Najważniejsi producenci młodego pokolenia, nowoczesny image płyty i niestandardowa promocja. Oto Paul McCartney i jego „Nowy” album.

W czerwcu tego roku na Stadionie Narodowym w Warszawie, dając trzygodzinny porywający show, Paul McCartney udowodnił nam, że na jego mumifikowanie będziemy musieli jeszcze poczekać. Werwy, stylu i pomysłów mogą mu pozazdrościć muzycy, których mógłby być dziadkiem. 71-letni Macca na swoim szesnastym solowym krążku potwierdza, że wciąż ma wiele do powiedzenia i czuje współczesną muzykę i cały show-biznes jak mało kto. Nie zapominając przy tym o swoich korzeniach. Z jednej strony mamy na „New” producenta odpowiadającego za wybitne, choć okraszone pompatycznością wokalistki Adele i Florence and the Machine, Paula Epwortha. W numerze otwierającym album „Save Us”, który przygotował Epworth, bardziej słychać jednak porządne rockowe granie, które uskuteczniał, pracując z Bloc Party. Epworth odpowiada też za energetyczny numer „Queenie Eye” (to nazwa ulicznej gry, w którą bawił się Macca, gdy był dzieckiem) oraz niepokojące „Road”.

Za producencką konsolą zasiadł również Ethan Johns. Specjalista od rocka (pracował z Kings of Leon, Kaiser Chiefs), najlepszy brytyjski producent roku 2012 (Brit Award) przygotował wraz z McCartneyem dwa akustyczne spowalniacze: „Hosanna” oraz „Early Days”, w którym Paul wspomina czasy z The Beatles. Kolejny producencki magik to Giles Martin, syn realizatora nagrań Beatlesów – George’a. On odpowiada za największą liczbę utworów, ale trudno powiedzieć o nich więcej niż, że to solidne p o p o w e numery. Wreszcie mamy Marka Ronsona, pracującego wcześniej m.in. z Amy Winehouse, Kaiser Chiefs i Bruno Marsem. Jego numery to singlowy „New” oraz „Alligator”. Mark podobnie jak w przypadku pracy chociażby z Amy ewidentnie cofa się tutaj do klimatu retro. Sam McCartney przyznaje, że wyszedł z tego muzyczny galimatias. Każdy z producentów prezentuje inny styl, choć oczywiście na „New” determinuje go Macca. Można się do tego braku spójności przyczepić, ale na pewno dzięki wielu różnym zakrętom płyta nie nudzi. Promując ten album, Paul wykorzystał wszystkie popularne środki komunikacji i przygotował niekonwencjonalną strategię. „New” brylowało na Instagramie i SoundCloud. Macca dał wywiad na Twitterze, odpowiadając na pytania fanów. Zdradził w nim na przykład, że ostatnie płyty, jakie zakupił, to Kanye West a„Yeezus”, The National „Trouble Will Find Me” oraz Jaya-Z „Magna Carta” i że najcięższym momentem przy pisaniu piosenek jest dla niego ich skończenie.

Płyty można było posłuchać przed premierą w samochodach, wjeżdżając nimi w odpowiednie miejsce w Los Angeles, albo w salonie pewnej marki w Nowym Jorku. Oprócz tego Macca dał niespodziewane (a dokładniej zapowiedziane zaledwie godzinę wcześniej na swoim Twitterze) koncerty na nowojorskim Times Square oraz londyńskim Covent Garden. Zaskoczeniem był również minikoncert dla czterystu studentów w Frank Sinatra School for the Arts w Nowym Jorku, który można było obejrzeć na stronie Yahoo! Paul nie mógł też nie pojawić się w najpopularniejszych telewizyjnych show w stylu „Graham Norton Show” oraz „Later... with Jools Holland”. Warto podkreślić prostotę okładki. Instalacja z kolorowych świetlówek przypomina tu prace nowojorskiego minimalisty Dana Flavina. Producenckim miszmaszem i nowoczesnym image’em Paul na pewno ryzykował, ale ponownie wyszedł z tego obronną ręką. Podobnie jak Elton John czy David Bowie nie musi się już nikomu przypodobać, kierować trendami. Może właśnie dzięki temu, działając na luzie, każdy z nich nagrywa ciekawe materiały. Mocno osadzone w przeszłości, a jednak nieuciekające od współczesności.

Paul McCartney | New | Universal Music | Recenzja: Wojciech Przylipiak | Ocena: 4 / 6