Żył chyba ponad miarę. Spieszył się zawsze, ale paradoksalnie zawsze miał dla każdego czas. Pośpiech to pewnie natura domagająca się od Piotra „nażycia” się ponad stan, skoro jego czas był ściśle ograniczony, uwaga na innych stanowiła zaś immanentną część osobowości.
Dobrze było nam z Piotrem. Ciągle się na niego gdzieś wpadało. Z innymi znajomymi z branży nie widuję się czasami całymi latami, z Łazarkiewiczem było inaczej. Miało się wrażenie, że jest wszędzie. W budynku telewizji, na przystanku metra albo na malutkim, prowincjonalnym festiwalu. A chociaż znał chyba wszystkich, każda rozmowa z nim sprawiała wrażenie, jakby Piotr mówił specjalnie dla nas, w jakiś szczególny sposób nas tym wyróżniając. Pamiętam zwłaszcza moje ostatnie, jak zwykle zbyt krótkie rozmowy z reżyserem, bohaterem „Nieobecności”. Na kilka tygodni przed śmiercią Piotra spotkałem go na warszawskim przystanku: deszcz przeszedł w śnieg, a my staliśmy tak bez parasoli, zmoknięci, nie mogliśmy się rozstać. „No, dobrze jeszcze pięć minut, jeszcze kwadrans”. Mówiliśmy o teatrze Witkacego w Zakopanem, o Różewiczu, o pokrętnej polityce TVP. Wcześniej siedzieliśmy obok siebie na „Nightwatching” Greenawaya i nie mieliśmy wobec brytyjskiego twórcy żadnej litości. „Jak można tak nie szanować widza”, szeptał mi Piotr. I dodawał: „I nienawidzić kina”. Dla reżysera, twórcy „Pory na czarownice” i „0-1-0”, było to największe wykroczenie. Bo Piotr kochał kino. I kochał ludzi. Film jego żony, Magdaleny Łazarkiewicz, jest pięknym dowodem tej zdublowanej miłości.