SERIAL | Fabuła szóstego sezonu strzeżona jest pilnie niczym państwowa tajemnica (sam Martin pisze na stareńkim komputerze pozbawionym dostępu do internetu), ale gdzieniegdzie uchylono rąbka tajemnicy. I choć sprawa Jona Snowa wydaje się przesądzona, a sam aktor potwierdza, że jego postać faktycznie nie żyje, nadzieja umiera ostatnia.
Kolejny sezon „Gry o tron”, kolejne obietnice rychłych śmierci, cierpienia i nieszczęść. Bo bohaterowie wyciągnięci z kart sagi George’a R.R. Martina nie tyle do szczęścia dążą, ile starają się uniknąć nieszczęść. Komu powinie się noga, ten znika, nie ma drugich szans i zmartwychwstań, choćby chodziło o postać pierwszego planu. A przynajmniej do tej pory. Miliony nadal liczą, że zasztyletowany przez swoich braci z Nocnej Straży Jon Snow jakimś sposobem uniknął śmierci lub może życie zostanie mu przywrócone. Kwestii tej nie rozwiążą jednak nawet i ci, którzy książki Martina znają na pamięć, bo rozpoczynający się 25 kwietnia szósty sezon jest już tworem autonomicznym.
No, może niezupełnie, bo jednak fabuła konsultowana była na bieżąco z autorem „Pieśni Lodu i Ognia”, ale twórcy i tak do tej pory pozwalali sobie na znaczące odstępstwa od pierwowzoru. Serial jest jednak nadal w dobrych rękach. Przez ostatnich pięć lat panowie Benioff i Weiss zdążyli udowodnić, że karkołomny pomysł na telewizyjną superprodukcję osadzoną w środowisku fantasy i przeznaczoną dla widza dorosłego można przekuć na sukces. Ostatni odcinek piątego sezonu w samych Stanach Zjednoczonych obejrzało przeszło osiem milionów ludzi, a pamiętajmy, że mowa o płatnej telewizji kablowej.