Karla Polanyiego nie wymienia się zazwyczaj wśród najważniejszych autorów opisujących współczesny kapitalizm. A przecież powinien mieć miejsce w pierwszym szeregu razem z takimi postaciami, jak Karol Marks, Friedrich von Hayek, Joseph Schumpeter czy John Maynard Keynes.
Reklama
Polanyi był modelowym dzieckiem starej Europy – tej sprzed wybuchu I wojny światowej. Urodzony w 1886 r., wychowany między Wiedniem a Budapesztem. Ojciec nazywał się Pollacsek i był węgierskim Żydem, który dorobił się na budowaniu kolei żelaznych – po czym wszystko stracił.
Matka, urodzona w Wilnie, prowadziła w Wiedniu (pod miłym dla ucha nazwiskiem Cecile Wohl) klasyczny mieszczański salon. Za młodu Polanyi mocno komunizował, ale szczęśliwie opuścił Austrię zanim wtargnęli tam hitlerowcy (razem z żoną, węgierską rewolucjonistką polskiego pochodzenia Iloną Duczyńską). Potem była praca na uniwersytetach w Londynie, USA i Kanadzie. Droga bardzo podobna do tej, którą poszli inni jego słynni krajanie: Mises, Hayek czy Schumpeter.
Największą sławę przyniosła Polanyiemu praca „Wielka transformacja” z 1944 r. opisująca narodziny nowoczesnego społeczeństwa rynkowego. Lata 40. to w ogóle czas, gdy obrodziło pracami poddającymi refleksji ekonomię polityczną kapitalizmu. To wówczas powstają też „Polityczne aspekty pełnego zatrudnienia” Michała Kaleckiego czy „Kapitalizm, socjalizm, demokracja” Schumpetera. To wtedy Hayek pisze swoją słynną „Drogę do zniewolenia”. Tymczasem Keynes negocjuje wtedy z ramienia Wielkiej Brytanii założenia międzynarodowego systemu monetarnego na konferencji w Bretton Woods.
Książka Freda Blocka i Margaret Somers „Karl Polanyi. Krytyka wolnorynkowego fundamentalizmu” nie jest biografią sensu stricto. Raczej namysłem nad intelektualnym dorobkiem Polanyiego. Mamy tu próbę przyłożenia jego podejścia do współczesnych nam problemów. O tym, że takie analogie bez trudu znajdziemy, informuje nas już zaanonsowana w tytule krytyka wolnorynkowego fundamentalizmu. Polanyi zastanawia się, jak to możliwe, że przekonanie o samoregulacji rynków ma tak zwodniczy urok.
Dochodzi do wniosku, że jest to nic innego jak utopia. Takie odwrócenie ról ma w sobie posmak prowokacji. Wszak to wolnorynkowcy lubią przedstawiać swoich wrogów – czyli wszelkiej maści etatystów i socjalistów – właśnie jako utopistów wcielających w życie, w imię swojej wielkiej idei, jakieś oderwane od rzeczywistości księżycowe wizje. Tymczasem – powiada Polanyi – sami tak postępują. Skonstruowali własną wizję samoregulującego się cudownego świata. I raz po raz próbują ją wprowadzić w życie – z opłakanymi skutkami.
Karl Polanyi zmarł w 1964 r. Nie mógł wiedzieć, że trzy dekady później opisani przez niego utopiści znów przypuszczą atak. On to po prostu przewidział. Niesamowite, prawda?