To dobra lektura na czas po długiej i wyczerpującej kampanii wyborczej. Dwaj brytyjscy politolodzy wyjaśniają, że narodowy populizm nie jest przejściowym kaprysem wyborców, tylko mającym bardzo racjonalne podstawy zjawiskiem społecznym, które pozostanie z nami na długo.
Dziennik Gazeta Prawna
Narzekania na koniec liberalnej demokracji zapełniały szpalty opiniotwórczej prasy i generowały internetowe kliki przez ostatnie lata. Trump, Orbán, Le Pen, Kaczyński – te nazwiska jednym niosły nadzieję, innych napełniały strachem. Mówienie i pisanie o zjawisku narodowego populizmu było do tej pory bardzo trudne.
Reklama
Mieszanina emocji oraz interesów utrudniała analizę zjawiska. Owszem, powstawały teksty na temat populistycznej rewolty, ale zwykle próbowano w nich odpowiedzieć na pytanie: „Co robić, żeby to nieszczęście powstrzymać?”. Ten etap dobiega końca. I to bardzo dobra wiadomość, bo branża politologów i publicystów zbyt długo się na rzeczywistość gniewała. Książka Rogera Eatwella i Matthew Goodwina zwiastuje – moim zdaniem – przebudzenie. Powstała w 2018 r., gdy minął już pierwszy szok po brexicie i dojściu Trumpa do władzy. Dziś czyta się ją nadal dobrze. A przecież namysł nad zjawiskiem będzie trwał.
Ramą, na której zawieszona jest konstrukcja analizy Eatwella i Goodwina, są cztery litery D. Chodzi o zjawiska leżące u podstaw narodowego populizmu. Pierwsze D to distrust, czyli brak zaufania do polityków i instytucji. Wiąże się to z tym, że liberalna demokracja jest systemem, który ze swojej natury stara się minimalizować uczestnictwo mas w procesie politycznym. Jej obrońcy bardzo nie lubią się do tego przyznawać i wolą mówić o „bezpiecznikach demokracji” albo o „ochronie mniejszości”. Ale faktycznie są to zazwyczaj eufemizmy na usprawiedliwienie rosnącego dystansu między interesami demokratycznych decydentów oraz większości ich nieelitarnych wyborców.
DGP
Drugim D jest destrukcja. Strach przed rozpadem historycznej tożsamości grupy narodowej i jej ustalonych stylów życia. Strach tym silniejszy, im bardziej tłumiony przez „poprawność polityczną”.
Trzecie D to deprywacja. To znaczy poczucie porażki szerokich mas społecznych w starciu z interesem zwycięzców globalizacji. Do tych ostatnich zaliczyć należy coraz bardziej kosmopolityczne elity pracujące na korzyść lub przynajmniej w symbiozie z interesami hulającego ponad granicami narodowymi kapitału.
I wreszcie czwarte zjawisko: dealignment, odejście od masowych partii i ruchów społecznych (związki zawodowe), które w XX w. raz lepiej, a raz gorzej, ale jednak mediowały między interesami różnych klas społecznych. Lecz w następnym stuleciu przestały się z tej roli wywiązywać. Co zaowocowało ich marginalizacją.
Te cztery D to oczywiście dopiero początek portretu narodowego populizmu. Eatwell i Goodwin malują go spokojnie i metodycznie. Nie bojąc się na koniec wyjścia do przodu i zapowiedzi świtu postpopulizmu. Zachęcam do lektury, bo to jest zdecydowanie jeden z najlepszych opisów zjawiska, jaki ukazał się do tej pory w języku polskim. Zjawiska jakże aktualnego.