O pandemiach ostatniego stulecia się nie pamięta. Czasem nikną w cieniu innych wydarzeń, czasem są celowo wymazywane przez władzę. Tak właśnie stało się w Polsce z grypą Hongkong.
ShutterStock
Wbrew opiniom z pierwszych tygodni po uderzeniu koronawirusa nic nie wskazuje na to, by pandemia rzeczywiście miała w jakikolwiek sposób zmienić świat. Trzęsie i zatrzęsie jeszcze bardziej gospodarką, może zwiększy przestrzeganie zasad higieny, ale nie zmieni ani sytuacji geopolitycznej, ani mentalności. To ostatnie już widać. Nadwiślańskie bulwary roją się od ludzi na leżakach – tylko alkoholu jakby mniej, bo policja pilnuje, choć niezbyt natrętnie. Znajomi znów podają sobie rękę i całują się na powitanie – jeszcze może nie powszechnie i nieco niepewnie, ale coraz częściej. W sklepach coraz mniej ludzi w maseczkach i to po obu stronach lady.
Reklama
Historia się powtarza. Od co najmniej stu lat żadna epidemia nie miała większego wpływu na kulturę i świadomość przeciętnego człowieka, choć były wśród nich tak katastrofalne jak słynna hiszpanka. O większości szybko zapomniano. Niektóre zresztą były w pewnych krajach starannie wyciszane przez władze – jak było choćby w Polsce w odniesieniu do szalejącej na przełomie lat 60. i 70. grypy Hongkong.

Powracający wróg

Reklama
Choroba uderzyła w lipcu 1968 r. w Chinach. Kluczowe okazało się to, że błyskawicznie pojawiła się też w Wietnamie, akurat wtedy, gdy toczyła się tam wojna. Naturalną koleją rzeczy zawlekli ją do USA powracający do domu żołnierze. W tym samym momencie, drogą przez Singapur, Indie i Filipiny, dotarła do Australii. W styczniu 1969 r. odnotowano ją w Turcji i na południu Europy.
Wszędzie, gdzie się pojawiała, powodowała paraliż. Także w Polsce, gdzie pierwsze przypadki odnotowano 17 stycznia. W ciągu 10 dni choroba opanowała praktycznie cały kraj. Zakażonych było tak wielu, że szybko zabrakło karetek i personelu medycznego, większość szkół została zamknięta, a produkcja w fabrykach spadła tak radykalnie, że władze w Warszawie zasypywane były alarmującymi raportami z terenu.
Efekty epidemii były widoczne gołym okiem, nie można więc było udawać, że problem nie istnieje. Starano się jednak bardzo zminimalizować i złagodzić przekazy na jej temat, o co starannie dbała cenzura. Nie informowano o ofiarach śmiertelnych. A tych z dnia na dzień przybywało. Szacuje się, że do połowy lutego 1969 r. zachorowało 6 mln Polaków. Z powodu samej choroby i powikłań zmarło zaś 25 tys. osób.
Dziennik Gazeta Prawna
Choć środki zaradcze i samo leczenie pozostawiały wiele do życzenia – stosowano zwykle tradycyjne lekarstwa na przeziębienie – epidemia 1969 r. minęła dość szybko. Trwała niewiele ponad miesiąc. Powróciła w roku następnym, ale już nie tak groźna.

Bunt w czasach zarazy

W grudniu 1970 r. zapowiedziane podwyżki cen wywołały wrzenie w całym kraju. Do najtragiczniejszych wydarzeń doszło na Wybrzeżu, gdzie – jak opisywał to Jerzy Eisler – „do spacyfikowania protestów użyto środków niewyobrażalnych w czasie pokoju”. Milicja strzelała na oślep, nad Gdynią latały śmigłowce ostrzeliwujące tłum, a w gmachu Prezydium Rady Miejskiej urządzono katownię rodem z czasów stalinowskich.
Na początku 1971 r., a więc zaledwie kilka tygodni po tych wydarzeniach, sytuacja wciąż była daleka od stabilizacji. Wybrzeże zostało spacyfikowane, ale fala protestów przeniosła się w inne rejony. W Łodzi strajkowały wówczas 32 fabryki, a na ulicach wybuchały spontaniczne walki z oddziałami ZOMO. Kiedy premier Piotr Jaroszewicz przyjechał wówczas na rozmowy ze strajkującymi, robotnice odwróciły się do niego tyłem i pokazały gołe pupy. Brzmi to jak tania anegdota, ale to właśnie nagie pośladki łódzkich włókniarek bardziej niż uliczne rozruchy przekonały władze, że nie dojdzie do porozumienia, jeśli nie zluzują swojej polityki.
Wybuch epidemii w takim momencie mógł zakończyć się katastrofą, i to zarówno gospodarczą, jak i społeczną. Tymczasem grypa uderzyła ze skutkiem równie katastrofalnym jak dwa lata wcześniej. Nic dziwnego, że praktycznie stanęły zakłady pracy, bo w niektórych absencja sięgała 80 proc. Profesor Marcin Zaremba opublikował niedawno w tygodniku „Polityka” tajne wówczas dokumenty z tego okresu. Wynika z nich wyraźnie, że władze przerażał wówczas najbardziej właśnie przestój gospodarczy. Z Łodzi donoszono, że „wartość produkcji w przemyśle bawełnianym zmalała o 38,1 mln zł”, co jednak „dyrektorzy postarają się naprawić”, uruchamiając dodatkowe zmiany w fabrykach. Skarżono się na problemy z działaniem PKP.

Optymizm za gotówkę

Jeśli w 1969 r. Władysław Gomułka – przywódca niezbyt subtelny społecznie – starał się ukrywać zasięg epidemii, choć nie negował jej samej, to w 1971 r. nowy I sekretarz PZPR Edward Gierek po prostu nie miał innego wyjścia niż łagodzić przekaz medialny. Tak jak musiał wycofać się z projektu podwyżek cen. Oczywiście nie był w stanie całkowicie zapobiec przedostawaniu się informacji, bo każdy widział, że w szkołach nie odbywają się zajęcia, odwołuje się imprezy kulturalne i sportowe, w aptekach brakuje lekarstw, a do szpitali ustawiają się kolejki. Mimo to robiono, co się dało, by o problemie mówić jak najmniej. Na pierwszych stronach gazet był zazwyczaj przeważnie sam Gierek – twarz nowej odsłony socjalizmu po krwawej kompromitacji poprzednich władz. Informacje o epidemii podawane były na dalszych stronach – przykryte optymistycznymi wiadomościami. Dla przykładu: 21 stycznia, a więc w szczytowej fazie epidemii, „Życie Warszawy” rozpisywało się na pierwszej stronie o tym, że „z inicjatywy władz i społeczeństwa Warszawy Zamek Królewski będzie odbudowany”.
Jeśli pisano o samej epidemii, rzadko używano nawet tego słowa – nazywano ją po prostu grypą, której „odnotowuje się wiele przypadków”. W niektórych miastach wprowadzano co prawda stan epidemii, ale była to informacja wewnętrzna – przekazywana w pismach jedynie lokalnym władzom, urzędnikom i lekarzom. Nie podawano jej do wiadomości publicznej. Podobnie jak liczby ofiar śmiertelnych, która osiągnęła wkrótce pułap 6 tys. Unikano nawet informowania o sytuacjach, którymi władze mogłyby się chwalić. Jak choćby tego, że dla sprawniejszej dystrybucji lekarstw używano jednostek wojskowych. Przekaz miał być pozytywny – nic poważnego się nie dzieje, a nowa władza całkowicie panuje nad sytuacją.
I trzeba przyznać, że była bardzo skuteczna. Kto nie zachorował albo już wyzdrowiał, mógł się wkrótce skupić na… planowaniu nowych wydatków. Jedną z pierwszych decyzji Gierka było wypłacanie bardzo hojnych odszkodowań dla ofiar „Grudnia”, a także podniesienie płac praktycznie we wszystkich sektorach. Do tego doszły zapowiedzi wprowadzenia do sprzedaży towarów dotąd tak niedostępnych jak coca-cola, a także produkcji taniego samochodu dla mas – małego fiata. Wkrótce w sklepach pojawiły się towary do tej pory rzadko widywane: atrakcyjne meble czy kolekcje modnej odzieży. Poziom życia rósł bardzo szybko. Profesor Zaremba oceniał, że na początku lat 70. był on w Polsce najwyższy co najmniej od 1937 r. Nic też dziwnego, że wraz z nastaniem wiosny nikt już o epidemii nie pamiętał. Gierek sobie tę niepamięć kupił.

Nauka zapominania

Dziś wiemy, jaki był koszt spokoju, ale prawda jest taka, że również na Zachodzie starano się nie nagłaśniać przesadnie epidemii, a przecież tam nikt mediów nie kontrolował. Na całym świecie na grypę z Hongkongu zmarło ok. 700 tys. ludzi, prasa o wiele więcej uwagi poświęcała jednak śmierci takich gwiazd jak Janis Joplin, Jimi Hendrix czy Jim Morrison. W rozwiniętym świecie drugiej połowy XX w. epidemia była czymś wstydliwym. Kojarzyła się z ubóstwem i brakiem higieny państw Trzeciego Świata. Ale może nie tylko. Nawet pandemia totalna, hiszpanka z pierwszych lat po I wojnie światowej, która uśmierciła 50–100 mln ludzi, a więc wielokrotnie więcej niż zginęło na frontach, nie wywoływała paniki i wkrótce po jej ustąpieniu postarano się o niej zapomnieć. Choć w jej trakcie przekazy były drastyczne. Jak choćby ten w „Głosie Narodu”: „Stolarze po wsiach i miasteczkach nie robią nic innego, tylko trumny. Choroba tak wycieńcza ludność, że staje się na długi czas niezdolną do pracy”.
Tak naprawdę ostatnią epidemią, która wpłynęła znacząco na bieg dziejów, była czarna śmierć – największa w dziejach pandemia dżumy z połowy XIV w., która wyludniła ówczesną Europę, zabijając połowę jej mieszkańców. Puste wsie i nieobsiane pola ponownie zarastały gęstymi borami, zmieniając krajobraz kontynentu. Przetrzebiona ludność potrzebowała mniej jedzenia, wielu przerzuciło się więc na rzemiosło i osiadło w miastach, co wkrótce zaowocowało rewolucją przemysłową i miejskim właśnie charakterem społeczeństw Zachodu. Kilkaset lat wcześniej podobne rozmiarowo skutki miał mór Justyniana, który – przez wyludnienie – sprawił, że całe połacie Bliskiego Wschodu z żyznego spichlerza Rzymu zamieniły się w pustynię, a w powstałą wówczas pustkę osadniczą właśnie wtedy wkroczyły koczownicze plemiona arabskie, tworząc potężną kulturę Islamu.
Wtedy pandemie wywoływały szok i apokaliptyczne skojarzenia. Po przejściu czarnej śmierci jednak oswojono się z nimi. Wrosły w powszedniość. W 1543 r. niejaki Maciej Zaicowic napisał w swojej książce „Ludycje wieśne” znamienne zdanie: „Wedle prostego baczenia nie może być wszędzie do końca morowe powietrze ukojono”. Choć całe dziełko było żartobliwe, to ta opinia była powszechna i prawdziwa, nic więc dziwnego, że mieszkaniec ówczesnej Europy zżył się z perspektywą nagłej śmieci. Tym bardziej, że epidemiom towarzyszył głód, ten zaś powodował masowe zgłaszanie się mężczyzn do służby wojskowej, co z kolei sprawiało, że wojny stawały się koniecznością. A że przemieszczanie się wojsk i towarzyszący temu brak higieny sprzyjały rozprzestrzenianiu się chorób, to powstawało w ten sposób błędne koło narastającej śmiertelności, której nikt się już nie dziwił. Kiedy wydaje się, że zagrożenie mija, wszystko wraca do normy. I tak jest do dzisiaj.