W III RP ludzie kultury obchodzili rządzących tyle co zeszłoroczny śnieg. Ministrowie kultury nie mieli żadnego znaczenia, zaś państwowe władze konsekwentnie trzymały się dwóch zasad – że „prawdziwy artysta sam się wyżywi” i że „jedynie twórca głodny jest płodny”.
Światem kultury zaczął się przejmować dopiero PiS. Do zajmowania się środowiskiem okazującym wrogość obozowi rządzącemu oddelegowano Piotra Glińskiego, ministra kultury w randze wicepremiera. I nastąpiła powtórka z epoki Gierka. Gdy tylko artyści zaczynali krytykować władzę lub protestowali, ta reagowała histerycznie. Usiłując ich karać, a jednocześnie im się przypodobać.