"Dla Ellen" jest idealnym tytułem, który można by opatrzyć rozbudowanym, doskonale znanym zestawem krytycznych przypisów: że chodzi o kino mówiące o przekraczaniu własnych słabości albo o dorastaniu do odpowiedzialności za podjęte dawno temu decyzje.
Prawda jest bardziej przyziemna: „Dla Ellen” to klasyczny przykład nieudolności maskowanej modnymi stylówkami (wydłużane w nieskończoność ujęcia, pomalowane na czarno paznokcie bohatera itd.). Indolencji nie udało się jednak zamaskować. W opisie brzmi to nawet przyzwoicie. Joby jest muzykiem rockowym. Być może bez spektakularnych sukcesów na koncie, ale za to z całą otoczką szmiry przyklejonej do wizerunku rockmana w kinie. Skórzana kurtka, brudne skarpety, tłuste włosy i mina brzydszej wersji Jamesa Deana. Nadal by ćpał, grał i źle wyglądał, gdyby nie pozew wystosowany przez byłą żonę, która przy okazji chce go pozbawić prawa do opieki nad córką, tytułową Ellen, którą Joby nieszczególnie się dotąd zajmował. Ciąg dalszy można przewidzieć z zamkniętymi oczami.
Joby najpierw się przestraszy, potem zapije ów lęk, odbędzie rozmowę z prawnikiem maminsynkiem, w końcu ruszy w długą podróż w nieznane, żeby odkryć na nowo córkę i zrozumieć, że zawsze kochał ją nad życie.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.