Autopromocja

Woś: Koniec historii antyludowej

Rafał Woś
Rafał WośDGP / Wojtek Gorski
13 listopada 2020

Przez wiele lat takich książek nie było, teraz jest ich wysyp. Przed tygodniem polecałem „Bękarty pańszczyzny” Michała Rauszera, będącą częścią serii na temat ludowej historii Polski, a dziś potężna „Ludowa historia Polski” pióra Adama Leszczyńskiego.

Adam Leszczyński „Ludowa historia Polski”, WAB, Warszawa 2020
Adam Leszczyński „Ludowa historia Polski”, WAB, Warszawa 2020

„Jestem jak polski Zinn, jestem jak polski Zinn” – zdaje się krzyczeć ta książka. Howard Zinn to autor „Ludowej Historii Stanów Zjednoczonych”, którą po raz pierwszy wydano w 1980 r. Praca świetnie trafiła w swój czas, stając się biblią antyreaganowskiej i antyimperialistycznej Ameryki. Była też kanwą niezliczonej ilości kłótni o to, co jest prawdziwą historią USA? Czy jest nią perspektywa garstki uprzywilejowanych ziemian, kapitalistów i mieszczan, którzy zbuntowali się przeciwko angielskiej zwierzchności?

A potem postanowili wybierać spośród siebie prezydenta i parlament, nazywając to demokracją. Czy raczej prawdziwe dzieje Ameryki to historia rzezi Indian, ucisku niewolników, wyzysku migrantów z Włoch, Polski czy Irlandii oraz kobiet w ramach patriarchalnych struktur?

Takiego wydarzenia jak książka Zinna w polskiej historiografii nigdy nie było. Ale też być nie mogło. A to dlatego, że perspektywa ludowa była w PRL jednak dużo mocniej reprezentowana niż w powojennej kapitalistycznej Ameryce. Mowa tu zwłaszcza o pierwszej fazie Polski Ludowej. Nie była to nigdy jedna konkretna książka, a raczej nurt myślenia o historii. Później został on odłożony na półkę, a ludowa historia stawała się coraz mniej popularna. A dla wielu wręcz wstydliwa. Bo po 1989 r. w modzie było wyszukiwanie szlacheckich korzeni.

Książka Leszczyńskiego (czy wcześniej Michała Rauszera, Jana Sowy czy Wiktora Marca) wieńczą proces zamykania antyludowych dekad. Z powodu wspomnianego kontekstu ich prace nie są takim przewrotem jak dzieło Zinna. Nie zmienia to faktu, że są ważnym uzupełnieniem i przeorientowaniem naszej rozmowy o historii Polski i Polaków. Leszczyński bardzo dobrze się do roli takiego opowiadacza nadaje. Ma wprawne pióro jednego z najlepszych polskich dziennikarzy i reporterów. W pewnym momencie skręcił na szlak kariery naukowca. Tajemnicą poliszynela jest, że się trochę po drodze poobijał, gdyż zakurzeni akademicy zazdrośnie strzegą własnych pozycji. Te boje z akademią dały Leszczyńskiemu – prócz paru blizn – także wiele autorskiej dojrzałości. Widać to w jego kolejnych publikacjach. Do tej pory jego najważniejszą pracą był znakomity „Skok w nowoczesność. Polityka wzrostu w krajach peryferyjnych 1943–1980”. Teraz ma „Ludową historię Polski”, z której zakresu, stylu i publicystycznej wagi może być naprawdę dumny. Polecam ją wszystkim czytelnikom.

Na koniec słówko o samej ludowej historii. Bo coś mnie w niej jednak męczy i uwiera. To świetnie, że wolno już mieć ludowe spojrzenie na dzieje Polski. Problem w tym, iż próbując zastosować tę samą ludową soczewkę do oceny współczesnej polityki i najnowszej historii społecznej, nadal śmiałkom grozi wypychanie z debaty i łamów establishmentowych mediów. Ale ten opór też kiedyś zostanie przełamany. 

Źródło: MAGAZYN Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png