Z Robertem Kaczmarkiem rozmawia Elżbieta Rutkowska
Gdzie jest polski film i dokąd zmierza?
Zależy, jak na to patrzeć. Ja mam przynajmniej trzy perspektywy: jako absolwent Szkoły Filmowej z Wydziału Reżyserii i autor filmów, jako przewodniczący rady PISF-u oraz jako dyrektor Filmoteki Narodowej. Jeśli miałbym to ująć najkrócej, przyszłość polskiego kina jest nieprzewidywalna. Nie ze względu na czyjąś dobrą czy złą wolę, tylko na rewolucję technologiczną, która trwa. Istotne zmiany następują przede wszystkim w dotarciu do widza. Kiedyś wydawało się to kompletnie niemożliwe, a teraz się dzieje: największe amerykańskie wytwórnie zaczynają urządzać premiery swoich filmów nie w kinie, tylko na platformie internetowej albo równocześnie i tu, i tam. W ciągu dwóch, trzech lat możemy oczekiwać całkowitego przejścia do internetu. Kina mają więc te parę lat, żeby się przystosować do innej działalności.
Przebranżowić się?
Rozszerzyć ofertę, tworzyć centra rozrywki, także intelektualnej, czy spotkań. Nie mam pojęcia.
Właściciele kin są przekonani, że dystrybucja w internecie ich nie zastąpi, bo nie przyniesie takich pieniędzy studiom filmowym.
To się już dzieje. Po lockdownie oczekiwano, że nastąpi totalne odbicie, że ludzie ruszą wygłodniali do kin, a okazało się, że w pierwszy weekend w całej Polsce było 45 tys. widzów (czynne były tylko małe kina, multipleksy otworzyły się później - red.).
Ostatnie miesiące były niezłe.
Kiniarze nie narzekają z jednego prostego powodu: że filmy się nawzajem eliminują, a oni są królami sytuacji. Gdy tylko sala zaczyna świecić pustkami, tytuł spada.
Bo przez pandemię nazbierało się premier.