Od premiery oryginalnego filmu minęło ponad 30 lat i właściwie przez cały ten czas Terminator, a raczej różne jego wcielenia, nie znikał z popkulturowej świadomości widzów. Dwie części wyreżyserowane przez Jamesa Camerona – do dziś wzorcowe kino akcji – potem mniej udana, ale przynajmniej zabawna „trójka”, szybko skasowany serial „Kroniki Sarah Connor”, wreszcie słabe „Ocalenie”: każda kolejna produkcja rozbudowywała terminatorowe uniwersum, mniej lub bardziej skutecznie naginając do swoich potrzeb wymyślone przez Camerona reguły. „Genisys” obchodzi ten problem dość zgrabnie, choć jednocześnie w najbanalniejszy sposób: akcja filmu toczy się bowiem w innym planie czasowym, nie tyle unieważniając poprzednie części, ile czyniąc z nich opowieści w stylu „co by było, gdyby...”.

Początek nowego „Terminatora” odwołuje się zresztą bezpośrednio do oryginału, oglądamy nawet te same sceny, tyle że nakręcone z nowymi aktorami: Kyle Reese, wysłany przez Johna Connora w przeszłość, ląduje w Los Angeles w 1984 roku. Tam ma chronić Sarah, matkę Johna, przed atakiem robotów wysyłanych z przyszłości przez system Skynet. Okazuje się jednak, że historia potoczyła się inaczej, niż zapamiętał ją John. Sarah nie jest już bezwolną ofiarą, to twarda zawodniczka, która z pomocą Terminatora – sama nazywa go pieszczotliwie Pops – sama potrafi sobie poradzić z zagrożeniem. I jest na tyle skuteczna, że atak Skynetu na ludzi przesunął się w czasie: teraz ma wydarzyć się w 2017 roku, w czasie premiery nowego systemu operacyjnego zwanego Genisys, więc Kyle i Sarah muszą udać się 33 lata w przyszłość, by powstrzymać Dzień Sądu.

Podróże w czasie to temat, który nawet od twórców kina rozrywkowego wymaga wyjątkowej precyzji, ale scenarzyści „Terminatora Genisys” paradoksami czasowymi najwyraźniej nie zawracali sobie głowy. Gdyby się nimi przejęli, układanka rozsypałaby się w ciągu kwadransa, więc woleli skupić się na efekciarskich strzelaninach i pościgach. Na dodatek przeznaczonych głównie dla gimnazjalistów, bo film jest dozwolony od lat dwunastu, w końcu kasa jest najważniejsza. Szokująca, mroczna wizja Camerona została sprowadzona do poziomu mało wymagającej gry komputerowej.

Najlepiej więc z całego filmu wypada Arnold Schwarzenegger, po raz kolejny kpiący ze swojego wizerunku. Terminator jest tu już robotem mocno zużytym, skrzypiącym w stawach, posiwiałym (ma to zaskakująco logiczne wytłumaczenie), ale to jednak on jest cały czas największą atrakcją tego widowiska. „Jestem stary, ale wciąż potrzebny” – mówi, i to prawda w przypadku samego Schwarzeneggera, ale seria o Terminatorze – jeśli zapowiedziane już dwie części mają być realizowane w podobnym stylu – nagle okazała się całkowicie zbędna. 

Schwarzenegger: Fajnie być maszyną

Co wydało ci się najbardziej ekscytujące w powrocie do serii o Terminatorze?

Arnold Schwarzenegger: Byłem zachwycony już w chwili, kiedy przeczytałem pierwszy szkic scenariusza. Cieszyłem się z tego, że tyle uwagi poświęcono samej historii i bohaterom. To był jeden z najważniejszych czynników decydujących o tym, że zdecydowałem się zagrać w „Terminator Genisys”. Drugim czynnikiem był dobór aktorów do pozostałych ról. Obsadzono naprawdę świetnych profesjonalistów.

Oglądając film, można odnieść wrażenie, że ty i Emilia Clarke świetnie dogadywaliście się na planie.

Gdy po raz pierwszy czytaliśmy scenariusz, Emilia siedziała obok mnie i na jakieś pięć minut zapomnieliśmy o rolach, gadaliśmy o ciuchach i ulubionych sklepach. Było zabawnie. Ale kiedy zaczęliśmy czytać, pochłonęło nas to całkowicie. Brzmiało doskonale. W ciągu trzech godzin przebrnęliśmy przez cały tekst, ludzie śmiali się w odpowiednich momentach, w innych wyczuwało się napięcie. Było fantastycznie.

Czułeś się dziwnie, wracając do tej roli?

Nie, to jest jak z jazdą na rowerze – od razu wszystko sobie przypominasz. Po przeczytaniu scenariusza zacząłem ćwiczyć kwestie. Znów zacząłem mówić jak maszyna. Było tak, jakbym lekko wślizgiwał się w tę postać.

Przed przystąpieniem do zdjęć przypomniałeś sobie dawne filmy o Terminatorze?

Owszem. Myślę, że pozostali aktorzy mieli dużo więcej wolności w interpretowaniu swoich ról. Nie ograniczały ich kreacje aktorów z poprzednich części, bo ich bohaterowie żyją w innych liniach czasowych i znajdują się w innych sytuacjach. Ja czułem się uwięziony w schemacie grania Terminatora, bo teraz kreuję mniej więcej tę samą postać. Nigdy dotąd nie grałem innego Terminatora. Obejrzałem więc część pierwszą, drugą i trzecią, by zobaczyć, jak wyglądało w nich moje aktorstwo. Myślę, że to w końcu pomogło mi szybko wejść w buty mojego bohatera i grać dokładnie tak, jak grałem dawniej.

Jak myślisz, co zadecydowało o popularności tej postaci?

Niektórzy mówili mi, że lubią Terminatora, bo jest maszyną. Wygląda jak człowiek, ale jest niezniszczalny. Każdy chciałby taki być. Czujemy, że jego siła jest nieograniczona. Może zniszczyć wszystko, zlikwidować każdą przeszkodę na swojej drodze. Ale kiedy jesteś maszyną, nie musisz brać odpowiedzialności za to, co robisz. W pierwszym „Terminatorze” na przykład niszczę cały posterunek policji. Normalnie ludzie powiedzieliby, że to nie jest przykład godny naśladowania. Ale nawet podczas specjalnego pokazu dla policji oficerowie entuzjastycznie reagowali na tę scenę. Dlaczego? Bo sprawcą była maszyna, nie człowiek. Jim Cameron stworzył i sfilmował tego bohatera tak, że choć najpierw jest bezwzględnym zabójcą, potem staje się bardziej ludzki. Ludziom podoba się to, że jednocześnie może być złą i dobrą osobą. Albo maszyną.

Terminator Genisys | USA 2015 | reżyseria: Alan Taylor | dystrybucja: UIP | czas: 125 min