Lada chwila minie 50 lat od emisji pierwszego odcinka serialu science fiction wymyślonego przez scenarzystę i producenta Gene’a Roddenberry’ego. Serialu, który pierwotnie doczekał się jedynie trzech sezonów i został skasowany z powodu niskiej oglądalności. Dopiero nadawane na przełomie lat 60. i 70. powtórki wywindowały „Star Trek” na szczyt popularności, zaś z odtwórców głównych ról – Williama Shatnera i Leonarda Nimoya – uczyniły postaci dla amerykańskich telewidzów kultowe. Kwestią czasu była więc reanimacja pomysłu Roddenberry’ego i w latach 70. na antenie zadebiutowała seria kreskówek, które jednak nie są zaliczane do kanonu „Star Treka”, oraz pierwszy film fabularny z oryginalną obsadą – te miały powstawać regularnie co dwa, trzy lata aż do 1991 r. Futurysta Roddenberry, choć swój serial przedstawiał producentom jako western w przestrzeni kosmicznej, zainteresowany był nie tyle opowieścią przygodową, co swoistym moralitetem opartym na alegorii odnoszącej się do współczesnej mu sytuacji politycznej i kulturowej. Otwarcie pacyfistyczna wymowa „Star Trek” nie podobała się producentom nastawionym na szybki zysk i widowiskowy spektakl fantastyczny. Roddenberry nie ugiął się jednak pod naporem szefostwa, któremu mydlił oczy co do ostatecznego kształtu serialu, i udało mu się z humanistycznego aspektu scenariusza uczynić jego bodaj największy atut. „Star Trek” okazał się dziełem postępowym – w dobie konfliktu zimnowojennego i w przededniu młodzieżowej rewolucji kontrkulturowej pokazywał harmonijną współpracę zróżnicowanej rasowo załogi gwiezdnego statku Enterprise, kładł nacisk nie ma walkę, ale dyplomację, no i podłożył podwaliny pod istny popkulturowy fenomen.

„Star Trek” powrócił w formacie serialowym pod koniec lat 80. w swojej bodaj najpopularniejszej postaci jako „Następne pokolenie”. Akcję przeniesiono o 100 lat do przodu, zaś kapitana Kirka na mostku zastąpił Jean-Luc Picard, w którego wcielił się brytyjski aktor Patrick Stewart. Nadawany nieprzerwanie aż do 1994 r. serial posłużył za istną trampolinę dla kolejnych produkcji firmowanych charakterystycznym logiem – czterech filmów fabularnych z nową obsadą i spin-offu „Stacja kosmiczna”. Po zakończeniu jego emisji „Star Trek” nie zszedł z małego ekranu. Od razu podjęto decyzję o produkcji serialu „Voyager”, który doczekał się siedmiu sezonów, a 2001 r. przyniósł pierwszy odcinek kolejnego serialu osadzonego w tym samym uniwersum, prequela „Enterprise”. Zakończenie wyświetlania tego ostatniego zwiastowało koniec osiemnastoletniej hegemonii „Star Treka” w telewizji. Stacja macierzysta nie była zainteresowana dalszą produkcją serialu mimo ciągłego wsparcia fanów, którzy starali się samodzielnie zebrać kwotę 30 mln dol. i sfinansować kolejny sezon. Bezskutecznie.

Swoistej reanimacji „Star Treka” dokonał w cztery lata później J.J. Abrams – i to radykalnej. Jak sam przyznaje, za młodu nie był miłośnikiem serialu, nie chciał też oglądać się przez ramię na to, co przez ostatnich czterdzieści parę lat wymyślali scenarzyści. Jego film jest więc mieszanką rebootu i prequela; odcięcie się od klasycznego serialu miało na celu zrzucenie z barków bagażu ponad 700 odcinków i 10 dziesięciu filmów fabularnych, przy jednoczesnym zachowaniu kanonicznych elementów świadczących o unikalności świata „Star Treka”. Rozbuchane widowisko Abramsa nie ma wiele wspólnego z idealistyczną wizją Roddenberry’ego, ale skutecznie odświeżyło franczyzę, pociągając statek Enterprise błyszczącą farbą. Pod rękę z sukcesem frekwencyjnym idzie oczywiście rozbudowa uniwersum nowego „Star Treka” – powiązane z nim książki i gry to nic nowego, wydawane są już od lat 60. (te drugie oczywiście wówczas jedynie w formie planszowej), ale ten swoisty reset wymusił opracowanie przemyślanej strategii marketingowej. Wydaje się, że twórcy Star Treka pójdą w stronę wyznaczoną przez George’a Lucasa i zintegrują produkty poboczne w celu utworzenia wielkiego wspólnego wszechświata. I tak pojawił się komiksowy prequel filmu Abramsa „Star Trek: Countdown”, zaś zaledwie przed paroma tygodniami swoją premierę miała gra wideo „Star Trek”, służąca za istny pomost pomiędzy filmem z 2009 r. a jego kontynuacją, która właśnie wchodzi do polskich kin.