„Bilet na Księżyc” to film z innej planety. Można odnieść wrażenie, że jego akcja nie dzieje się w Polsce, lecz u Pana Boga w burdelu. Nowy film Jacka Bromskiego łączą z jego słynną trylogią ten sam koszarowy dowcip i festyniarska przaśność. Na domiar złego reżyser bardzo wąsko rozumie pojęcie opowieści inicjacyjnej – wydaje się, że odnosi je wyłącznie do erotycznych perypetii głównego bohatera.
Gdyby Neil Armstrong mógł wiedzieć, w jakim kontekście Bromski wykorzysta jego słowa o „małym kroku dla człowieka, lecz wielkim dla ludzkości”, z miejsca sfrunąłby z Księżyca i zapadł się ze wstydu pod ziemię. Ochota na równie demonstracyjne gesty przychodzi zresztą w trakcie seansu jeszcze wielokrotnie. Film Bromskiego okazuje się ciężkostrawny jak obiad w barze mlecznym i obciachowy niczym dansing w Ciechocinku. Gwoli sprawiedliwości należy dodać, że „Bilet na Księżyc” broni się aktorsko, a do pewnego momentu mądrze korzysta ze schematu amerykańskiego filmu kumpelskiego. Wszelkie złudzenia dotyczące „Biletu…” rozwiewa jednak kuriozalne zakończenie. Bromski serwuje widzom bodaj najdziwaczniejszą woltę fabularną od czasu
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.