski. – „Na parę dni przed świętami, ktoś dzwoni do drzwi, otwieramy, a w drzwiach stoi, jak święty Mikołaj, starszy brat mojej mamy, wuj Staś Kowalski, w kożuchu, filcowych butach i futrzanej czapie na głowie. Okazuje się, że siostra mojej mamy, ciocia Zosia, wysłała go wraz z furmanem z Podębia, wozem pełnym prowiantu. Przebyli w czasie mrozu 80 kilometrów i na drugi dzień pojechali z powrotem. Mamy więc żywność, nawet o tym nie marzyliśmy, mama dzieli się ze znajomymi, którzy również są w biedzie i Święta wydają się dostatnie i spokojne”.

Podczas okupacji ludziom pomagały w święta rozmaite organizacje. Konspiracja przeznaczała specjalne fundusze na dodatki świąteczne dla swoich najbiedniejszych członków. Z kolei działające od października 1939 r. Ognisko Aktorów Polskich zorganizowało kolację wigilijną dla prawie 150 osób. Obok skromnego posiłku – zupa grzybowa, kluski, kawałek ryby, czarna kawa – dostali niewielkie paczki żywnościowe, a w nich m.in. cukier podarowany przez Wedla. Prezenty były skromne, ale ważne przez samo to, że ktoś o nich pomyślał. „W niewielkich kartonowych pudełkach – wspominał Zbigniew Koczanowicz – znajdowały się «bakalie» – trzy papierosy firmowe i dwa tzw. swojaki robione po nocach przez koleżanki oraz maleńka gałązka świerku. Na wieczku pudełka nalepiony był drzeworyt – dzieło scenografa Jana Golusa”.

Żeromski dla całej Polski

Jeszcze długo przed wojną reklamodawcy odkryli potencjał przedświątecznego sezonu. W 1918 r. na pierwszej stronie „Kurjer Warszawski” ogłaszał, że firma L. Wróbel, mieszcząca się przy ul. Krakowskie Przedmieście 25, poleca m.in. na prezent herbatę cejlońską oryginalną (już od 10 marek), pierniki wyborowe z pierwszorzędnych fabryk, winogrona i owoce, mak, drożdże, bażanty, wina, miody staropolskie, wódki, rumy i koniaki. Z kolei u Jaskulskiego na Wierzbowej róg Trębackiej można było dostać wyroby platerowane z „bronzu i marmuru”.

Dwadzieścia lat później świąteczny asortyment był już inny. Żywność i wyposażenie domowe – tak poszukiwane po dopiero co zakończonej wojnie – zastąpiły towary luksusowe, takie jak: „radjoaparat typu Marconi”, aparaty fotograficzne Kodaka czy kasetki Elida, będące wówczas prawdziwą sensacją. Reklama zachęcała tak: „kupując je spełniacie skryte życzenie każdej kobiety i zyskujecie jej wdzięczność. Kasetka Elida to upominek, który, łącząc w sobie wykwint i praktyczność, utrwala Was na długo w pamięci osoby obdarowanej”. Sprzedawali je bracia Jabłkowscy, właściciele jednego z pierwszych domów handlowych w Polsce. Mieli też bogatą ofertę zabawek dla dzieci: lalkę Królewnę Śnieżkę, pieska Klitusia-Bajdusia, krasnoludka w barwnym ubranku, rower na trzech kołach, lokomotywę nakręcaną, wózek spacerowy dla lalki oraz sanki. A jeśli ktoś poważnie planował przyszłość, mógł dać w prezencie książeczkę premiową od PKO.

Jeśli wierzyć reklamom, to najpopularniejszymi podarkami były jednak książki – poświęcano im długie artykuły, omawiające najciekawsze tytuły. W 1918 r. polecano – dziś całkowicie zapomniane – „Listy do Lili” „dla dorastających panienek”, „Przyjaciół Jerzyka”, jeśli ktoś chciał rozwinąć u malucha miłość do zwierząt, czy powieść „Do Warszawy na wielbłądzie”, „wstrząsającą tragedię dzieci uchodźców, a właściwie wygnańców polskich, ofiar ewakuacji rosyjskiej”.

Dekadę później sensacją na rynku wydawniczym okazał się zbiór dzieł Stefana Żeromskiego. „Kurjer Warszawski” reklamował go na pierwszej stronie hasłem: „Żeromski dla całej Polski”. Zadbano o to, aby jak najwięcej osób zainteresowało się kupnem kolekcji. Księgarnia towarzystwa wydawniczego w Warszawie wprowadziła na nie specjalne bony, które można wręczać jako upominki.

Choinki i kolędnicy

W 1928 r. jeszcze po południu w Wigilię można było na niektórych placach dostać choinki. Sprzedawcy obniżali ceny, a najskromniejsze okazy oddawali nawet za darmo. Okazałe, wysokie na dwa piętra drzewko władze Warszawy ustawiły na Rynku Starego Miasta. „Na tle polichromji choinka «dla wszystkich» robiła imponujące wrażenie, zwłaszcza w momentach, kiedy padały na nią światła reflektorów, ustawionych w tym celu na specjalnych podstawach drewnianych, na rynku. Dziatwa uboga Powiśla zbiegła się tłumnie, aby cieszyć oko przepięknym drzewkiem”, donosił „Kurjer Warszawski”.

W końcu ulice opustoszały. Krążący po mieście kolędnicy wyśpiewywali własne wersje tekstów, ale na melodię tych powszechnie znanych. Często poruszały one sprawy poważne, jak opowiadająca o eksmisjach lokatorów „Kolęda gospodarza”. Niektóre były żartobliwe, jak „Kolęda zięcia”, śpiewana w rytm „Przybieżeli do Betlejem”. Zaczynała się tak: „Znałem zięcia, co był dobry, w to wierzę, / Bo z teściową razem klepał pacierze, / Mył garnki i szorował, / Podłogi froterował aż miło, aż miło”. Dalej słuchacze dowiadywali się, że teściowa wysłała zięcia po choinkę, ale ten zamiast kupić drzewko, wybrał się z kolegą „na jednego małego, małego. / I tak sobie wesolutko podpili, / Że aż się w komisariacie zbudzili”. Powrót do domu miał się okazać problemem nie mniejszym niż spotkanie z policją.

Podczas wojny święta nie oznaczały już radości i spokoju, co pobrzmiewa w słowach śpiewanych wówczas kolęd – od dramatycznych, takich jak „Kolęda warszawska” Kazimierza Balińskiego, po pełne nadziei, m.in. „Kolęda” Juliana Dzielnickiego, napisana w 1940 r. w Budapeszcie i śpiewana na melodię „Przybieżeli do Betlejem”. Ostatnia zwrotka zapowiadała słuchającym lepszą przyszłość: „Przybieżeli żołnierze do Dzieciątka z kurendą / Hołdu z lackiej krainy. / Usłyszeli, że przyjdą ze zwycięską kolędą / w następnego Urodziny”.

Święta o zapachu whisky

„Święta żołnierzy były znacznie uboższe i smutniejsze niż w ubiegłym roku. Wówczas ożywiała nas wiara, że z nowo zorganizowanym wojskiem pójdziemy wkrótce na nasze ziemie, tu już traciliśmy ją wobec beznadziejności aktualnego życia” – wspominał Marian Łoziński, który przez Rosję trafił do II Korpusu Polskiego. W 1939 r. nie było już domu, który by kogoś nie stracił. Dziesiątki osób zostały zmuszone uciekać. „Dziś czekamy wszyscy na tę chwilę, która dawniej łączyła miłością, pachniała sianem podłożonym pod obrusem, migotała w ruchliwych płomykach świec i bańkach na choince, dawała radość i szczęście – a dziś (…) będzie się łączyć z zapachem whisky, pitej w niezliczonych ilościach, przy wtórze wyjących gdzieś w pustyni szakali czy wypuszczonej wbrew rozkazowi serii kaemu (…). Kiedy patrzę na ponakrywane na wolnym powietrzu stoły, mimo woli przechodzi mi przez głowę myśl, że zacznie się od głupich życzeń, a skończy na (…) pustych butelkach i niesmaku w ustach. Inaczej być nawet nie może w tych warunkach” – pisał Łoziński.

Bardzo się nie pomylił. Kolacja zaczęła się od zbiórki kompanii. Następnie dowódca złożył życzenia, jakich wszyscy się spodziewali, czyli kolejnych świąt już w domu. Niewielu jednak w to wierzyło. Nie widzieli szans na szybkie zwycięstwo ani nie czuli świątecznej atmosfery. Na pewno nie stwarzało jej niewielkie drzewko – a może raczej krzak – przywiezione z gór, które ktoś przyozdobił cukierkami, świeczkami i nabojami do karabinów. Nie powiodły się próby poprawy humorów kolędami. Emocje rozładowano dopiero, strzelając w powietrze. Niewiele lepiej wyglądała sytuacja w kasynie oficerskim, w którym królowały tańce i alkohol.

Świąteczna pustka i poczucie beznadziei były równie silne w okupowanym kraju. Wzmacniała je atmosfera terroru i zagrożenia życia, ale również permanentny niedobór – szczególnie jedzenia i ciepła zimą, bo o węgiel było trudno. Zofia Nałkowska 24 grudnia 1940 r. zapisała: „Dzień wigilijny niepodobny do żadnego z dawnych. Mama nie wie, że nie żyje ciocia Janina, która zawsze przysyłała na Wilię w liście opłatek. Jasia kupiła malutką choinkę, która stoi wetknięta w wielki zakopiański wazon nie ubrana. I nawet jest opłatek w szafie, ale nikt o nim nie pomyślał – tak jest dziwnie, tak jest inaczej”.

Tak jak u Łozińskiego z dala od kraju, tak i w Polsce nadzieja była towarem deficytowym nawet w święta. Ludwik Landau pisał w swojej kronice: „Z głębokim pragnieniem, ale bez wielkich nadziei już życzą sobie ludzie, by były to ostatnie święta wojenne, a wprowadzona w zeszłym roku formułka «spokojnych świąt!» teraz zapanowała powszechnie”.

Radość i ufność

Pokój na świecie był również stałym elementem życzeń świątecznych w międzywojennej prasie. Pobrzmiewało w nich przeświadczenie, że niepodległość nie została dana na zawsze. W 1938 r. „Kurjer Warszawski” w wigilijnym wydaniu pytał: „i jakżeż się dziwić, że świat, mało powiedzieć, zbroi się, lecz gromadzi, tłoczy i piętrzy zbrojenia i obwarowania w takich ilościach i z takimi udoskonaleniami niszczycielskimi, że wszystko, co działo się w ciągu czterolecia ostatniej wojny, maleje, blednie i szarzeje”.

Mimo to autor chciał wierzyć, że będzie dobrze. Tekst zakończył stwierdzeniem, że „bez gwiazdy przewodniej zawieruchy dziejowe stają się otchłanią zatracenia, która pochłonęła już tyle narodów i cywilizacji, ale też nie ma w dziejach ludzkości przełomów, przez które nie przebiłaby się moc ducha, krzepiącego wolę wiarą niezłomną w tę prawdę nadziemską, która objawiła się w Bożym Narodzeniu”.

Rzeczywistość nie po raz pierwszy miała przerosnąć oczekiwania. Ale gdy wojna dobiegła końca, wiara znowu powróciła – wydawała się niezbędnym warunkiem przetrwania, odbudowania wewnętrznego spokoju. A czy jest na to lepszy moment niż święta? W grudniu 1945 r. „Życie Warszawy” pisało: „Dziś rozbłysną w całej Polsce choinki. Skromne w tym roku jak i stół wigilijny – jak skromny i ubogi jest jeszcze nasz kraj spalony ogniem wojny. W nocnej ciszy, w serdecznym kręgu rodzinnym rozlegną się stare kolędy i oczy dzieci wypełni radość i ufność”. ©Ⓟ

„Święta 1939 roku zapowiadają się bardzo biednie. Nie ma żywności i pieniędzy, ja moimi sankami zarabiam niewiele, ojciec dopiero wrócił z tułaczki” – zapisał zaledwie 13-letni Andrzej Świętochowski