- Żyjemy w czasach, gdy język trochę sparszywiał. Jesteśmy osaczeni przez pustosłowie, słowa - wydmuszki. A teatr jest jedną z tych dziedzin działalności człowieka i dziedzictwa przeszłości, gdzie język jest chroniony. Teatr musi dbać, byśmy nie zginęli w pustosłowiu. Jeśli odejdziemy od języka znaczącego, zostanie tylko bełkot w kraju bełkoczących ludzi - mówi prof. Jerzy Limon, inicjator i dyrektor Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego, laureat tegorocznej Nagrody im. prof. Aleksandra Gieysztora.
Reklama

Lidia Raś: Jest Pan tegorocznym laureatem Nagrody im. prof. Aleksandra Gieysztora, wyróżniającej osobowości wybitne, których działalność może inspirować i które zajmują się ochroną polskiego dziedzictwa narodowego. Co dla Pana, zajmującego się twórczością Szekspira, znaczy „ochrona polskiego dziedzictwa”?
Prof. Jerzy Limon: Jako student anglistyki i historii sztuki, pojechałem w latach ’70. XX wieku po raz pierwszy do Wielkiej Brytanii. Poszedłem oczywiście do księgarni, zacząłem przeglądać wydawnictwa, dotyczące historii kultury i zdałem sobie sprawę, że nie przywołują one niczego, co byłoby wkładem krajów położonych na wschód od Odry w dzieje kultury. Żelazna kurtyna działała, jak się okazało, także w drugą stronę. Zostaliśmy wymazani z mapy kultury europejskiej. Gdy później zająłem się już naukowo teatrem i XVII-wiecznymi angielskimi aktorami, zrozumiałem i opisałem, jak ważną rolę odgrywał Gdańsk ( jedno z największych miast w Europie, nie tylko w basenie Morza Bałtyckiego) i Warszawa (gdzie na dworze króla Władysława IV mieszkali i grali angielscy aktorzy) w tamtych czasach. Polska była ważnym miejscem w dziejach historii teatru i – powiem nieskromnie - dzięki moim publikacjom, również świat anglosaski poznał ten fakt. Jestem dumny, że udało mi się przebić przez niepamięć i niewiedzę, i dotrzeć z informacją, że w Gdańsku angielscy aktorzy znaleźli publiczność, a w Warszawie zatrudnienie i mecenat królewski. A teraz, Kapituła, która dokonywała wyboru laureata Nagrody im. Gieysztora, w tych działaniach dopatrzyła się promocji kultury polskiej za granicą i mojej w tym roli. Jest to niespodziewane i wielkie wyróżnienie.

Trzydzieści lat temu powołał Pan Fundację Theatrum Gedanense. Teraz odbiera Pan nagrodę za zainicjowanie i stworzenie Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego, nawiązującego do pierwszego teatru publicznego w Polsce. Czy po trzech dekadach może Pan powiedzieć, że plan został zrealizowany?
Na początku byłem przede wszystkim pod wrażeniem powstającego w Londynie teatru na wzór szekspirowskiego The Globe (Shakespeare's Globe zrekonstruowany w 1997 roku – red.). Poznałem pomysłodawców i realizatorów tej inwestycji. Śledziłem problemy z jakimi się stykali, m.in. konflikt z miejscową ludnością. Southwark była wtedy dzielnicą zapuszczoną, z dużym bezrobociem i przekonaniem, że burżuje budują sobie enklawę wśród spauperyzowanej klasy robotniczej. Zabrakło wyobraźni, że dzięki teatrowi i galerii Tate Modern, dzielnica ożyje, jak ostatecznie się stało. Wtedy wymarzyłem sobie, że też postawimy taką replikę XVII-wiecznego teatru. Z czasem moje plany uległy zmianie, bo pod wpływem rad wielu mądrych ludzi, uświadomiłem sobie, że teatr zbudowany dokładnie na wzór XVII-wiecznej sceny, byłby teatrem sezonowym i przez większą część roku stałby pusty. Pojawiła się koncepcja teatru krytego z wszystkimi konsekwencjami tego rozwiązania, czyli z zapleczem technicznym, od ogrzewania, przez garderoby, aż po całą skomplikowaną maszynerię teatralną. W taki sposób koncepcja ewoluowała od naiwnego widzenia rekonstrukcji teatru szekspirowskiego do teatru, który wyrastałby z tradycji, a jednocześnie wchodziłby w głąb XXI wieku. I to udało nam się uzyskać. Niecodzienna i do dziś wzbudzająca dyskusje i kontrowersje bryła teatru, została opisana w blisko 70 najważniejszych periodykach architektonicznych na świecie. Nie ma tygodnia, by nie odwiedzali nas architekci, inżynierowie budownictwa, studenci. Niedawno np. była u nas grupa 85 studentów architektury z Berlina, którzy przyjechali do Gdańska ze swoimi profesorami specjalnie po to, by zobaczyć budynek. Służył i służy też fotografom i filmowcom. Bardzo wspierał nas np. Andrzej Wajda.

Ale to przecież nie jest tylko oryginalna bryła. To miejsce, które żyje, choć jest to teatr impresaryjny. I właśnie także za to Pana doceniono, za „stworzenie żywego miejsca dziedzictwa kultury”.
Tak, to jest teatr impresaryjny, ale zaznaczmy, nie tylko szekspirowski. Szekspir jest na lato. Na „Lato z Szekspirem”. To wtedy odbywa się Festiwal Szekspirowski, zjeżdżają się teatry z polski i zza granicy. Lato to też rozmaite działania uliczne, SzekspirOFF, własne produkcje, np. „Wesołe kumoszki z Windsoru”. W tym roku pojawi się też „Burza”, którą chcemy wyprodukować jesienią. Ale prócz Szekspira, staliśmy się jedną z ważniejszych scen muzycznych w Trójmieście. Mamy happeningi, performance, muzykę eksperymentalną, w tym operę. Bardzo ważny jest też dla nas cykl Teatry Europy i Świata. To Europa sfinansowała w dużym stopniu nasz teatr, więc wypada jej podziękować, a wydaje nam się, że to najlepsza forma. Dwa razy do roku organizujemy więc tygodnie z europejskim i światowym teatrem. Do tej pory zaprezentowało się 14 krajów. Podczas najbliższych spotkań będzie okazja spotkań z kulturą Chorwacji.

Nagroda im. Gieysztora wspiera autorytety w dziedzinie kultury. Mamy już więc także na piśmie, to co wiadomo od dawna - że jest Pan autorytetem. Ale to zobowiązuje jeszcze bardziej. Co to znaczy być obecnie autorytetem w dziedzinie, którą Pan reprezentuje?
Teatr to nie tylko przestrzeń do gry, to także skarbnica języka. Żyjemy w czasach, gdy język trochę sparszywiał. Jesteśmy osaczeni przez pustosłowie, słowa - wydmuszki. Teatr natomiast jest jedną z tych dziedzin działalności człowieka i dziedzictwa przeszłości, gdzie język jest chroniony. Fałsz w teatrze natychmiast słychać i widać. Nie twierdzę, że tego fałszu nie ma wcale, są lepsze i gorsze inscenizacje, ale ogólnie teatr strzeże, by słowa nie tylko nie traciły na znaczeniu, ale żeby wzbogacały. Teatr musi dbać, byśmy nie zginęli w pustosłowiu. Jeśli odejdziemy od języka znaczącego, zostanie tylko bełkot w kraju bełkoczących ludzi.

Jak znaleźć złoty środek, by dbać o dziedzictwo, będąc jednocześnie otwartymi na świat?
No cóż, to jest też sprawa polityczna. Dzisiaj, gdy stawia się na promocję tego, co uznaje się za polską kulturę, podkreśla się rządy „reprezentacji” Polaków. Ci, którzy nie są zbyt zadowolenia z tej reprezentacji, którzy myślą i tworzą inaczej, są od tej polskości odcinani i słyszą, że nie są Polakami. Olga Tokarczuk jest pisarką podejrzaną dla niektórych środowisk, skoro mówi, że literatura nie jest narodowa. Teatr też nie jest narodowy, sztuka nie jest narodowa, chyba że ludowa. Istotą sztuki jest jej międzynarodowość, bo inaczej naraża się na śmieszność.

Czy Szekspir jest dla Pana autorytetem?
Jest poetą niezwykłym. Władysław Barańczak uważał go za najwybitniejszego poetę wszech czasów. Oczywiście trudno to wyważyć, ale wystarczy spojrzeć tylko na sonety Szekspira. Cykl 154 wierszy, a w obrębie każdego sonetu wiele rozmaitych powiązań pomiędzy słowami, które naddają znaczenie. To naddawanie jest cechą tekstów artystycznych, a taki tekst mówi więcej niż nieartystyczny. Co więcej, wszystkie te sonety wchodzą we wzajemne relacje. Fraza użyta w sonecie 9, ma swoje echa w kolejnych, a słowa tej frazy nabierają znaczeń, pęcznieją semantycznie. I to jest niezwykłe.

Zaskoczył mnie Pan, bo mówi Pan o sonetach, a nie o dramacie.
W dramacie też to zjawisko występuje. Szekspir miał niesamowity słuch językowy i ogromną wrażliwość na słowa, których używał prawie 20 tys.! Przeciętnie wykształcony humanistycznie człowiek używa ok. 10 tys. słów. To jest też zasób współczesnego inteligenta. Szekspir używał dwa razy tyle, z czego kilkaset słów sam wymyślił, a niektóre są do dziś używane.

Co współczesny twórca i widz odnajduje u Szekspira? Także w tych spektaklach, które często twórczość Szekspira czynią jedynie punktem wyjścia do własnych rozważań?
To ostatnie, to sprawa mody oraz teatru reżyserów, który u nas dominuje od pewnego czasu. Bywa i tak, że robią z Szekspirem co chcą, a dzieła Szekspira stają się pretekstem do mówienia przez nich o swoich problemach, orientacji seksualnej, problemach ontologicznych - choć one nie są niestety na pierwszym planie. Ale, po pierwsze, nie chcę uogólniać, a po drugie, to się może zmienić, bo polski teatr zapatrzony jest w teatr niemiecki, a tam stopniowo powraca koherencja i fabuła. Zakładam więc, że za kilkanaście lat i u nas nastąpi powrót do języka, który teraz ustąpił obrazowi, sygnałom ideologicznym, aluzjom wizualnym do tekstów ideologicznych. Powrót do tekstu na pewno nie oznacza jednak, że zaczną powstawać jakieś skamieliny. Takiego skostniałego Szekspira też już nie chcemy. Bardziej wyobrażam sobie, że ten teatr rozwinie się w tym kierunku, który wybrali znakomici litewscy reżyserzy, tacy jak Korušnovas czy Nekrošius, który łączył wizualne koncepcje z tekstem i były to wybitne, nowatorskie spektakle. W ub. roku gościliśmy bardzo dla nas trudne przedstawienie „Hamleta” Mai Kleczewskiej. Wystawiane w cudownym wnętrzu kościoła św. Jana, było dla większości widzów przeżyciem niezwykłym.

Widz będzie szukać Szekspira?
Tak, ponieważ Szekspir potrafi bardzo mądrze mówić o świecie i człowieku. Jego teksty brzmią aktualnie, bo miał świetną intuicję, znał psychikę człowieka i umiejętność wglądu w duszę człowieka. No a do tego jest nieustannie aktualny politycznie. Powiem pani, że teatr nie lubi tak całkiem demokracji, bo czasem wieje wtedy nudą. Teatr lubi napięcia, niesprawiedliwości, jak się łamie prawo, jak się krzywdzi ludzi… Bylem kiedyś na wykładzie Johna Steinera „Cenzura – muza metafory”. Coś w tym jest, bo gdy wolno wszystko, to zaczyna brać górę ubóstwo intelektualne. Zamiast gmerania w duszy ludzkiej, gmera się w rozporku. Może to pani napisać.