"Reality" pozwala uznać za pewnik zdanie, które dotychczas stanowiło tylko nieśmiałe przypuszczenie. Mateo Garrone należy do najbardziej przecenianych twórców współczesnego kina europejskiego.
W nowym filmie reżyser snuje opowieść o neapolitańskim sklepikarzu, który sprzeniewierza się własnej naturze, by zostać gwiazdą mediów. Przy okazji Garrone wpada w zastawioną przez samego siebie pułapkę i mimowolnie tłumaczy naturę własnego fenomenu. W „Gomorrze” włoski twórca przypominał prowincjonalnego chuligana próbującego imitować twardziela Scorsese. Tym razem jako średnio zdolny kuglarz pretenduje do roli następcy iluzjonisty Felliniego. Garrone, tak jak twórca „Ginger i Freda”, usiłuje zmetaforyzować włoską rzeczywistość jako niekończące się reality show. Niestety, zamiast wielkim bratem okazuje się wyłącznie ubogim krewnym starego mistrza.
W „Reality” Garrone nie tylko nie dorównuje Felliniemu, lecz nie jest także wstanie zbliżyć się do poziomu osiągniętego kilka lat temu przez Erika Gandiniego w „Wideokracji”. Urodzony we Włoszech i zamieszkały w Szwecji dokumentalista przedstawił swoją ojczyznę pogrążoną w hipnotycznym otępieniu. Przy okazji nie ukrywał, że ówczesna Italia ma w jego oczach napompowaną botoksem twarz Silvio Berlusconiego. Garrone bardzo pilnuje się tymczasem, by nikogo nie urazić ani nie sprowokować.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.