Z "Wesela" obronną ręką wychodzą aktorzy Teatru Polskiego. Dają radę wymaganiom Wyspiańskiego, przegrywają z publicystyczną reżyserią Marcina Libera.
Jest coś znaczącego w tym, że o ostatnich inscenizacjach arcydzieła Stanisława Wyspiańskiego jakoś nie było głośno. Wystawiano „Wesele” tu i ówdzie (choćby w Teatrze Słowackiego w Krakowie i w szczecińskim Współczesnym), ale nie dane nam było się w tych przedstawieniach przejrzeć, niewiele nas obchodziły. Za to irytowała wersja Michała Zadary, który co prawda nie przepisał tekstu Wyspiańskiego, ale upstrzył spektakl wątpliwymi atrakcjami, jak choćby sceną dawania sobie w żyłę przez bohaterów.
Za kłopoty ze scenicznym czytaniem utworu nie odpowiada jego autor. Tekst dramatu nie stracił nic ze swojej siły, o czym przypomniało świetne słuchowisko Andrzeja Seweryna zrealizowane w 2012 roku w Radiu Kraków. Nawet ono jednak nie zabiło we mnie tęsknoty za arcydziełem Jerzego Grzegorzewskiego sprzed 14 już lat. Oglądając bydgoskie widowisko Marcina Libera, myślami wracałem do tamtego wieczoru w Teatrze Narodowym. Zastanawiałem się, czy możliwe jest dziś takie jak tamto „Wesele”. Chyba nie. Nie ma Grzegorzewskiego ani kogoś, kto tak jak on czytałby Wyspiańskiego.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.