Autopromocja

"7 dni w Hawanie" - recenzja

"7 dni w Hawanie"
"7 dni w Hawanie"Media
24 kwietnia 2013

"7 dni w Hawanie" - nowelowy film, którego akcja toczy się w stolicy Kuby, to fałszywy obrazek z rajskiego kraju, w którym nie ma biedy ani dyktatury

Niemal wszyscy twórcy „7 dni w Hawanie” zasługują na solidnego klapsa od Ulricha Seidla. Reżyserzy nowelowego projektu niewiele różnią się od uprzywilejowanych seksturystek z „Raju: miłości”. W trakcie swojej wizyty na Kubie kolejni twórcy solidarnie odwracają wzrok od symptomów dotkliwej agonii autorytarnego reżimu. Zamiast tego biorą udział w neokolonialnym balu, w trakcie którego miejscowe piękności ochoczo zrzucają swe skąpe ciuchy. Upstrzony stereotypami scenariusz „7 dni...” wygląda, jakby stworzono go pomiędzy wizytą w szkole salsy a haustem Cuba Libre wypitym z brudnej szklanki w prowincjonalnym barze. Co zaskakujące, ten swoisty almanach dyrdymałów wyszedł jednak spod ręki rdzennie kubańskiego pisarza Leonarda Padury. Wypada żałować, że władze Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej nigdy nie wpadły na pomysł zlecenia analogicznego scenariusza na przykład Jarosławowi Iwaszkiewiczowi. Łatwo wyobrazić sobie przecież podpisany przez Bunuela, Pasoliniego i Bergmana film, w którym zagraniczni turyści zwiedzają Pałac Kultury, upijają się wódką w SPATiF-ie i lądują ostatecznie na koncercie Mazowsza.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png