Krystyna Janda już od dawna nie musi niczego nikomu udowadniać. Jest aktorką z najwyższej półki. W spektaklu „Maria Callas. Master class” w Och-Teatrze, po raz kolejny stworzyła jednak kreację, za sprawą której przeskoczyła samą siebie o kilka długości. Ale to nie pokaz własnej aktorskiej wirtuozerii jest w tym przedstawieniu celem nadrzędnym.

„Ja wiem, że świat się nie zawali, jeśli od jutra nie będzie przedstawień "Traviaty". Ale wierzę, że wybierając sztukę, przyczyniamy się do tego, żeby ten świat stawał się piękniejszy i lepszy. Że zostawiamy go mądrzejszym i bogatszym”. Te słowa Callas stały się dla Krystyny Jandy manifestem w obronie sztuki i rzemiosła artystycznego.

Aktorka, wraz z reżyserem Andrzejem Domalikiem, odczytali sztukę McNelly’ego po raz drugi, obalając przekonanie, że nie wchodzi się do tej samej rzeki powtórnie. Czasem wejść trzeba. Bo po pierwsze, co podkreśla Janda, od 1997 roku, gdy na deskach Teatru Powszechnego wystawili sztukę „Maria Callas. Lekcja śpiewu”, pojawiło się sporo materiałów rzucających nowe światło na artystkę. Po drugie: zmieniła się sama Krystyna Janda, która zawód aktorki i reżyserki musiała połączyć z funkcją dyrektora teatru. W niezbyt przychylnych kulturze czasach, by związać koniec z końcem, trzeba żelaznej dyscypliny, determinacji i pasji. I po trzecie dlatego, że w tekście Terrence'a McNally’ego twórcy znaleźli słowa, które po latach forsowania hasła „Gospodarka, głupcze” mają szczególnie znaczenie. Może to już ostatni moment, by krzyczeć „Sztuka, głupcze”.

W spektaklu przygotowanym w Och-Teatrze mniej jest Callas divy, więcej Callas artystki, kobiety oraz... Krystyny Jandy – głosu środowiska, któremu zależy na prawdziwej sztuce.

Reklama

Gdy Janda wchodzi na scenę - już nas ma. Już się nie wywiniemy, bo jako Callas jest perfekcyjna. Bez zarzutu. Niczego nie jest w tej kreacji za mało, niczego za dużo. Nigdzie nie ma przesady; żaden ze środków nie został nadużyty, nie ma gry "pod publiczność". Janda nie szarżuje, nie przerysowuje, nie o efektowny popis jej chodzi, ale o uważność na rolę, na drugiego człowieka, na widza, na postać, na głos, słowo, na rozumienie tego co się robi. Szacunek dla sztuki i zawodu - w tym się właśnie wyraża, a dziś staje się zjawiskiem coraz rzadszym.

Z tej master class każdy może coś wziąć dla siebie: adepci sztuki, decydenci, widzowie. Jeśli chce się zbudować prawdziwy sukces, trzeba godzić się na wyrzeczenia, stale doskonalić, krok po kroku mozolnie wchodzić na szczyt. Callas - Janda krzyczy więc ze sceny o szacunek dla rzemiosła artystycznego i sztuki, bez której życie jest po prostu mniej warte. Dwa wielkie monologi artystki zapierają dech. Janda, jak mało która aktorka, czuje i rozumie monodram, więc swoje z nim doświadczenia wykorzystuje w dramatycznym wyznaniu wielkiej artystki i samotnej kobiety. A w tle Verdi, Bellini, Puccinni. I niczego więcej nie potrzeba. Katharsis? Tak.