"28 pokoi hotelowych" ogląda się jak wizję pryszczatego nastolatka, który podkradł rodzicom pornograficzne pisemko.
Debiut Matta Rossa tkwi w rozkroku między grzeszną przyjemnością a poczuciem winy. W podobnym zawieszeniu zatrzymuje się także relacja między dwojgiem głównych bohaterów. Mężczyzna i kobieta poznają się przypadkiem w barze i spędzają upojną noc w hotelowym pokoju. Od tej pory pozostaną bliskimi nieznajomymi, którzy lgną do siebie przy każdej możliwej okazji. Początkowa euforia bardzo szybko ustępuje jednak wątpliwościom. Choć bohaterowie jednakowo pragną rozwoju wzajemnej relacji, jednocześnie nie znajdują w sobie odwagi, by opuścić swoich stałych partnerów. Roztrząsane przez kochanków uczuciowe dylematy w ujęciu Rossa wzbudzają jednak raczej irytację niż zaciekawienie.
Reżyser nie daje nam szansy na obdarzenie sympatią swoich postaci. Po wyjściu z łóżka mężczyzna i kobieta prowadzą między sobą długie i mało zajmujące rozmowy. Obfite wytryski słów nie czynią jednak bohaterów ani trochę bardziej interesującymi. Pretensjonalny pisarz i nudna pracownica korporacji w zamierzeniach mieli okazać się zapewne podobni do typowych bohaterów kina spod znaku mumblecore. Niestety, nie mają w sobie ani grama charyzmy towarzyszącej postaciom z filmów Joego Swanberga czy Andrew Bujalskiego. Jeszcze większy dystans dzieli „28 pokoi...” od „Ostatniego tanga w Paryżu”, do którego porównują dziełko Rossa obdarzeni zbyt bujną wyobraźnią krytycy. W arcydziele Bernarda Bertolucciego perwersyjna natura relacji między dwojgiem nieznajomych odzwierciedlała rozczarowanie klęską rewolucji seksualnej. „28 pokoi...” nie manifestuje niczego poza prywatnymi obsesjami debiutującego twórcy.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.