Dziennik Gazeta Prawna
Z Justyną Makarewicz rozmawia Magdalena Rigamonti
O której godzinie zaczyna pani pracę?
O 7 rano. I teoretycznie w urzędzie jestem do godz. 15. Ale nie, nie siedzę cały czas przy biurku, malując paznokcie i popijając kawkę. Wiem, że urzędnicy wciąż nie mają u nas dobrej opinii. To urzędasy, lenie. Zawsze słyszę o malowaniu paznokci. I o tym, że od humoru urzędnika zależy, czy da się sprawę załatwić, czy nie.
Czy w zakresie obowiązków ma pani grzebanie w lokalnej historii?
Jestem inspektorem ds. kultury, oświaty i ewidencji zabytków, nic nie ma o przywracaniu pamięci i lokalnej tożsamości. Ale kiedy 18 lat temu sprowadziłam się do Kcyni, to zrozumiałam, że tu każdy dom i podwórko ma własną historię – i że większość mieszkańców miasta nie zna tych opowieści.
Pani nie jest stąd.
Nie jestem. Kiedy się sprowadziłam, to nie wiedziałam o Kcyni nic. Szybko się okazało, że przeprowadziłam się do fascynującego miejsca. Bitwa pod Kcynią w czasie potopu, konfederaci barscy, ogromne zbiory dokumentów sądu grodzkiego z XVI i XVII w. To zderzenie teraźniejszości, która kiedyś wydawała mi się tak prowincjonalna, z tą historią, jej bogactwem, było dla mnie niebywałe. Postanowiłam ją odszukać i opowiedzieć.
Zaczęła to pani robić sama czy ktoś kazał?
Gdybym miała się tym zajmować z nakazu, to nic by z tego nie wyszło. Stworzyłam Dźwiękowe Archiwum Kcyni, zbiór nagrań i filmów, bo tego zapragnęłam. A zapragnęłam, kiedy dotarło do mnie, że zaraz tych ludzi, którzy pamiętają to, co się tu działo przed wojną, w czasie okupacji i zaraz po niej, nie będzie. Zaczęłam organizować spacery z historią, żeby ludzie się dowiedzieli, co to za miejsce, żeby nie krzyczeli „Polska dla Polaków!”, bo mieszkają w miejscu, w którym żyli Polacy, Niemcy i Żydzi. Nie przez chwilę, a przez wieki. Staram się budować tożsamość, przywracać pamięć, tłumaczyć, że jak się przechodzi obok przedszkola, to trzeba pamiętać, że tu kiedyś był sąd wybudowany przez zaborcę. Że dworzec kolejowy i pocztę zbudowali Niemcy. Że te wszystkie budowle, które powstały pod koniec XIX w. lub na początku XX w., to emanacja administracji pruskiej, a teraz są przez nas używane. Warto podkreślać zasługi wielu nacji w budowaniu Polski. Teraz już pani rozumie, że ja za biurkiem nie wysiedzę.
Urząd to struktury i podległości.
I szefowie. Na prowincji też są ludzie z otwartymi głowami. I ja do takich mam szczęście. Nie blokowali mnie.
Co im pani mówiła?
Że chcę spisywać wspomnienia mieszkańców. Od tego się zresztą zaczęło. Była do tego dobra okazja – 750. urodziny miasta. Razem z Marcinem Lisieckim, nauczycielem historii, oraz jego uczniami pytaliśmy kcynian, co było najważniejszym wydarzeniem w ich życiu, jak postrzegają miasto, jak pamiętają je sprzed 20 czy 50 lat. Potem okazało się, że przestrzeń, którą daje internet, sprawia, że możemy udostępniać stare zdjęcia czy filmy. Nie robię tego tylko dla naszego miasteczka, a dla tych wszystkich, którzy nie tyle nawet interesują się historią, co mają świadomość, że często w takich miejscach odzwierciedlają się skomplikowane losy Polski. To trudne sprawy. Część mieszkańców Kcyni w czasie wojny podpisała volkslistę – ich potomkowie wciąż żyją. Jest zdjęcie z manifestacji, która odbyła się w kwietniu 1944 r. z okazji urodzin Hitlera. Na fotografii mieszkańcy Kcyni miasta heilują. Nie wiem, którzy z nich to Polacy, którzy Niemcy...
Kusi panią, żeby sprawdzić, kto jest na zdjęciu?
Kusi. Ale wiem też, że wciąż jest blokada, że wszyscy wiedzą, kto był tu volksdeutschem, ale nikt nie powie. A na pewno mi, bo ja nie jestem stąd. Dla wielu wciąż pozostaję obca.
Zna pani innych lokalnych historyków.
Powstało Centrum Archiwistyki Społecznej, tworzona jest sieć wsparcia dla takich osób. I tak, takich ludzi jest całkiem sporo. Myślę, że wszyscy odczarowujemy prowincję. Zaobserwowałam, że mieszkańcy miasteczek są bardzo dumni z osiągnięć krajanów, którym się udało.
Co to znaczy „udało się”?
Odnieśli sukces. Kcynianie są dumni z prof. Jana Czochralskiego, który opracował metodę wzrostu monokryształów krzemu, co przyczyniło się do rozwoju elektroniki. Zrezygnował z oferty Forda i wrócił do Polski na zaproszenie prezydenta Ignacego Mościckiego. Albo z o. Efrema, kapucyna, który odnosił sukcesy jako rzeźbiarz w Belgii i Hiszpanii. W mieście powstało rondo i są różne pomysły, jak je nazwać. Rondo Pocztowe, bo znajduje się przy poczcie, rondo Czochralskiego, bo najwybitniejszy kcynianin, rondo Lecha Kaczyńskiego czy Jana Pawła II. Zbigniew Prusak, nauczyciel, zaproponował, by było to rondo Tadeusza Pietrykowskiego, który był historykiem, sędzią, autorem pierwszej monografii Kcyni wydanej w 1928 r., uczestnikiem wojny polsko-bolszewickiej 1920 r., ofiarą mordu katyńskiego.
Radni się zgodzili?
Głosowanie pod koniec września. Moim zdaniem słowo „prowincjonalizm” przestaje być nacechowane pejoratywnie, choć oczywiście jeszcze politycy tym grają. Prowincjonalny nie znaczy już zaściankowy, tylko taki, który kocha miejsce, w którym żyje. Można być prowincjonalnym, a jednocześnie w jakimś sensie światowym.
Politycy opozycji ciągle mówią o zaściankowej prowincji głosującej na PiS.
Z drugiej strony PiS chce centralizować władzę. Słyszymy, że w Warszawie mówią, że wiedzą lepiej, co jest nam potrzebne, że nie musimy mieć aż tak dużej suwerenności w podejmowaniu decyzji. A przecież samorząd oznacza, że możemy się sami rządzić, że bez zgody władz w Warszawie mogę w moim miasteczku przywracać pamięć. Rzeczywistość z pozycji ministerialnego urzędu wygląda inaczej niż tu, 400 km od Warszawy. Ja zbieram historie, a każda z tych opowieści jest subiektywna. Wydaje mi się, że to jest pomysł na opowiadanie historii młodym. Kiedy oprowadzałam ich po wystawie z okazji 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej i opowiadałam o pani Brygidzie, która została wysiedlona jako mała dziewczynka z rodziną do Generalnej Guberni, bardziej to do nich przemówiło niż suche liczby, niż podręczniki historii. Widziała pani podręczniki do historii w szkole podstawowej do klas starszych?
DGP
Tak. Daty do wkucia na pamięć.
I quiz. Nie podoba mi się to, co politycy robią z historią. Oni chcą, by była czarno-biała, a jest w niej wiele odcieni szarości. Teraz wszystko musi być narodowe, pełne najlepszych pobudek. A potem się dziwimy, że młodzi zasilają szeregi narodowców. Nawet w moim miasteczku, które przez wieki było wielokulturowe. Przecież tu w XVI w. Szkot był burmistrzem. Pani Brygida, która opowiada o obozie przesiedleńczym w Łodzi, o zamarzniętych ciałach dzieci, jest prawdziwszą nauką historii niż suche fakty. Tłumaczyłam ostatnio artykuł Cezara Aronsfelda, który urodził się tu w 1910 r., i mając 11 lat, z rodzicami wyemigrował. On nie ukrywa, że jego rodzinie bliżej było do Niemców niż Polaków. Pisze o tym, że Niemcy podczas I wojny wykorzystywali Żydów, a ci mieli tego świadomość. Ich potomkowie przyjeżdżają, idą na cmentarz, oglądają macewy, które mają napisy zarówno po niemiecku, jak i po hebrajsku. Jest macewa, na której jest napisane, że tu leży nasz ukochany syn, który służył ojczyźnie i umarł w lazarecie w Warszawie. Był Żydem, ale został powołany do armii pruskiej i zginął w czasie I wojny.
Mówi pani o potomkach Żydów, a to znaczy, że ci ludzie przeżyli Holokaust.
Przeżyli, bo w czasie II wojny już ich w zasadzie tutaj nie było. Wcześniej to było miasteczko polsko-niemiecko-żydowskie. Ale nie w rodzaju galicyjskiego sztetla, tu mieszkali raczej Żydzi bogaci, właściciele przedsiębiorstw, sklepów kolonialnych. Żydzi, którym bliżej było do Niemców w sposobie życia, w sposobie postrzegania siebie, którzy byli lepiej wykształceni od Polaków i robili lepsze interesy niż Polacy, posiadający majątki. To byli też Żydzi często kolaborujący z Prusakami – w czasach Wiosny Ludów 1848 r. wydawali Polaków. Mówię to po to, żeby zobrazować fakt, że tutejsi Żydzi czuli się lojalni wobec Niemców. Ale w latach 30. XX w. gmina żydowska wyprzedała majątek, a Żydzi wyemigrowali. W 1938 r. zostało tu tylko 68 Żydów, zaś całe miasteczko liczyło ok. 4 tys. mieszkańców. Te historie we mnie siedzą. Śmieję się, że mam dużo znajomych na cmentarzu. Ci ludzie przestają być tylko napisem na nagrobku. Cienie historii nas ścigają i trudno pozostać obojętnym. Niektóre z opowieści są wzruszające, niektóre przerażające.
Ile pani nagrała tych rozmów?
Kilkanaście. Kiedy przygotowywaliśmy wystawę dotyczącą wybuchu II wojny, rozmawiałam z ludźmi, którzy zostali stąd wysiedleni. Tu niedaleko, 40 km stąd, była granica z Niemcami. Spotkałam panią, która zgubiła się mamie w czasie ucieczki we wrześniu 1939 r. Miała sześć lat. Pochodziła z Miasteczka Krajeńskiego położonego jeszcze bliżej granicy. W pierwszych dniach września ktoś się nią tutaj zaopiekował. To Polka, Łucja. Dziewczynka trafiła do niemieckiego sierocińca, bo znała niemiecki. Już wtedy wiedziała, że nie wolno jej mówić, że jest Polką. Przedstawiała się więc po niemiecku. Mieszkańcy tych ziem, znając język niemiecki, mogli sobie pozwolić na odrobinę sprytu, którego brakowało Polakom w Polsce centralnej czy wschodniej. Miejscowi Polacy przed wojną znali Niemców, często u nich pracowali. Przed pierwszą wojną, kiedy tu był jeszcze zabór pruski, też. Wiadomo, że zaborca zakazywał modlitwy w języku polskim. W 1906 r. odbył się u nas strajk dzieci. Nie tylko we Wrześni protestowały, choć tylko one przebiły się do podręczników szkolnych. Są opisy, że rodzice musieli zapłacić grzywnę i zobowiązywać się, że dzieci już nigdy nie będą strajkować. Najciekawsze dla mnie jest, jak dotychczasowi sąsiedzi, bo przecież ci ludzie się wszyscy znali, zostali wrogami. Franz Pankalla, właściciel mleczarni, był uczestnikiem strzelań Bractwa Kurkowego, jednego z najstarszych w Polsce. Zdarzało się wiele socjalizujących zachowań. Polacy i Niemcy spotykali się też towarzysko. Działało kółko muzyczne, w którym występowali i Polacy, i Niemcy, na przykład syn właściciela cegielni.
Polak?
Niemiec. I nagle wybucha wojna i on od razu stał się antypolski. Włodzimierz Teski, którego nagrywałam, powiedział mi, że jak ktoś był przyzwoity przed wojną, to i w jej czasie taki pozostał. Pan Teski ma teraz 93 lata. Jest synem Bogusława, który przed wojną był właścicielem składu bławatów i tkanin w naszym mieście. Przez te osiem lat to Dźwiękowe Archiwum Kcyni stało się na tyle unikatowe w skali regionu i wypracowało sobie taką renomę, że ludzie sami się do mnie zgłaszają. Ktoś dzwoni i mówi, że jego mama jest repatriantką i chciałaby opowiedzieć historię ucieczki z Kresów. Widzę, że coraz więcej ludzi chce wiedzieć, angażuje się. Pomaga mi Roman Tadych, który stale wyszukuje mi notki prasowe o Kcyni albo spisy abonentów telefonicznych z różnych lat. Myślę, że Dźwiękowe Archiwum takich ludzi uruchomiło. Choć liczyłam na to, że nauczyciele, regionaliści podejmą większą współpracę ze mną. Niestety, nie starcza im na to czasu. Program szkolny jest przeładowany. A te dzieciaki tu już chyba piąte powojenne pokolenie. Rodziny większości z nich przybyły tu po II wojnie. Zostali zmuszeni do porzucenia swoich miejsc, przenosin na Ziemie Odzyskane. Byli repatriantami, zostawili swoje gospodarstwa, dymiące piece i przyszli mieszkać tu.
Czwarte pokolenie jest już dorosłe.
Jednak smutne losy dworów i pałaców pokazują, że wielu nie czuje łączności z tym miejscem, nie ma świadomości, że to warto chronić. Zdarzają się sytuacje, że ktoś ścina czereśnię, która rosła na terenie pałacowego ogrodu, żeby po prostu zerwać owoce. Przyjechał tu raz potomek dawnych właścicieli majątku – Bernd von Bülow. Uważał, że największą winą Niemców jest to, że pozbawili edukacji Polaków. Ani słowa o prześladowaniach, o obozach koncentracyjnych. Nic. To mnie poraziło. Jego rodzina kupiła majątek w 1850 r. On się bawił z Polakami, opowiadał, że w czasie okupacji, jak jakiś Polak był chory, to mama załatwiała mu niemieckiego lekarza. A ojciec ocalił krzyż. Mówił oczywiście tylko o dobrych rzeczach. Od Polaków dowiedziałam się, że w momencie, kiedy weszli hitlerowcy, rodzina von Bülow od razu przejęła gospodarstwo należące do Polaków.
Powiedziała mu pani to?
Dowiedziałam się o tym już po spotkaniu. On ma swoją historię II wojny światowej. Bez mrugnięcia okiem opowiadał, że w 1938 r. nad Kcynią, po niemiecku Exin, latały polskie samoloty i prowokowały Niemców. I że już Polska wtedy dążyła do wojny. Z jednej strony muszę zachować szacunek dla wieku moich rozmówców, z drugiej widzę, że historia to wielka przestrzeń do interpretacji i manipulacji. I jest taka, jaką ktoś ją opowiada. Niestety, jest też używana przez polityków. Von Bülow przysłał mi artykuł Hansa von Rosena, właściciela sąsiedniego majątku, z którego wynika, że Hitler nie miał innego wyjścia, tylko musiał zaatakować Polskę, a tak w ogóle to Polsce najlepiej było, kiedy znajdowała się w orbicie wpływów państwa niemieckiego. Proszę sobie wyobrazić, że pisał tak w latach 90. Wielu Niemców stąd osiedliło się po wojnie koło Bergen. Byli członkami ziomkostwa, pielęgnowali pamięć o tym, co zostawili. Powtarzali bzdury, że sprowokowany Hitler musiał nas zaatakować. Niektórzy boją się tu przyjechać. Jest pan, który jest wnukiem komendanta wojskowego, szefa struktur NSDAP. Jest pastorem, pracuje w Dachau, a kiedy go zapytałam, czy odpracowuje winy dziadka, zaprzeczył.
Ciągle ta wojna i wojna.
Czasami słyszę: fajnie, że pani te zdjęcia zeskanowała, bo rodzina po śmierci babci wszystko spaliła. Wiem, że są tacy, którzy uważają, że to nudy. Mówią: po co o tej historii ciągle, po co o tej wojnie znowu, już tyle lat minęło, a tu wciąż ta wojna. A ja jeszcze raz powtórzę, że po to ciągle o tej wojnie, żeby nie pojawiali się kolejni idioci wykrzykujący nacjonalistyczne hasła w kraju, który został zniszczony przez hitlerowców.
Justyna Makarewicz inspektor ds. kultury, oświaty i ewidencji zabytków w Kcyni, w woj. kujawsko -pomorskim
fot. Maksymilian Rigamonti
DGP