Nie ma co kryć: „Through the Never” to rzecz wyłącznie dla fanów Metalliki. Jeśli nie przepadacie za heavy metalem, omijajcie kina z daleka – jest ciężko i głośno. Jak każdy porządny koncert metalowy to bardzo intensywne przeżycie.

Za reżyserię filmu odpowiada Nimród Antal, który po sukcesie nakręconych na Węgrzech „Kontrolerów” na dobre zadomowił się w Hollywood. Jego amerykańskie produkcje (m.in. „Motel” czy „Predators”) nie dały mu szansy się wykazać. Teraz pokazał, co potrafi. Ale sukces „Through the Never” to mimo wszystko zasługa Metalliki. Fabuła doklejona do koncertu jest pretekstowa i w zasadzie pozbawiona znaczenia. Historia Tripa, który musi dostarczyć zespołowi tajemniczą przesyłkę, służy przede wszystkim wmontowaniu do filmu kilku dodatkowych scen. Fakt, świetnie zrealizowanych, utrzymanych w surrealistycznej stylistyce apokaliptycznego horroru, ale niemających – poza jedną sekwencją – wpływu na to, co się dzieje na scenie, i w gruncie rzeczy niepotrzebnych. W końcu to dla Metalliki płaci się za bilet do kina, a koncert, który zobaczycie na ekranie, doskonale broni się także bez fabularyzowanych wstawek.

Być może bez nich wyglądałby jeszcze lepiej, bo nic nie rozbijałoby dramaturgii widowiska. A „Through the Never” daje niepowtarzalną możliwość przyjrzenia się thrashowej legendzie z bliska. Materiał został zarejestrowany podczas czterech koncertów, które zespół zagrał w 2012 roku w Kanadzie (rzecz jasna perfekcyjny montaż zmienia je w jeden doskonały występ). Kamery wyłapują wszystkie gesty i grymasy Jamesa Hetfielda, pokazują skomplikowane solówki Kirka Hammeta, akrobatyczne popisy Roberta Trujillo, tytaniczne wysiłki Larsa Ulricha. A do tego w szczegółach pokazany świetny show: efekty pirotechniczne, projekcje wideo, gadżety – wszystko robi piorunujące wrażenie. Widziałem Metallicę na żywo sześciokrotnie, wiem, jak niesamowitą energię wyzwalają ich koncerty – w „Through the Never” udało się ją uchwycić, a nawet odrobinę podkręcić. Warto dać się porwać.