Kiedy kręcę film, staram się nie myśleć o konsekwencjach i nie słuchać podszeptów zdrowego rozsądku – mówi Costa-Gavras, reżyser „Żądzy bankiera”.

Marc, bohater „Żądzy bankiera”, wydaje się złożony z intrygujących sprzeczności. Choć spełnił swoje odwieczne marzenie i sięgnął po wielką władzę, nie potrafi czerpać z niej przyjemności.

Przeczytaj recenzję "Żądzy bankiera" / Media

Costa-Gavras: Marc doskonale wie, że władza daje mu absolutnie wszystko. Nie tylko prestiż, ale także pieniądze i seks. Mój bohater nie wyobraża sobie, że mógłby nagle utracić któryś z tych przywilejów, więc robi wszystko, by utrzymać się na powierzchni.Wpewnym sensie stał się po prostu uzależniony. Jednocześnie jednak wciąż nie zatracił umiejętności racjonalnego myślenia. Dlatego w Marcu najbardziej interesuje mnie jego premedytacja. Choć doskonale rozumie, że postępuje źle, wcale nie zamierza się zmieniać.

Oryginalny tytuł pańskiego filmu – „Le Capital” – budzi skojarzenia ze słynnym dziełem Karola Marksa. Czy w czasie realizacji „Żądzy bankiera” często myślał pan o tej postaci?

Jeśli tak, to zapewne nieświadomie. Nie jestem ekspertem od Marksa, nie znam wszystkich jego książek. Wydaje mi się jednak, że potrafił perfekcyjnie zanalizować kapitalistyczne społeczeństwo swoich czasów, a część jego poglądów pozostaje aktualna po dziś dzień. Niemniej jednak sympatyzowanie z Marksem jest bardzo niebezpieczne. To śmieszne, ale dla wielu ludzi pozostaje on kimś w rodzaju ateistycznego Chrystusa, który zostaje otoczony quasi-religijnym kultem.

Czy myśli pan, że właśnie na bezkrytycznym stosunku do dawnych idoli polega główny problem współczesnej lewicy?

Obawiam się, że chodzi o coś więcej. W dzisiejszych czasach lewica zatraciła swój dawny etos. Określanie siebie socjaldemokratą zawsze było dla mnie czymś więcej niż tylko deklaracją polityczną. To wybór etyczny, który zakładał niezgodę na zastaną rzeczywistość i nieustanną próbę jej ulepszania. Dziś chyba mało kto myśli już w ten sposób. Niezależnie od reprezentowanej ideologii skupia się na uzyskaniu dostępu do władzy i pieniędzy.

Zajmuje się pan nie tylko reżyserią, lecz także od wielu lat piastuje pan funkcję dyrektora Filmoteki Francuskiej. Czy instytucji tej udało się zachować świetność z czasów kina Nowej Fali?

Wszyscy bardzo się o to staramy. Zależy nam przede wszystkim na tym, aby Filmoteka nie zamieniła się w smętne archiwum pełne zakurzonych, celuloidowych kopii. Nasza misja polega na tym, aby gromadzić filmy, odrestaurowywać je, a potem z dumą pokazywać publiczności. Każda z tych trzech aktywności pozostaje jednakowo ważna. Przy okazji staramy się przekazać widzom możliwie jak najszerszy obraz czyjejś twórczości. Jeśli organizujemy retrospektywę Jacques’a Demy’ego, to nie tylko prezentujemy jego filmy, lecz także przygotowujemy wystawy i panele dyskusyjne, które pozwalają dowiedzieć się czegoś o jego życiu. W ten sposób sztuka łączy się z rzeczywistością, zupełnie jak w czasach Nowej Fali.

Choć nigdy formalnie nie związał się pan z Nową Falą, tworzył pan w momencie jej największego rozkwitu. Jakie są pańskie poglądy na temat tego nurtu?

Uwielbiam Nową Falę, ale zawsze będę traktować ją jako uzdolnioną córkę włoskiego neorealizmu. Twórcy tacy jak Truffaut, Chabrol czy Rohmer sami nie sprowokowali żadnego przełomu, lecz położyli wielkie zasługi w utrwaleniu rewolucji zapoczątkowanej przez starszych kolegów, którymi się zresztą fascynowali. Nowa Fala rozwinęła ideę zbliżania się filmu do prawdziwego życia, a następnie zapewniła jej przetrwanie wśród kolejnych pokoleń twórców.

Duch Nowej Fali zaznaczył się także w rewolucji Maja ’68. Jak pan – naoczny świadek tamtych wydarzeń – ocenia dziś ich znaczenie?

W 1968 r. mieszkałem w centrum Paryża, każdego dnia obserwowałem więc zamieszki na własne oczy i byłem nimi głęboko poruszony. Z dzisiejszej perspektywy uważam, że tamta rewolucja była pełna pięknych idei i w autentyczny sposób zmieniła obyczajowość zachodnich społeczeństw. Znaczenia tego dziedzictwa nie przekreśli nawet ironia, z jaką obserwuję wielu ówczesnych kontestatorów, którzy stali się dziś przedstawicielami establishmentu.

W jaki sposób francuski Maj wyróżniał się na tle podobnych protestów w innych europejskich krajach?

Na całe szczęście we Francji udało się uniknąć przemocy i wymuszania swoich żądań drogą terroru, a więc drogi, którą we Włoszech poszły chociażby Czerwone Brygady.We Francji rewolucjoniści byli na tyle rozsądni, by zrozumieć, że krwawy bunt zaprowadzi ich donikąd.

W przeciwieństwie do wielu lewicowo zorientowanych kolegów nie uległ pan zauroczeniu sowieckim komunizmem.W 1970 r. zrealizował pan nawet film „Spowiedź”, która otwarcie piętnowała patologie tego systemu. Skąd wzięła się w panu taka potrzeba?

Fascynacja komunizmem do pewnego stopnia wydawała mi się zrozumiała. Po II wojnie światowej wszyscy żyliśmy w poczuciu kryzysu moralności i wyczerpania pewnych idei. Komunizm dawał szansę na zbudowanie od podstaw nowego, może doskonalszego systemu wartości. Bardzo szybko wszystko to okazało się jednak wielkim fałszem. Piękne założenia doprowadziły do powstania naprawdę ohydnej dyktatury. Właśnie o tym paradoksie chciałem opowiedzieć w „Spowiedzi”.

W jaki sposób przyjęto „Spowiedź” tuż po premierze?

Moje intencje zostały wypaczone, ale nie była to żadna nowość. Gdy wcześniej nakręciłem „Z”, zostałem ochrzczony komunistą, po „Spowiedzi” stałem się antykomunistą, a teraz, po premierze „Żądzy bankiera” nazywają mnie marksistą. Jak pan widzi, historia zatacza koło, ale ja na szczęście nauczyłem się już, by nie nadawać tym etykietkom żadnego znaczenia.

W pańskich filmach gorzkie i trudne tematy zyskują wsparcie atrakcyjnej formy. Czy właśnie na tym polega pański pomysł na wzbudzenie zainteresowania publiczności?

Jeśli robisz film na temat, który wydaje ci się ważny i godny przedyskutowania, a potem ogląda go garstka osób, staje się jasne, że poniosłeś porażkę. Kino od początku swojego istnienia ma w sobie coś z widowiska i nie należy się tego wstydzić.Widz nie przychodzi na seans po to, by wysłuchać kazania bądź uczestniczyć w wykładzie. Najczęściej pragnie po prostu przeżyć emocje, które jako reżyser mam obowiązek mu zapewnić. Przy okazji zawsze jednak próbuję skłonić swoją publiczność domyślenia.

Filmy, które realizuje pan na przestrzeni ponad 40 lat, odznaczają się różnorodnością. Czy można dopatrzeć się w nich jednak jakiejś myśli przewodniej?

Swego czasu doszedłem do wniosku, że najważniejsze filmy, nawet przez pryzmat jednostkowych historii, mówiły nam coś istotnego o społeczeństwie, w którym żyjemy.Weźmy na przykład „Pancernika Potiomkina”. To film skupiony na pojedynczych wydarzeniach, lecz wpisujący je w bardzo wyrazistą wizję świata. Przy okazji wciąż sprawia zresztą wrażenie świetnego thrillera!

W dzisiejszych czasach wielu spośród zdolnych europejskich reżyserów korzysta z ofert Hollywood, gdzie zamienia się w pozbawionych wizji rzemieślników. Pan w zrealizowanych w Ameryce filmach ocalił jednak elementy własnego stylu.W jaki sposób udało się tego dokonać?

Długo wzbraniałem się przed przyjęciem jakiejkolwiek propozycji z Hollywood. Byłem przekonany, że praca w takim miejscu będzie jak piękny sen, który niepostrzeżenie zamieni się w koszmar. Niemniej, kiedy pojawiła się możliwość zrealizowania „Zaginionego”, wiedziałem, że nie mogę zrezygnować z takiej historii. Od razu postawiłem jednak twarde warunki. Zapowiedziałem, że nakręcę ten film z francuskimi współpracownikami, a postprodukcją zajmie się studio w Paryżu. Zażądałem również zachowania wpływu na scenariusz, montaż i obsadę. Producenci wyrazili zgodę, a na podobnych warunkach zrealizowałem później każdy ze swoich amerykańskich filmów.

Czy we współczesnym Hollywood istniałaby w ogóle możliwość, by zrealizować tak ambitny film jak „Zaginiony”?

Z przykrością stwierdzam, że nie. Kiedyś Hollywood nie wahało się produkować filmów, które prowokowały ważne debaty, pozwalały widzom uzyskać odpowiedzi na niewygodne pytania. Dziś wielkie wytwórnie interesują jednak tylko pieniądze i blockbustery pokroju „Iron Mana”.

Wiele z pańskich filmów po latach wciąż robi doskonałe wrażenie. Czy ma pan własną teorię na temat ich długotrwałego powodzenia?

Sukces filmu opiera się chyba na możliwości wykroczenia poza swoje czasy. Część tytułów ginie w pamięci widzów po kilku latach, inne zaś mogą przetrwać i fascynować kolejne pokolenia. Proszę mi wierzyć, ale nigdy nie wiem, od czego to zależy. Zrobiłem wiele filmów, ale dlaczego ludzie 40 lat po premierze wciąż chwalą na przykład „Z”? To dla mnie wielki zaszczyt, ale i wielka tajemnica.

Osobiście najbardziej cenię pańskie kino za bezkompromisowość. W „Zaginionym” nie wahał się pan opowiedzieć o okrucieństwach chilijskiej dyktatury, choć reżim Pinocheta wciąż trwał w najlepsze. Skąd bierze się w panu ta odwaga?

Nigdy się nad tym nie zastanawiam. Kiedy kręcę film, staram się nie myśleć o konsekwencjach i nie słuchać podszeptów zdrowego rozsądku. W przeciwnym razie niemal każdy scenariusz musiałbym pewnie odkładać z powrotem do szuflady.