Są kraje, które dzięki dyplomacji wygrywają przegrane wojny. I jest Rzeczpospolita, która nawet po wygranych wojnach przegrywa pokój.
Reklama
W Polsce nie ma rzeczy niemożliwych; no, może poza jedną – uzgodnienia konsensusu politycznego ponad podziałami w najważniejszych sprawach dla kraju. Przykładem „współpraca” rządu, obozu Zjednoczonej Prawicy, opozycji i samorządów w sprawie negocjowania budżetu UE i mechanizmu warunkowości. Czyli nic się nie zmieniło od co najmniej stu lat.

Negocjatorzy bez informacji

„Warszawa musi być wzięta” – oznajmił współpracownikom 14 sierpnia 1920 r. Włodzimierz Lenin. Dlatego też nie zamierzał podejmować rozmów pokojowych z Polakami. Od ponad miesiąca brytyjski premier David Lloyd George przekonywał go, by zgodził się na zawieszenie broni w zamian za przesunięcie granicy RP na linię Curzona. Rząd w Warszawie miał też zaakceptować redukcję armii do 50 tys. żołnierzy.
Jednak Leninowi marzyła się cała Europa, nie zgodził się więc na wpuszczenie za linię frontu polskiej delegacji. Sytuację zmieniło kontruderzenie na południowe skrzydło bolszewickich wojsk, które rozpoczęło się pod Warszawą 16 sierpnia. Polaków przewieziono wówczas szybko do Mińska i odcięto od świata, a za ich „zmiękczanie” zabrał się Karł Daniszewski. „Proponował granice znacznie rozleglejsze od przyznanej we wspomnianej nocie Curzona z dnia 11 lipca 1920 r.” – pisze Tadeusz Kmiecik w opracowaniu „Traktat ryski i jego konsekwencje 1919–1923”. Ceną tej „hojnej” oferty była zgoda na zredukowanie polskiej armii do 50 tys. żołnierzy.
Na kolejnych spotkaniach Daniszewski naciskał coraz mocniej, będąc świadom rozmiarów klęski Armii Czerwonej. Szczęściem dla Polaków roszczenia szły tak daleko, że ci postanowili się nie zgodzić. „Przewodniczący Jan Dąbski reprezentował pogląd, że zły traktat pokojowy zawsze jest czas podpisać. Przedstawił on polskie propozycje pokojowe. Najważniejszymi były sprawy suwerenności i niepodległości państwa polskiego. Dąbski podkreślał zasadę wzajemnego niemieszania się w sprawy wewnętrzne państwa drugiego” – opisuje Kmiecik.
Dopiero 23 sierpnia delegaci przypadkiem usłyszeli nadawany przez radio komunikat Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. To natychmiast zmieniło ich postawę – odrzucili żądania Rosji i przedstawili własne, dotyczące wyrzeczenia się przez Kreml planów podbojów oraz zagwarantowania Rzeczpospolitej „absolutnego niemieszania się do jej spraw wewnętrznych”. To z kolei zostało uznane przez stronę sowiecką za ultimatum. W efekcie 2 września 1920 r. rozmowy zawieszono. Jednak Moskwa zgodziła się, żeby je kontynuować w neutralnym miejscu. Polacy wskazali na Rygę.

Delegacja na zakupach

Złożona z przywódców największych stronnictw sejmowych Rada Obrony Państwa, której przewodniczył Józef Piłsudski, szybko wyłoniła nową delegację. Na jej czele znów stanął Jan Dąbski, człowiek premiera Witosa. W jej skład weszli: jeden z liderów endecji Stanisław Grabski, czołowy działacz PPS Norbert Balicki i polityk z PSL Piast Władysław Kiernik. Czyli te same osoby, które wróciły z Mińska. Dołączono do nich polityków mniejszych partii i przebywającego już w Rydze Leona Wasilewskiego – był on zaufanym człowiekiem Piłsudskiego i miał za zadanie informować go o kulisach negocjacji.
Po drugiej stronie była grupa sprawdzonych w boju działaczy komunistycznych na czele z Adolfem Joffe. Dyplomacji uczył się dwa lata wcześniej, negocjując wspólnie z Trockim warunki pokoju, jaki w Brześciu z bolszewicką Rosją zawarły Niemcy i Austro-Węgry.
Polacy musieli jak najszybciej dotrzeć do Rygi, ale rząd Litwy odmówił zgody na przejazd. Zadaniem przerzucenia negocjatorów do stolicy Łotwy drogą morską obarczono urzędnika Komisariatu Generalnego RP w Gdańsku Mieczysława Jałowieckiego. Ponieważ Polska nie posiadała okrętów, Jałowiecki skontaktował się z brytyjską admiralicją – udało mu się „wypożyczyć” na jeden dzień lekki krążownik. Miał on rankiem 14 września 1920 r. przybić do portu w Gdańsku, a o godz. 15 wypłynąć do Rygi. Brytyjczycy zaznaczyli od razu, że będą wymagać punktualności.
Niespecjalnie zmartwiło to Jałowieckiego. Już o godz. 10 powitał na dworcu delegację. Poinformował wszystkich o sytuacji i wyznaczył termin zbiórki w porcie na pół godziny przed rejsem. Po czym zabrał gości do pobliskiego hotelu na śniadanie. Jedynie Grabskiego i Dąbskiego zaprosił do siebie komisarz generalny RP Maciej Biesiadecki. Po posiłku wszyscy otrzymali dwie godziny wolnego.
„Całe towarzystwo szybko rozbiegło się po mieście. Panie pobiegły kupować bieliznę, pończochy, bluzki. Panowie poszli oglądać miasto i również zaglądać do sklepów z krawatami i męską odzieżą” – zapisał we wspomnieniach „Na skraju imperium” Mieczysław Jałowiecki. Dramat zaczął się ok. godz. 14.20, gdy okazało się, że w porcie brakuje 12 członków delegacji. „Na przystani czekały na nas dwa holowniki i motorówka, ale nie było nikogo z brakujących osób. Zdenerwowany admirał, tak przyzwyczajony do dyscypliny, kazał załadować bagaże na jeden z holowników, a na drugim umieścił pasażerów. Do odpłynięcia zostało 10 min, tymczasem z pozostałych nikt się nie zjawiał” – wspominał Jałowiecki. „W ostatniej chwili przybiegła jednak grupa zdyszanych osób. Nadal brakowało pana Tannenbauma i jego sekretarki (…). Co najgorsze, brakowało przewodniczącego delegacji pana Dąbskiego i jego prawej ręki, pana Grabskiego. Nie było rady, poprosiłem admirała, aby odpłynął z holownikami, a sam na motorówce czekałem na Biesiadeckiego i jego gości” – dodawał.
Dąbski i Grabski zjawili się kwadrans przed piętnastą. Jałowiecki wsadził ich do motorówki i ruszył w stronę czekającego w oddali krążownika. Nagle ujrzeli na nadbrzeżu mężczyznę z kobietą, rozpaczliwie machających do nich. „To zdaje się prof. Tannenbaum – wykrzyknął Dąbski. – Proszę zawrócić i ich zabrać” – zapamiętał Jałowiecki.
Choć winien wykonywać polecenia wiceministra, odmówił. Do krążownika przybili w ostatniej chwili, gdy już podnoszono kotwicę. Tak więc do Rygi polska delegacja dotarła bez głównego eksperta w dziedzinie ekonomii prof. Henryka Tannenbauma i jego sekretarki.

Marzyciele przy stole

„Około godziny piątej wieczorem sala Domu Czarnogłowych jest już pełna ludzi. Panuje ożywiony nastrój. Spojrzenia obecnych zwrócone są na drzwi, przez które mają wejść delegacje. W środku sali znajduje się długi stół, nakryty czerwonym suknem, z oznaczonymi miejscami uczestników rozmów. W pewnej odległości stoi stół dla ministra spraw zagranicznych (Łotwy – red.) pana Meierovicsa” – relacjonowała 21 września 1920 r. gazeta „Siegodnia”, wydawana w Rydze przez Rosjan.
Początek rozmów zaczął się dla Polaków w znakomitym momencie. Druga Armia gen. Edwarda Śmigłego-Rydza dopadła nad Niemnem przegrupowujące się jednostki Frontu Północnego marszałka Tuchaczewskiego i po prawie tygodniu zaciętych walk doszczętnie je rozgromiła. Armia Czerwona straciła 40 tys. żołnierzy, a jej jednostki od 26 września uciekały na wschód. To dawało olbrzymią szansę, żeby Adolfa Joffe oraz jego współpracowników docisnąć do ściany. Tak jak zrobili to Niemcy w Brześciu wiosną 1918 r. – wówczas negocjacje sprowadziły się do postawienia ultimatum. A nacisk wywierała niemiecka armia maszerująca ma Piotrogród.
Polski rząd, parlament oraz delegaci w Rydze przyjęli zupełnie inną strategię: toczyli rozmowy sami ze sobą, zaś bolszewicy stanowili nieco zbędny dodatek. „O ile delegacja rosyjska była zgrana i jednolita w działaniu, o tyle, z chwilą, gdy minęło bezpośrednie zagrożenie granic i nadeszły sukcesy militarne, w delegacji polskiej pojawiły się różnice partyjne i wyszły na jaw niechęci osobiste, w wyniku których wykrystalizowały się trzy przeciwstawne tendencje” – pisze w opracowaniu „Jan Dąbski: minister spraw zagranicznych, główny konstruktor traktatu ryskiego” Janusz Gmitruk.
„Pierwszą z nich reprezentowali zwolennicy Piłsudskiego. Chciał on dojść po raz drugi do linii Dniepru, jeśli nie na Ukrainę, to przynajmniej na Białoruś oraz do Horynia na Wołyniu i Podolu, by choć w części zrealizować swój program federacyjny” – dodaje autor. W ostrej opozycji do tych planów stali endecy oraz ludowcy. „Grupa ta chciała zawarcia pokoju, ale traktowała go jako tymczasowy, ponieważ wierzyła w upadek młodego państwa radzieckiego, licząc na ponowne rokowania w przyszłości z narodowo-demokratyczną Rosją. W sprawach terytorialnych grupa ta stała na stanowisku utrzymania granicy przechodzącej przez Białoruś i Ukrainę” – wyjaśnia Gmitruk. Poza tym dla Stanisława Grabskiego niezwykle ważne było to, by liczba ludności ukraińskiej oraz białoruskiej w granicach II RP zanadto się nie powiększyła, bo utrudniałoby to jej polonizację. „Trzecią wreszcie grupę reprezentował sam Dąbski razem z gen. Kulińskim. Pragnęli oni trwałego pokoju, nie wierząc w rychły upadek systemu bolszewickiego. Dąbski chciał nadać pokojowi taki charakter, aby nie było zwycięzców i zwyciężonych” – opisuje Gmitruk.
Wszystkie trzy koncepcje łączyła cecha wspólna: oparto je nie na ocenie sytuacji strategicznej, lecz na nierealnych marzeniach.

Przyjaźń jest najważniejsza

To, jak bardzo jest podzielona polska delegacja, zauważyła strona sowiecka. Zręczny i sympatyczny w obejściu Adolf Joffe postanowił wówczas zaprzyjaźnić się z Dąbskim. „Po klęsce Armii Czerwonej nad Niemnem Joffe zaproponował prowadzenie poufnych rokowań z udziałem przewodniczących delegacji, na co Dąbski wyraził zgodę. Zgodnie z tą zasadą rokowania były prowadzone dwutorowo. Sprawy szczegółowe omawiane były na konferencjach, natomiast zasadnicze decyzje zapadały na poufnych spotkaniach” – opisuje Kmiecik. „W rozmowach prowadzonych w cztery oczy Joffe starał się iść mu na rękę i unikał wszystkiego, co mogłoby doprowadzić do zmiany przewodniczącego polskiej delegacji” – pisze Gmitruk.
Na początku października sytuacja wyglądała już tak, że większość delegatów utraciła zaufanie do przewodniczącego, podejrzewając go o konszachty z bolszewikami. Jednocześnie Joffe robił wszystko, żeby Dąbskiego nie odwołano do kraju. „Jeden z członków delegacji, który przybył do Warszawy po instrukcje, twierdził, że delegaci żyją pod śmiertelnym strachem, gdy ma się odbyć rozmowa sam na sam obydwu przewodniczących. Nieraz zdarzało się, że podsłuchiwali pod drzwiami pokoju, w którym toczyła się rozmowa. Bywało, że pod byle błahym pozorem przerywali rozmowę, gdy dochodziła ona do niebezpiecznego punktu, przy którym Dąbski był zbyt ustępliwy albo niedostatecznie z przedmiotem dyskusji obeznany” – opisuje Gmitruk.
Podczas tak właśnie prowadzonych rokowań strona polska zgodziła się na bezwarunkowe wchłonięcie wschodniej Ukrainy przez bolszewicką Rosję. Uznając umowy zawarte przez Piłsudskiego z przywódcą Ukraińskiej Republiki Ludowej Semenem Petlurą za nieobowiązujące. W zamian otrzymano uznanie praw Rzeczpospolitej do Galicji Wschodniej, choć ta już znajdowała się pod polską kontrolą.
„Problemem dyskusyjnym na poufnej konferencji 2 października była sprawa przynależności Mińska. Zdania w tej sprawie były podzielone. Ostatecznie w głosowaniu większość polskich delegatów opowiedziała się za pozostawieniem Mińska poza granicami Polski” – pisze Kmiecik. Najbardziej naciskał na to Grabski, pragnąc ograniczania liczby Białorusinów na terenie II RP, a przy okazji przekreślając federalistyczne plany Piłsudskiego. Dobrowolne wyrzeczenie się Mińska zaskoczyło nawet stronę sowiecką, bo ta pogodziła się już z oddaniem miasta Polakom.
„Nie mogę pominąć milczeniem, że ogólne wrażenie z dotychczasowego przebiegu obrad ryskich odniosłem fatalne. Zdaniem moim delegacja polska nie tylko nie potrafiła wykorzystać ogromnych atutów, jakie w jej ręce dały nasze zwycięstwa na froncie i powzięte w związku z tym uchwały Zjazdu Rosyjskich Sowietów, ale nawet sama poszła na ustępstwa, które sprzeciwiają się podstawowemu stanowisku, jakie delegacja polska zajmowała w chwilach daleko bardziej dla nas ciężkich, podczas konferencji w Mińsku” – notował we „Wspomnieniach z polsko-rosyjskiej konferencji pokojowej ryskiej” Michał Obiezierski.
Będąc członkiem Komitetu Obrony Kresów Wschodnich, przybył do Rygi, żeby spotkać się z Dąbskim i wybadać, w jaką stronę zmierzają rokowania. To, co zobaczył, przeraziło go. Obiezierski słał do Warszawy, podobnie, jak niektórzy członkowie delegacji, alarmujące depesze, że wprawdzie wojna jest wygrana, lecz pokój niemal przegrany.
Wedle zapisków poczynionych przez dawnego współpracownika Piłsudskiego, działacza PPS Adama Pragiera, opublikowanych w autobiografii „Czas przeszły dokonany”, Marszałek chciał doprowadzić do zerwania rozmów pokojowych. Ponoć nawet nakazał ministrowi spraw zagranicznych Eustachemu Sapiesze udanie się do Rygi i przejęcie kierownictwa nad delegacją, by tym sposobem odsunąć Dąbskiego. Wedle Pragiera został on ostrzeżony i w jedną noc razem z Joffem dogadał warunki pokoju, by móc podpisać porozumienie, nim przybędzie Sapieha.
Tak czy inaczej wszelkie rozbieżności usunięto w iście sprinterskim tempie i już 5 października 1920 r. podpisano protokół porozumienia. Zaś 12 października delegacje uroczyście sygnowały podpisami rozejm oraz preliminaria pokojowe, ogólne ustalenia przyszłego traktatu pokojowego pomiędzy II Rzeczpospolitą a bolszewicką Rosją oraz uznaną przez polską stronę za równoprawnego partnera marionetkową Ukraińską Socjalistyczną Republiką Sowiecką (USRS).
„Należy stwierdzić, że sukces w niemałym stopniu był możliwy dzięki przyjętej przez Joffego, choć nie zawsze zgodnej z dyrektywami płynącymi z Moskwy, taktyce, która polegała na postawieniu warunków niemożliwych do przyjęcia dla Polski i prowokowaniu polskiej delegacji pokojowej do działań, zmianie formy pertraktacji w niejawne narady przewodniczących i sekretarzy delegacji oraz stopniowaniu ustępstw w kwestii terytorialnej. Owa taktyka zapewniła mu zgodę na swobodny tranzyt handlowy przez Polskę, rezygnację z popierania antysowieckiej emigracji, niewłączenie do tekstu układu preliminaryjnego artykułów finansowych i zgodę na uznanie nie tylko USRS, lecz również faktu istnienia BSRS (Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej)” – podsumowuje w opracowaniu „Taktyka Adolfa Joffego podczas pertraktacji z Polską w sprawie zawarcia preliminariów pokojowych w 1920 roku” rosyjski historyk Giennadij Matwiejew.

Pokój i kac

„Wspominałem na posiedzeniu 6 października o dojściu do skutku zgody na pokój preliminarny w Rydze. Pokój ten, podpisany 12 października, nie zaspokaja w pełni aspiracji narodu polskiego, zostawia poza granicami Polski wielką liczbę Polaków, ale czyni zadość duchowi umiarkowania i dążeniom polskim do zakończenia wojny, dając jednocześnie Polsce możność oddechu na wschodzie” – ogłosił 14 października 1920 r. premier Wincenty Witos.
Prywatnie miał mieszane uczucia. Krytycznie oceniał postawę Dąbskiego. Jak zapisał we wspomnieniach, wiele kosztowały go spotkania z delegacjami wysłanymi przez Polaków z Mińska i Kamieńca Podolskiego. Przybywali, „przekradając się z narażeniem życia i błagając z płaczem, żeby ich Polska nie dawała na pastwę katom bolszewickim”.
Ale w jego ocenie wyczerpana wojną, zrujnowana ekonomicznie Rzeczpospolita musiała jak najszybciej zawrzeć pokój. Dlatego przełamał opór sporej części posłów, którzy początkowo wyrażali oburzenie tym, że wedle wytyczonych w Rydze granic nawet 1,5 mln Polaków pozostanie po bolszewickiej stronie. Za sprawą perswazji Witosa 22 października 1920 r. Sejm ratyfikował preliminaria pokojowe.
Wszystkich zastanawiał brak sprzeciwu ze strony Piłsudskiego. Ten skupił się na oderwaniu w połowie października od Litwy Wileńszczyzny, co na jego zlecenie przeprowadził gen. Lucjan Żeligowski. Taki manewr oznaczał rezygnację z planów stworzenia federacji państw odgradzających Polskę od Rosji. „Faktem jest, że Piłsudski czuł się zwyciężony przez opinię publiczną, że sejm był przeciwny dalszej wojnie, że opinia polska powszechnie bała się nowej wyprawy kijowskiej, że w dalszej wojnie z bolszewikami nie mógł Piłsudski liczyć nawet na poparcie lewicy, która by mu go na pewno odmówiła” – spekulował na temat przyczyn bierności Marszałka Stanisław Cat-Mackiewicz.
Inni podejrzewali, iż przewidując rychło nową wojnę z bolszewikami, traktat zawarty w Rydze uznał za tymczasowy. Jedynym publicznym gestem sprzeciwu, na jaki się potem zdobył Piłsudski, było odwiedzenie oficerów z sojuszniczej Armii Ukraińskiej Republiki Ludowej w obozie dla internowanych w Kaliszu i oznajmienie im: „Ja Was przepraszam, Panowie, ja Was bardzo przepraszam. To miało być zupełnie inaczej”.
Jedynym publicznym gestem sprzeciwu wobec postanowień traktatu ryskiego, na jaki się zdobył Piłsudski, było odwiedzenie oficerów z sojuszniczej Armii Ukraińskiej Republiki Ludowej w obozie dla internowanych. „Ja Was przepraszam, Panowie, ja Was bardzo przepraszam. To miało być zupełnie inaczej”