Magazyn DGP 20.03.2020 / Dziennik Gazeta Prawna

Przez ostatnią dekadę wydawało się, że krach gospodarczy, który rozpoczął się w 2008 r., przyniósł światu ogromne zmiany. To prawda – podważył zaufanie do neoliberalnych idei oraz osłabił pozycje USA oraz Europy, ale jednak nie zburzył zastanego porządku. Co najwyżej uczynił w nim wyrwy, przyśpieszając trwające od dawna procesy rozkładu.

Po tym, jak produkcję przemysłową przeniesiono do Azji, na Zachodzie trwa pauperyzacja klasy średniej, a wraz z nią obumieranie państwa opiekuńczego. Kolejnym skutkiem tej sytuacji jest rosnąca popularność partii populistycznych. Nabrały one wiatru w żagle wraz ze wzrostem poczucia zagrożenia oraz utratą zaufania do starych elit. Na to nałożył się kryzys emigracyjny z 2015 r. – integrowanie się krajów UE stanęło w miejscu. Proroctwa o rychłym zgonie państw narodowych okazują się więc całkowicie chybione. Podobnie jak te tyczące się nieuchronnego triumfu liberalnej demokracji. Kryzys sprzed dekady na tyle wzmocnił pozycję coraz bardziej autorytarnych Chin, iż w końcu Ameryka musiała podjąć rywalizację z Państwem Środka o utrzymanie pozycji najpotężniejszego z mocarstw.
Te zmiany, choć głębokie i szybkie, nie przebiegały rewolucyjnie. Zachodowi udawało się, acz z trudem, zachować stabilność aż do wybuchu pandemii spowodowanej przez SARS-CoV-2. Koronawirus uderzył w jego najsłabsze punkty – przywiązanie do swobód obywatelskich, otwartych granic oraz bezpiecznego życia. Co więcej, podążają za nim wstrząsy ekonomiczne o rozmiarach niemożliwych dziś do oszacowania.
Jedyne, czego w tej chwili można być pewnym, to że wielkie zmiany, wiszące od dawna nad Zachodem, są nieuniknione.

Zaskoczeni kryzysem

Jeśli prześledzić kryzysy, które dotykały świat w ostatnich dwóch stuleciach, to wszystkie wybuchły niespodziewanie. Dzieje się tak dlatego, że ludzie niczemu nie ulegają równie łatwo jak złudzeniu, iż uporządkowany i bezpieczny świat został im dany na zawsze. Stąd przebudzenia są bolesne.
Dwieście lat temu Wielka Brytania ruszyła na podbój świata – pokonana Francja Napoleona nie mogła już stawić czoła jej aspiracjom. Przez kilka lat londyńska giełda odnotowywała wzrosty, a inwestorzy „cierpieli” z nadmiaru kapitału. Tymczasem w Ameryce Południowej kolejne hiszpańskie oraz portugalskie kolonie wybijały się na niepodległość i potrzebowały gotówki, by tworzyć administrację, armię, policję. Emitowały więc obligacje, które na pniu skupowali Brytyjczycy pragnący pomnażać zyski.
Widząc ich bezprecedensowe bogacenie się, w lutym 1825 r. król Jerzy IV oznajmił: „W historii tego kraju nigdy jeszcze nie zdarzył się taki okres, żeby wszystkie najważniejsze sprawy państwa były w tak świetnym stanie i żeby tak powszechne było wśród wszystkich klas narodu brytyjskiego poczucie zadowolenia i satysfakcji”.
Pół roku później 27 sierpnia londyński „Times” z dumną donosił: „Wszystkie bez wyjątku nowe państwa Ameryki pożyczały w Anglii pieniądze potrzebne na walkę o zdobycie niepodległości i konsolidację swego ustroju społecznego. Armie i marynarka wojenna nowych państw uzbrojone zostały dzięki pożyczkom brytyjskim, a monarchie: hiszpańską i portugalską zwyciężyła giełda (londyńska – red.)”. Jednocześnie pismo informowało, że „Meksyk i Kolumbia, Buenos Aires i Chile, Brazylia — wszystkie te kraje są dłużnikami londyńskich kupców”.
Tymczasem nowo powstałe kraje Ameryki Południowej zaczęły tracić płynność finansową, a widząc to, Bank Anglii odmówił przyjmowania ich obligacji jako zabezpieczenia kredytów. Wieść o tym pod koniec sierpnia 1825 r. wznieciła panikę na giełdzie w Londynie – w efekcie rozwścieczony tłum inwestorów ruszył zdobyć siedzibę Banku Anglii. Bankrutujący giełdowi gracze nie zdołali zlinczować jego pracowników jedynie dlatego, że na czas przybyło wojsko.
Kryzys, jaki wybuchł w Londynie, w ciągu kilku miesięcy doprowadził do upadku ponad 3,5 tys. brytyjskich fabryk i firm, a potem rozlał się na Europę. „Wskutek niebywałej stagnacji w przemyśle i wynikającego stąd braku pracy panowała przez pewien czas w okręgach przemysłowych Lancashire i Yorkshire ogromna nędza” – informował czytelników „Gentlemen’s Magazine” w maju 1826 r. „Bezrobotni i głodujący robotnicy doprowadzeni zostali do rozpaczy, co znalazło wyraz w otwartym buncie (Blackburn, Accrington). (...) kilkutysięczny tłum udał się do fabryki firmy Sikes, wdarł się do gmachu i zniszczył całkowicie wszystkie mechaniczne warsztaty tkackie” – opisywano.
Niemal 200 lat później, tuż przed Bożym Narodzeniem 2007 r., spotkanie z przedstawicielami świata biznesu prezydent George W. Bush zaczął od słów „Gospodarka USA jest w dobrym stanie, mimo «pewnych chmur burzowych»”. Zapewniając wszystkich, iż w nadchodzącym roku nie należy się spodziewać żadnych większych perturbacji.

Spodziewana niespodzianka

Po kryzysie 2008 r. amerykański ekonomista i filozof Nassim Taleb ukuł pojęcie czarnego łabędzia. To niemożliwy do przewidzenia splot okoliczności, inicjujący kolejne zdarzenia, które – jak okazuje się po niewczasie – dało się przewidzieć. Przy odrobinie wysiłku czarnego łabędzia można znaleźć tuż przed początkiem każdej ekonomicznej katastrofy.
W przypadku największego kryzysu XIX w. była to niewinna przemowa lidera Partii Narodowych Liberałów Eduarda Laskera w pruskiej Izbie Deputowanych. 7 lutego 1873 r. poseł opowiedział o budowie Centralnej Kolei Pomorskiej oraz Berlińskiej Kolei Północnej oraz o ogromnych defraudacjach, za którymi stały niemieckie banki grynderskie i szef Urzędu Kanclerza Rzeszy Rudolf von Delbrück. Temat okazał się na tyle smakowity, że opisała go prasa niemiecka i austriacka, ostrzegając przy okazji czytelników przed cieszącymi się wielką popularnością bankami inwestycyjnymi. Jak się okazywało, wyrzucały one olbrzymie sumy w błoto, bo i tak wszelkie straty rekompensowały sobie na giełdzie.
Taki stan rzeczy był możliwy, bo po wygranej wojnie z Francją kanclerz Niemiec Otto von Bismarck zmusił pokonanego wroga do wypłaty reparacji w wysokości 5 mld franków w złocie. Tę ogromną kwotę wpompowano przede wszystkim w rozbudowę infrastrukturalny kolejowej II Rzeszy oraz inwestycje przemysłowe. Bismarck zrobił to za pośrednictwem nowego typu banków, zajmujących się nie tylko udzielaniem kredytów i przechowywaniem lokat, lecz też inwestowaniem. Banki, nazywane grynderskimi, szybko odkryły, iż najłatwiej pomnożyć kapitał nie za sprawą kredytowania budowy linii kolejowych czy fabryk, lecz dzięki inwestycjom w akcje giełdowych innych spółek. Tak pompując gigantyczną bańkę spekulacyjną.
Przemówienie Laskera jej nie przebiło, a jedynie delikatnie nakłuło. Sprawiło, że wielu inwestorów zaczęło czekać na moment, gdy można sprzedać akcje z jak największym zyskiem, po czym ulotnić się z giełdy. Wyczekiwano całą wiosnę 1873 r., aż 1 maja w Wiedniu cesarz Franciszek Józef uroczyście otworzył Wystawę Światową, która „jak wówczas uważano (lub przynajmniej żywiono taką nadzieję), na podobieństwo deus ex machina uratuje sytuację w jakiś bliżej niesprecyzowany sposób” – pisze Charles P. Kindleberger w książce „Szaleństwo, panika, krach. Historia kryzysów finansowych”.
Pięć dni później mały francusko-węgierski bank z Pesztu zamiast wypłacić klientom dywidendy w wysokości 12,5 proc. wkładów, ogłosił utratę płynności. Na wieść o tym ludzie zaczęli wycofywać oszczędności z innych banków. Lawina ruszyła. W ciągu następnych dni zbankrutowało kolejnych ok. 70 austriackich banków grynderskich. Potem finansowe tsunami dotarło do Berlina i plajta zagroziła nawet największemu w Europie koncernowi Kruppa. Kryzys zaś rozlał się na świat, docierając nawet do Nowego Jorku. Tam 20 września Wall Street zapełniły tłumy zdesperowanych inwestorów, a gdy otworzono giełdę, to w ledwie 10 minut kursy akcji spadły o 30 proc. Do dziś to niepobity rekord. Po południu transakcje zawieszono na 10 dni.
Ale i tak amerykańskie banki utraciły płynność i zaprzestały udzielania kredytów. To samo działo się w Europie. „Cały świat stał się jednym centrum giełdowym” – stwierdził krótko najbogatszy Europejczyk baron Meyer von Rothschild.

Gdy opadnie kurz

„W Paryżu panuje nędza i głód. Codziennie giną z głodu kobiety i dzieci, które znajduje się na bruku umarłe z głodu i zimna” – donosił 10 stycznia 1875 r. berliński „Der Arbeiterfreund”. Gospodarczy krach wpędził w nędzę miliony ludzi po obu stronach Atlantyku.
Oprócz tego największy kryzys XIX stulecia przyniósł działania, jakie powtarzane były potem wielokrotnie przy podobnych okazjach. Państwa, by chronić własny przemysł, wprowadzały bariery celne, czym tylko pogłębiały zapaść. W szwach zaczęła więc trzeszczeć pieczołowicie budowana przez Francję Łacińska Unia Monetarna. Wchodzące w jej skład 15 europejskich krajów godziło się, by ich waluty posiadały taką samą wagę i zwartość srebra, co francuskie franki. Dzięki temu oraz zakazowi bicia nowych monet ponad ogólną sumę 6 franków rocznie na głowę jednego obywatela, uzyskano w 1867 r. de facto jednolity obszar walutowy.
To umożliwiło członkom Łacińskiej Unii Monetarnej zniesienie barier celnych i rezygnację z obowiązku posiadania przez ich obywateli paszportów. Turysta ruszający w podróż z Paryża, przez Rzym, Berno, aż do Aten wszędzie płacił zabraną przez siebie gotówką, bez konieczności jej wymieniania. Nikt też nie sprawdzał jego dokumentów, podczas swobodnego przekraczania kolejnych granic. „Wkrótce cała Europa, oprócz Anglii, będzie miała jeden pieniądz” – ostrzegał na łamach „The Economist” w 1867 r. redaktor naczelny pisma Walter Bagehot, bojąc się gospodarczej izolacji Zjednoczonego Królestwa.
Globalny krach, jaki zaczął się w 1873 r., nie zmiótł Unii od razu. Jej członkowie najpierw zaczęli oszukiwać się nawzajem, by kosztem innych osiągnąć większe zyski. Przykład, jak to robić, dał sekretarz stanu w Państwie Kościelnym kard. Giacomo Antonelli – na jego polecenie watykańska mennica zaczęła w sekrecie bić monety z mniejszą zawartością srebra. Malutki kraj nie był w stanie zachwiać Unią. Co innego Włosi. Chcąc ratować gospodarkę, rząd Italii zaczął na potęgę bić srebrne liry o niskich nominałach nijak mające się do unijnego systemu monetarnego. Żeby go ratować, Bank Francji w 1883 r. skupił owe liry za sumę 200 mln franków w złocie. Tak wyzbywając się większości rezerw kruszcu. Wtedy francuski rząd Eugena Brissona, bojąc się o bezpieczeństwo własnej gospodarki, zdecydował się na pierwszą emisję papierowych franków, opartych na parytecie złota.
Ostatecznie Unię dobili Grecy, którzy jako piersi zauważyli, że zamiast „psuć” srebrne franki, zyskowniej jest wykorzystać inną unijną zasadę. Zakładała ona, że każdy z banków centralnych kraju członkowskiego musi wymienić będące w obiegu srebrne monety na złoto, gdy zażąda tego kraj członkowski. Zawsze wedle kursu 1 do z 15,5. Srebrne monety z mniejszą zawartością kruszcu grecki rząd notorycznie wymieniał, głównie we Francji, na te ze złota. Gdy Paryż zorientował się, co Grecja robi, wyrzucił ją z Unii, która formalnie istniała aż do 1927 r., lecz żadne z państw członkowskich przez ostatnie trzy dekady jej egzystencji zupełnie nie przykładało do tego wagi.

Początek nowego

„Nigdy czegoś podobnego nie widziałem, choć byłem w Londynie w 1857 i 1866 roku (krachy giełdowe – red.)” – pisał w Berlinie w 1873 r. Karol Marks. Ideowy przywódca ruchu komunistycznego obserwował, jak upadło 60 niemieckich banków grynderskich, a po nich ponad jedna trzecia spółek notowanych na berlińskiej giełdzie. Rozmiary krachu zainspirowały go do napisania „Kapitału”. Będąca do tej pory na marginesie życia politycznego lewica zaczęła nabierać wiatru w żagle.
Wracały też stare demony, lecz w zupełnie nowej formie. Od czasów epidemii dżumy na Zachodzie przez kilka wieków kwitł antysemityzm. W miastach Żydzi musieli godzić się na życie w gettach. Przeważnie przypominały one to założone w 1462 r. przez władze Frankfurtu nad Menem. Miało ono o długość 330 m, przez jego środek biegła ulica o szerokości ok. 5 m. W tej klaustrofobicznej klatce mieszkało w 195 domach kilka tysięcy Żydów. Dopiero z początkiem XIX w. pozwolono im żyć poza gettami, zaś wrogość wobec nich zaczynała wygasać. Ci w Niemczech błyskawicznie się asymilowali. Ich dzieci zostawały lekarzami, prawnikami, naukowcami, bankierami.
„Po wielkim krachu gazety berlińskie rozpowszechniły jako wiarygodną pogłoskę, że 90 proc. grynderów było pochodzenia żydowskiego” – opisuje Günter Ogger w książce „Geniusze i spekulanci. Jak rodził się kapitalizm”. Opinia publiczna przypomniała sobie, że w Niemczech mieszka 700 tys. osób o żydowskich korzeniach. Znów znalazły się one na cenzurowanym. Fakt, że systemem bankowym Europy trząsł potężny, a zarazem bajecznie bogaty ród Rothschildów, sprzyjał narodzinom w Niemczech, Francji, Austro-Węgrzech ekonomicznego antysemityzmu. Napędzały go już nie kwestie religijne, lecz majątkowe.
Z kolei w Ameryce triumfował „darwinizm społeczny”. Jego twórca Herbert Spencer zaadoptował teorię walki o byt Karola Darwina na potrzeby świata biznesu. Jak twierdził, w świecie ludzi „selekcję naturalną” gwarantowały wolna konkurencja oraz walka o bogactwo i sukces. Czym urzekł pierwsze pokolenie tamtejszych milionerów, ponieważ te tezy idealnie współgrały z ich prywatnymi poglądami. „Rozwój wielkiego biznesu to po prostu przeżywanie najlepiej dostosowanych. To prosty wynik działania praw natury i praw ustanowionych przez Boga” – ogłosił pod koniec XIX w. najbogatszy człowiek świata John D. Rockefeller.
Natomiast w Wielkiej Brytanii za sprawą Francisa Galtona narodziła się eugenika, szybko rozprzestrzeniając się po świecie. Jej zwolennicy alarmowali, że brak selekcji naturalnej, przy jednocześnie nadmiernej liczbie osób ułomnych fizycznie, umysłowo, uzależnionych od alkoholu i narkotyków, grozi ludzkości degeneracją. A to dlatego, że chorzy i biedacy posiadali liczniejsze potomstwo od ludzi bogatych, przekazując mu własne upośledzenia. Działania państwa zmierzające do ograniczenia liczby bezwartościowych jednostek miały temu zapobiec.
Dla tak różnorodnych idei, jakie zyskiwały na popularności po wielkim krachu w 1873 r., można znaleźć wspólny mianownik. Wszystkie wskazywały drogę do nowego, lepszego świata – po czyimś trupie. Przy czym w zależności od tego, na czym ogniskowały się lęki, były to trupy: Żydów, kapitalistów, biedaków lub osób niepełnosprawnych.

Druga fala

„Nie obawiam się o przyszłość naszego kraju. Jest ona promienna” – mówił w styczniu 1929 r. podczas przemówienia inaugurującego prezydenturę Herbert Hoover. Potem wszystko potoczyło się według oklepanego schematu. Nikt nie spodziewał się krachu, choć jego nieuchronność była oczywista od momentu, gdy dwa lata wcześniej prezes nowojorskiego Fed Benjamin Strong spotkał się gubernatorem Banku Anglii Montagu Normanem oraz prezesem Reichsbanku Hjalmarem Schachtem.
Trzej najważniejsi ludzie świata finansów 1 lipca 1927 r. uzgodnili, że choć w Ameryce trwa gospodarcza hossa, Fed dodatkowo obniży stopy procentowe, ponieważ dzięki temu zachowany zostanie odpływ kapitału i złota z Europy do Stanów Zjednoczonych, co negatywnie odbijało się na gospodarce Starego Kontynentu. Strong zgodził się, bo chciał wesprzeć ekonomicznie najważniejsze dla amerykańskiej gospodarki rynki zbytu. Bez oglądania się na to, iż od dawna przeszacowane ceny akcji na Wall Street jeszcze mocniej poszybują w górę.
Niskie oprocentowanie kredytów i lokat skłaniało inwestorów do masowego zaciągania pożyczek i wyruszania na giełdowe zakupy. „To banki dostarczały pieniędzy na sfinalizowanie spekulacji każdorazowo poprzedzających krach” – zauważa John Kenneth Galbraith w książce „Pieniądz. Pochodzenie i losy”.
Wielki Kryzys, zapoczątkowany jesienią 1929 r. krachem na Wall Street, wyrwał światową gospodarkę z posad. Zacisnąć pasa musieli wówczas prawie wszyscy. W Europie gazety z lubością informowały, że szef upadłego banku Creditanstalt baron Louis Rothschild musiał wyprowadzić się z pałacu przy Prinz-Eugen-Strasse i zamieszkać u brata Alfonsa. Jednak obaj zgromadzili wcześniej dość dóbr, by pomimo krachu móc nadal wieść całkiem wygodne życie.
Dużo gorzej miewały się osoby, które przed kryzysem posiadały skromniejsze zasoby. Gdy traciły pracę, spadały na samo dno. „Po wykorzystaniu wszystkich oszczędności, sprzedaży wszystkich cennych rzeczy, skredytowaniu do granic możliwości w lokalnym sklepie, pozostawali bezradni, bez jakichkolwiek środków do życia” – opisuje Renata Nowaczewska w pracy „Dobroczynna Ameryka”.
Nie lepiej działo się w Europie. Dziennikarz „New York Evening Post” Herbert Knickerbocker, który zimą 1932 r. zawitał do Berlina, opisywał czytelnikom rozmowę z matką pięciorga dzieci, otrzymującą co tydzień zasiłek w wysokości niewiele ponad 8 marek. Na pytanie, jak udaje się jej wraz z mężem i dziećmi przeżyć za taką kwotę, odpowiedziała: „Jemy chleb i kartofle”. Po czym uściśliła: „Przeważnie chleb. W dniu, w którym dostajemy pieniądze, kupuję kiełbasę. Człowiek przecież chce mieć kawałek mięsa raz na tydzień. Za to przez ostatnie dwa dni głodzimy się. To jest głodzi się przede wszystkim Maks (mąż – red.)”.
Gwałtowne zubożenie szybko odmieniło styl życia oraz hierarchię wartości w społeczeństwach krajów uprzemysłowionych. Obywatele zaczęli oczekiwać, iż państwo pomoże wydostać się im z opresji. Gdy to nie następowało, szukali nowych przywódców. Knickerbocker na łamach „New York Evening Post” w 1932 r. prorokował, iż w Niemczech władzę wkrótce zdobędą faszyści. Swoją tezę uzasadniał tym, że w 12 berlińskich knajpach, jakie odwiedził, jedynie co dziesiąty klient miał przed sobą kufel piwa. „Jeśli Niemiec jest tak biedny, że nie stać go na piwo, to bliski jest rozpaczy” – podkreślał.
Brak nadziei sprawiał, iż ludzie negowali zastany porządek i elity. Tak Wielki Kryzys ostatecznie otworzył drogę do masowej realizacji idei, jaka przyszła na świat po krachu z 1873 r. Bez względu na koszty usiłowały je wcielać w życie państwa rządzone przez faszystów i komunistów.
Największy w XX w. krach przyniósł też kolejne nowości. Najbardziej doniosłą zaserwował światu brytyjski ekonomista John M. Keynes. Jego dzieło „Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza” stało się w drugiej połowie stulecia biblią zwolenników jak najmocniejszego zaangażowania państwa w gospodarkę. Interwencjonizm rządowy przestał dziwić, stając się trwałym elementem polityki. Podobnie jak coraz wyższe podatki, będące niezbędnym elementem do jego sfinansowania.

Dopiero początek

Na tle zmian, jakie przyniosły ze sobą największe krachy poprzednich stuleci, ten z 2008 r. prezentuje się skromnie. Gdy 15 września upadłość ogłosił Lehman Brothers, czwarty co do wielkości bank inwestycyjny w USA, wydawało się, że nastąpi powtórka z Wielkiego Kryzysu. Zapobiegł temu jednak szczęśliwy zbieg okoliczności.
Szef Fed Ben Bernanke, ekonomista specjalizujący się w Wielkim Kryzysie, zadziałał odwrotnie niż przywódcy USA na początku lat 30. Zredukował stopy procentowe do najniższego w historii poziomu i wspólnie z sekretarzem skarbu Henry Paulsonem przygotował plan wykupu „złych długów” z banków – to oznaczało dofinansowanie ich kwotą 700 mld dol. Zaś najbardziej zagrożone instytucje finansowe znacjonalizowano. Choć kluczowym pociągnięciem Bernanke, które ostudziło panikę, było oświadczenie, iż jeśli na rynku kapitałowym zabraknie pieniądza, gotów jest go dostarczyć „nawet zrzucając dolary z helikopterów”.
Inne kraje poszły rychło w ślady USA i kosztem zadłużania się na biliony, zapobiegły armagedonowi. Dziesiątki milionów ludzi straciło pracę, nieruchomości, a często dorobek całego życia, jednak nie dotknął ich głód ani też wielkie wstrząsy polityczne. Żadnego z kluczowych państw nie ogarnęła rewolucja. Trwał jedynie ferment intelektualny, podobny do tego, jaki miał miejsce po 1873 r. Przez ostatnią dekadę zarysowało się więc mnóstwo nowych trendów. Ale wszystkie one dotyczyły mniej lub bardziej odległej przyszłości, ponieważ potrzebowały nowej fali wstrząsów zdolnych przyśpieszyć zmiany. I nagle wstrząsy się pojawiły.