Ani bluźnierczy, ani inteligentny – „Jezus mnie kocha” to film całkowicie pozbawiony stylu.
"Jezus mnie kocha” to piekielnie słaby film. Zbyt grzeczny do zilustrowania czarnej mszy i zanadto kontrowersyjny na standardy parafialnej świetlicy. O debiucie Floriana Davida Fitza można powiedzieć, że przypomina „Ostatnie kuszenie Chrystusa” w estetyce Oktoberfest. Zamiast inteligentnego bluźnierstwa niemiecki twórca oferuje wyłącznie miałką komedię romantyczną. Pomysł opowieści o Chrystusie, który przychodzi na Ziemię, by sprowadzić Apokalipsę, wcale nie był skazany na porażkę. Kilkanaście lat temu rychłe nadejście końca świata doskonale zadziałało jako katalizator komediowej intrygi w hiszpańskim „Dniu bestii”. W tamtym filmie Alex de la Iglesia konsekwentnie trzymał się jednak poetyki surrealistycznej zgrywy. Głównym problemem „Jezusa…” pozostaje za to zupełny brak stylu.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.