Kołodkowa „Wojna i pokój” ukazuje się ledwie pół roku po „Świecie w matni”. Tamta, opisywana także przeze mnie na tych łamach, powstała w ramach cyklu „wielologii”. Autor - emerytowany polityk, żywy ekonomista oraz zaangażowany intelektualista - przedstawiał rozpisany na kolejne tomy autorski raport o stanie świata. Ale dokładnie w momencie, w którym ukazał się „Świat w matni”, wybuchła wojna w Ukrainie. Pamiętam moje - bodajże marcowe - spotkanie z Kołodką; był świadom tego, że inwazja Putina mocno przewartościowuje jego tezy. Po części czyniąc wiele z nich wczorajszymi. Cieszył się, że dosłownie w ostatniej chwili udało mu się dopisać na temat wojny kilka zdań do już w zasadzie gotowej książki. Ale chyba już wtedy Kołodko wiedział, że będzie musiał szybko napisać nową.
Ten pośpiech sprawił, że „Wojna i pokój” jest odmienna niż poprzednie książki Kołodki. Inna niż „Wędrujący świat” czy „Nowy pragmatyzm”. Jest to propozycja dużo bardziej publicystyczna, o wiele bardziej bliższa tętna tego, co się właśnie dzieje, zaś mniej profesorsko-ekonomiczna. Pod wieloma względami czyni to ją najbardziej przyjazną czytelnikowi książką byłego wicepremiera. Do tej pory było wiadomo, że Kołodko pisze o rzeczach, owszem, mądrych - Chiny, megatrendy, Afryka, drukarki 3D - ale dość dalekich i onieśmielających. Często to wszystko zostawiało czytelnika ze sporym chaosem w głowie. Nie zawsze to się chciało wszystko razem złożyć w czytelną całość. W przypadku „Wojny i pokoju” jest inaczej.