Można narzekać, że „Pocałuj mnie” to film pełen dłużyzn, niespójności i nużącej monotonii. A jednak przepiękne zdjęcia, chłodny skandynawski klimat i świetna muzyka Marca Collina sprawiają, że jakaś magnetyczna siła przyciąga nas do ekranu.
Przywykliśmy oczekiwać od skandynawskiego kina pewnej dozy spleenu i depresyjnej aury. Film szwedzkiej reżyserki Alexandry- -Therese Keining nie zawiedzie tych oczekiwań. Jej „Pocałuj mnie” ma w sobie coś z ciągnących się w nieskończoność Bergmanowskich opowieści, miejscami przywodzi namyśl jednostajność i monotonię „Melancholii” von Triera. Minie trochę czasu, zanim zorientujemy się, w jakim kierunku zmierza fabuła. Film z początku zdaje się dramatem rodzinnym, potem psychologicznym studium rozpadu relacji, opowieścią o poszukiwaniu seksualnej tożsamości, w końcu – namiętną historią miłosną.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.