Czy wywołujemy kontrowersje wokół filmów? To za dużo powiedziane. Na pewno ich nie łagodzimy.
Reklama
Magazyn DGP 20.12.19 / Dziennik Gazeta Prawna
Za nami dwie głośne premiery tego roku: serialowego „Wiedźmina” oraz najnowszej części „Gwiezdnych wojen”. Fani pewnie jeszcze długo będą się sprzeczać, czy spełniono ich oczekiwania. Ale czy dobre firmy bronią się same?
Bardzo byśmy tego chcieli.
Cezary Kruszewski dyrektor dystrybucji Next Film fot. Wojtek Górski / DGP
Naprawdę? Gdyby dobre filmy broniły się same, to dystrybutorzy nie byliby potrzebni.
Chodzi mi o to, że mieliśmy w portfolio doskonałe filmy osiągające sukcesy na festiwalach, które mimo naszych starań nie przyciągnęły widzów. Z kolei taka produkcja jak „Bogowie” zachwyciła krytyków oraz widzów i jeszcze przyniosła duże zyski. Problem w tym, że w tej branży nie zawsze uda się przewidzieć reakcje widzów.
Czyli można nakręcić bardzo dobry film, który mało kto będzie chciał zobaczyć.
Oczywiście. Wystarczy spojrzeć na dowolny internetowy serwis gromadzący recenzje i opinie widzów, a potem porównać te wyniki z liczbą sprzedanych biletów, by się przekonać, że nie tak często najlepsze produkcje przynoszą największe pieniądze. Choć zdarzają się fenomeny, jak „Joker” Todda Phillipsa, który został bardzo dobrze przyjęty przez widownię, dzięki czemu zarobił krocie. Studio Warner Bros. na etapie produkcji na pewno nie spodziewało się takiej frekwencji w kinach na całym świecie.
Czy działania promocyjne dystrybutora nie mają właśnie sprawić, by ludzie poszli na film, który początkowo nie wydawał im się atrakcyjny?
Robimy wszystko, aby przyciągnąć widzów, jednak czasami nasze starania nie przynoszą efektów. Bo tak naprawdę najważniejszy jest poruszany przez film temat. Dobrze zarabiające „Joker” czy „Boże ciało” Jana Komasy to produkcje zaangażowane społecznie. Tak samo „Nieplanowane” Cary’ego Solomona oraz Chucka Konzelmana. Ten ostatni film, poruszający tematykę aborcji, miał w ogóle nie pojawiać się w kinach, ale po wielu petycjach trafił na srebrny ekran i do dziś zobaczyło go w Polsce ponad 340 tys. widzów. Więcej niż wiele rodzimych produkcji święcących triumfy na tegorocznym festiwalu filmowym w Gdyni.
Wiemy, co robi reżyser i producent. A czym zajmuje się dystrybutor?
Podstawą rynku filmowego są studia producenckie – to one w przeważającej części wykładają pieniądze. Ale są też duże studia, które nie tylko produkują, lecz zajmują się także dystrybucją, to np. Warner Bros., Disney czy Paramount Pictures. Pozostała część rynku to dystrybutorzy niezależni, właśnie tacy jak my – kupujemy filmy od producentów i dostajemy prawo do wyłącznej dystrybucji w danym regionie czy na danych polach eksploatacji. Jesteśmy odpowiedzialni za promocję i jak najszersze wprowadzenie produktu na rynek.
Ile kosztuje film u producenta?
Różnie. Gwoli ścisłości – dystrybutor nie kupuje filmu, ale jedynie licencję na jego eksploatację. W umowie gwarantujemy producentowi minimalne przychody niezależne od wpływów ze sprzedaży biletów – i jeśli nie uda się nam osiągnąć zakładanego poziomu, to wtedy musimy wyłożyć pieniądze z własnej kieszeni. Ale bez tego ryzyka ponoszonego przez dystrybutorów wiele tytułów mogłoby w ogóle nie powstać, bo zabrakłoby funduszy do zamknięcia ich budżetów.
A jeśli film okazuje się kasowym hitem?
To wtedy producent i dystrybutor dzielą się pieniędzmi. Ten podział reguluje wcześniej podpisana umowa.
A same kwoty, które wykłada dystrybutor?
To zależy od budżetu konkretnego filmu, prognozowanej widowni i ustaleń z producentem. Do naszych wydatków należy też doliczyć konieczność pokrycia kosztów promocji, a te mogą wynieść drugie tyle co licencja. Nie wspominając o sytuacjach, w których jesteśmy koproducentem – wtedy wykładamy więcej. Ale przynajmniej stajemy się udziałowcem w przychodach z produkcji, a nie tylko samej dystrybucji.
Jeden z koproducentów filmu „Kult”, nie kryjąc sarkazmu, zapraszał nas niedawo na swój kolejny film, na którym też straci pieniądze. A wy skąd wiecie, że dana produkcja ma szansę zarobić?
Oceniamy propozycję czasem nawet dwa–trzy lata przed planowaną premierą. Czytamy scenariusz, poznajemy ekipę, czasem oceniamy też wybraną obsadę. Najważniejsza jest dla nas historia opowiadana przez film. Oraz ludzie, którzy stoją za produkcją obrazu.
Ale ta historia to chyba nie wszystko?
Porównujemy też planowany projekt z innymi o podobnej tematyce, które już trafiły do kin. Sprawdzamy, jaką miały frekwencję, jakich widzów przyciągnęły. Ważną kwestią jest również to, kto stoi za produkcją. Są osoby, które swoimi doświadczeniem i talentem gwarantują odpowiednią jakość. Co zresztą jest dla nas szczególnie ważne, jako że nastawiamy się nie tylko na sukces komercyjny, lecz także artystyczny.
Ale są filmy, które wygrywają festiwale, lecz nie przyciągają do kin zbyt wielu widzów.
Czasem trudno przewidzieć, dlaczego coś wypali, zaś coś innego nie. Ale zawsze staramy się przyciągnąć widzów tematyką filmu. „Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej” weszła do kin przed walentynkami 2017 r. Staliśmy za wydaniem nowej wersji jej książki, bo Next Film należy do sieci kin Helios, które z kolei są własnością Agory, mającej własne wydawnictwo. Dzięki temu nie tylko promujemy wprowadzane przez nas produkcje, lecz także zarabiamy na książkach i ścieżkach muzycznych, bo Agora posiada też wydawnictwo muzyczne. Czyli ktoś, kto kupił książkę, być może pójdzie także do kina. A ktoś idący na film, widzi przed jego emisją reklamę książki. Po udanym seansie być może zajrzy więc do księgarni lub serwisu muzycznego.
Dużo pan mówi o tym, jak ważna jest tematyka filmów. Co więc lubią Polacy?
Z produkcji zagranicznych hitami są filmy o super bohaterach, sukcesy odnoszą także te oparte na franczyzach należących do Warner Bros., Universal Studios czy Disneya. To filmy, których w Polsce nie jesteśmy w stanie nakręcić. Bo, powiedzmy sobie to szczerze, rodzima produkcja o superbohaterach przy naszych budżetach… Z kolei na festiwalach prym wiodą tytuły zaangażowane społecznie i to one zdobywają laury, jak choćby południowokoreański „Parasite”. W Polsce ten film też nieźle sobie radzi – przyciągnął już ponad 150 tys. widzów, pomimo dość ograniczonej dystrybucji. Polacy lubią też horrory. Na razie musieli oglądać zagraniczne produkcje. W pierwszych miesiącach 2020 r. wpuścimy do kin „W lesie dziś nie zaśnie nikt”, pierwszy rodzimy horror slasher (slashery to bardzo krwawe kino, były nimi m.in. „Krzyk”, „Teksańska masakra piłą mechaniczną” czy „Piątek, trzynastego”– red.). Jestem bardzo ciekaw jego przyjęcia, na nas pierwsza wersja zrobiła wrażenie.
A co nam się podoba w rodzimych produkcjach?
To, czym żyjemy na co dzień. „Kler” był największym hitem ubiegłego roku, bo opisywał gorący temat społeczny.
Społeczny czy polityczny?
Na „Kler” poszli widzowie reprezentujący różne punkty widzenia. Jedni pewnie widzieli w nim odbicie swoich przekonań i chcieli, żeby było o filmie głośno. Ale osoby z drugiej strony barykady też go obejrzały, bo on był fenomenem, rozgrzewającym nas do czerwoności.
Czyli tematyka społeczna jest ważniejsza niż polityczna?
Moim zdaniem – tak. I nie ma co ukrywać, próby zablokowania pokazów „Kleru” przez polityków tylko zrobiły mu reklamę. Na przykład w Ostrołęce, trzy tygodnie po premierze filmu, prezydent miasta, który ją tam blokował, poniósł sromotną porażkę podczas wyborów i stracił stołek po bodajże trzech kadencjach. Widać, że nie wyczuł nastrojów. A pewnie wystarczyło ludziom pozostawić wybór, czy ten tytuł ich zainteresuje.
A czy dystrybutorzy specjalnie tworzą kontrowersje wokół filmów?
Na pewno ich nie łagodzimy. A czy tworzymy? To chyba za dużo powiedziane. Natomiast nie da się ukryć, że burzliwe dyskusje wokół produkcji pomagają. Przykładem jest film „Sztuka kochania” – przygotowaliśmy specjalny zwiastun dla dorosłych, w którym podkreślaliśmy, że to produkcja bardziej pikantna niż „Pięćdziesiąt twarzy Greya”. Doskonale przeniosło się to na klikalność tego zwiastuna w sieci i późniejszą sprzedaż biletów. Zwiastun z uwagi na swoją treść dość szybko zniknął z YouTube’a. Niemniej jednak szum, jaki się wokół niego zrobił, na pewno pomógł w osiągnięciu bardzo dobrego wyniku w premierowy weekend.
Ten pierwszy weekend jest tak bardzo znaczący dla dystrybutora?
Bardzo. Są filmy, które osiągają wtedy 40 proc. całkowitego wyniku sprzedaży biletów. Okazjonalnie zdarzają się produkcje, które żyją całymi tygodniami lub nawet miesiącami, jak np. „Bogowie” czy „Zimna wojna”. W ich przypadkach zadziałał marketing szeptany. Ludzie, którzy nie czuli potrzeby zobaczyć ich w kinie, często szli dlatego, że już wszyscy znajomi byli i chwalili.
Wracając do pana pracy: macie skończony film i zaczynacie myśleć, jak go najlepiej wypromować?
Nie, bo gotowy film często dostajemy na tydzień przed premierą. A zatem całe działania promocyjne planujemy, jeszcze zanim widzimy ostateczną wersję, niejednokrotnie nawet na etapie produkcji. Często oglądamy zmontowany materiał nie tylko bez efektów specjalnych, ale również – co pewnie dość zabawne – bez dźwięku. Albo widzimy wyłącznie fragmenty zaprezentowane przez reżysera i producenta. Na tym etapie możemy wnieść uwagi i sugestie. Różnica między takimi niewykończonymi wersjami a efektem końcowym bywa kolosalna. Laik oglądający taką wersję nie umiałby sobie zapewne wyobrazić, jak wielką transformację może jeszcze przejść film.
Wersja bez dźwięku to akurat nic nowego, bo w polskich filmach i tak nie słychać dialogów.
Przez wiele lat to była zmora rodzimych produkcji. Dziś mogę jednak z pełnym przekonaniem powiedzieć, że to się zmienia. I myślę, że widzowie zauważają, iż z każdym rokiem jakość słyszalności dialogów jest coraz lepsza.
A co robicie, jeśli na tym wczesnym etapie film ma zadatki na gniota?
My na szczęście nie mieliśmy takiej sytuacji. Natomiast na pewno trzeba go przemontować lub skrócić – czasem wypada nawet godzina. Wyrzuca się najgorsze sceny i nieudane wątki. Dokrętki znane z amerykańskich produkcji rzadko się zdarzają, bo nie ma na budżetu i mało kto chciałby przekładać daty premiery.
A zdarzało się wam wyciąć coś, czego później – w opinii widzów – zabrakło?
Nie przypominam sobie takiej sytuacji, ale też nie śledzę wszystkich komentarzy widzów. Choć zawsze mamy poczucie, że wprowadzone poprawki wychodzą filmom na dobre. Często twórca chce, żeby film był jak najdłuższy i miał jak najwięcej wątków. Natomiast widz nie musi wszystkiego widzieć i słyszeć, bo czuje emocje i ma własny rozum. Nie można go zanudzać łopatologicznymi wyjaśnieniami.
To dlatego polskie filmy są takie krótkie?
To chyba też trend, który mija. Choć trzeba przyznać, że dla dystrybutora im krótszy film, tym lepiej. Bo łatwo znaleźć dla niego miejsce w kinowych blokach czasowych. 90-minutowa produkcja może liczyć dziennie na jeden czy dwa seanse więcej. Przy hicie, który przyciąga widownię, robi to wielką różnicę. Zazwyczaj jednak filmy trwają ok. 120 minut.
Skoro pierwszy weekend jest tak kluczowy, to pewnie w branży kupuje się przychylne recenzje?
Nic o tym nie wiem, ponadto często filmy nawet nie mają pokazów prasowych z uwagi na ich ukończenie na ostatnią chwilę przed premierą. Za to wiem, że rola krytyki filmowej zmniejsza się w decyzjach konsumentów, przynajmniej gdy chodzi o popularność filmów – o wiele ważniejsze są opinie widzów.
To inaczej: czy kupuje się opinie w internecie?
Takie rozwiązanie jest możliwe, bo działają agencje marketingowe zajmujące się świadczeniem takich usług. Można kupić opinie o pralce, o kosmetykach, można i o filmie. Ale nie jestem pewien, czy to by się sprawdziło w tym przypadku, ponadto koszty musiałyby być ogromne. Bo wystarczyłby jeden taki lipny komentarz, żeby pod nim znalazło się kilkadziesiąt innych, mówiących, że rzekomo rewelacyjny film to „szmira”. Choć trzeba przyznać, że wiele osób jest z góry źle nastawionych wobec polskich produkcji i nie dopuszcza myśli, że komuś jakaś może się autentycznie podobać. Najważniejsze są opinie, którymi dzielimy się w naszych mediach społecznościowych czy rozmowach ze znajomymi, a tego przecież nie da się kupić.
Jak chodzi się po ulicach, to nie widzi się zbyt wielu kampanii reklamowych rodzimych produkcji.
Plakaty na mieście to coraz rzadziej wykorzystywana forma promocji. Teraz liczy się przede wszystkim internet – coraz więcej pieniędzy wykłada się na promocję w sieci. Jeśli ktoś nie widzi reklam danych filmów w internecie, to znaczy, że algorytm nie zaliczył go do docelowej grupy widzów. Pomimo pracy w branży sam często nie widzę reklam wielu produkcji.
To kto chodzi dziś na polskie filmy?
Lepiej sprzedają się w małych i średnich miastach. W dużych królują zagraniczne. W mniejszych miejscowościach zagraniczne blockbustery często osiągają niższą frekwencję niż polskie filmy.
A jeżeli chodzi o płeć?
Częściej do kin wybierają się kobiety. Bardzo często robią to w grupie, traktując jako swoiste wydarzenie towarzyskie. Tak, zdecydowanie to panie nakręcają nam box office. Wyprzedzając pytanie o wiek, ten zależy od rodzaju filmu. Dwudziesto- i trzydziestolatkowie interesowali się naszym „Underdogiem”, ale w przypadku produkcji „Miszmasz, czyli kogel-mogel 3” wielu widzów miało ponad 60 lat. Statystyczny widz kinowy ma ponad 25 lat. Na filmy o superbohaterach chodzą młodsi, natomiast tego typu produkcji nie ma aż tak wielu w ciągu roku.
Polskie kina tracą młodszych widzów?
Niestety tak. Na przykład w Skandynawii kino młodzieżowe jest popularne. A u nas dzieci chodzą na bajki z rodzicami, a potem od razu przeskakują na etap filmów superbohaterskich, komiksowych. Niedawno była w kinach produkcja „#Jestem M. Misfit”, która wykorzystywała w promocji wizerunki znanych youtuberów. I pomimo że mają miliony subskrybentów, film zobaczyło tylko 200 tys. osób. Choć to i tak bardzo dobry wynik jak na polskie kino kierowane do młodego widza.
Bo dla młodych polskie filmy to wciąż paździerz.
Wynika to na pewno z niewielu propozycji dla tej grupy w Polsce. Ponadto pewnie to kara za ciąganie uczniów w wieku szkolnym wyłącznie na ekranizacje lektur szkolnych. Ale warto zwrócić uwagę na stale rozwijające się filmowe programy edukacyjne. Dzięki temu, że są starannie układane, młodzież zyskuje interesującą alternatywę do tradycyjnego kina historycznego.
Jeżeli młody widz nie dociera do kina, to raczej dlatego, że siedzi na kanapie z pilotem w dłoni i korzysta z Netflixa.
Po części na pewno. Ale Netflix nie jest konkurentem branży filmowej, to raczej rywal telewizji. Kino w Polsce jest przede wszystkim formą rozrywki. Wiele osób spotyka się przy tej okazji ze znajomymi, są tacy, którym zależy na efektach wizualnych i dźwiękowych, a te przecież są bez porównania lepsze niż uzyskane na choćby najlepszym zestawie kina domowego.
Gdy widzowie przestają chodzić na film do kina, dystrybutor sprzedaje
go którejś z platform streamingowych?
Tak, to dziś standard. Jeszcze kilka lat temu po kilku miesiącach od premiery kinowej to DVD było najpopularniejszą formą sprzedaży filmów. Dziś, choć też się je robi, to przychody z ich sprzedaży są bardzo ograniczone.
Ostatnio Netflix wyprodukował i udostępnił w kinach „Irlandczyka” z Robertem de Niro i Alem Pacino. Trzyipółgodzinna epopeja. Może to przyszłość kina?
Tylko taki gigant jak Netflix mógł pozwolić sobie na zrobienie tak drogiego filmu. Więc pewnie branża nie pójdzie w jego ślady, bo to wielkie koszty, zaś zwrot niepewny. Przy czym Netflix nie zrobił tego z myślą wyłącznie o wpływach, on chce powalczyć o Oscary i zainteresowanie widowni ambitnymi projektami. W regulaminie Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej jest punkt mówiący, że rywalizować o Oscary mogą tylko te obrazy, które trafiły do kinowej dystrybucji.
Robert de Niro bądź Al Pacino sprzedają filmy samymi nazwiskami. Czy mamy w Polsce aktorów, którzy mają podobną moc przyciągania?
Nie wszystkie produkcje z tymi aktorami okazywały się komercyjnymi sukcesami. Podobnie jest z naszym kinem – żaden nasz aktor nie jest w stanie samodzielnie przyciągnąć wielu widzów. Oczywiście lepiej mieć aktorów rozpoznawalnych, ale tylko plejada rodzimych gwiazd występujących jednocześnie daje duże prawdopodobieństwo, że obsada realnie wpłynie na popularność filmu.
Zauważyliśmy, że Netflix zaczął ostatnio udostępniać wiele polskich filmów.
To prawda, ruszył na zakupy, co zaowocowało wieloma nowymi pozycjami w tym serwisie. Bo zmienia się obraz przeciętnego użytkownika tej platformy. Z Netflixa zaczęli korzystać ludzie w sile wieku, 50-latkowie, którzy po pracy chcą coś obejrzeć i nie mają ochoty zdawać się jedynie na to, co danego dnia zaproponuje im telewizja. Wielu z nich woli polski film osadzony w znanych nam realiach zamiast najlepszej hollywoodzkiej produkcji. Właściciele Netflixa muszą mieć ofertę dla takich osób. Stąd coraz więcej polskich produkcji. Z punktu widzenia dystrybutorów rodzimych filmów to na pewno dobra informacja.
Kasa płynie szerokim strumieniem.
Aż tak to nie. Nadal kluczowe jest to, jak dużo osób pójdzie do kina. To raczej rekompensata wynikająca ze zmniejszających się wpływów z DVD czy telewizji.
Z czego wynika to, że przeciętne filmy grane są w każdym kinie w Polsce, a taki „Manchester by the Sea”, nominowany zresztą do Oscara, można było zobaczyć tylko w kilkunastu kinach w kraju?
To dystrybutor ocenia potencjał filmu. W przypadku „Manchester by the Sea”, choć to genialny obraz, zapewne uznał, że nie będzie to kasowy hit. Film może być świetny, ale to nie oznacza, że nie jest niszowy. Choć w tym konkretnym przypadku okazało się, że szum, który zrobił się po nominacjach do Oscara, spowodował, że ludzie ruszyli do kin. I nawet po kilku tygodniach od polskiej premiery zgłaszały się kolejne kina, które chciały go wyświetlać. Ostatecznie „Manchester by the Sea” osiągnął przyzwoitą frekwencję, której zapewne nie spodziewałby się dystrybutor wprowadzający go na ograniczonej liczbie ekranów.
Jak Cezary Kruszewski przekonuje największe multipleksy, że warto pokazywać polski film, a nie tylko produkcje o superbohaterach?
Z uwagi na rosnącą popularność rodzimego kina na pewno nie stoimy na straconej pozycji w tych rozmowach. Nie przeszkadza też długa współpraca czy renoma na rynku. Jak się miało hit kilka miesięcy temu, łatwiej przekonać właściciela kina do kolejnego tytułu. Przy czym walka rozgrywa się nie o wyświetlanie w multipleksach, lecz w małych lokalnych kinach. Te najczęściej mają jedną, czasem dwie sale. Muszą starannie selekcjonować filmy. A co piątek jest przecież od ośmiu do dziesięciu premier. Siłą rzeczy większość nie będzie wyświetlana w części polskich kin.
Jaki odsetek przychodów jest z multipleksów, a jaki z pozostałych kin?
Multipleksy odpowiadają za ok. 75 proc. frekwencji. Przy polskich filmach trochę mniej, ok. 65 proc. Aby tytuł zarobił, potrzebne są więc i multipleksy, i kina lokalne, studyjne.
Lepiej wprowadzać film do kin w najgorętszym okresie, np. przed Bożym Narodzeniem, czy gdy jest posucha, bo wtedy łatwiej się przebić nawet złemu obrazowi?
Te mające zadatki na hity wprowadza się na ekrany w okresie jesienno-zimowym, bo wtedy najwięcej ludzi chodzi do kin. Mimo silnej konkurencji niejedno krotnie zarobią wtedy więcej niż w okresie wakacyjnym. Ale są też takie, których nie należy wystawiać do tej rywalizacji, aby w niej nie przepadły, bo dla większości widzów nie stanowiłyby ani pierwszego, ani nawet drugiego wyboru. Są też wreszcie filmy ambitne, niebędące obrazami pierwszego wyboru, które wprowadza się w najgorętszym okresie. Powodem najczęściej jest wiara w to, że uda się zdobyć nagrody na festiwalach, w tym przede wszystkim w Gdyni. I pamiętajmy, że co innego jest gorącym kinowym okresem w Polsce, a co innego w USA. U nas wakacje w zależności od pogody bywają kiepskie, w Stanach – świetne. Gdy się więc dystrybuuje zagraniczny film w Polsce, trzeba rozważyć, czy czekać z premierą całymi tygodniami już po wejściu obrazu do kin w USA, czy jednak lepiej ustalić termin rodzimej premiery na bliski premierze światowej.
Po co robić ambitne filmy, skoro można zarobić dużo więcej na Patryku Vedze lub Blance Lipińskiej i jej erotycznych „365 dniach”?
Jeżeli przyjdzie do nas dowolny producent, to na pewno usiądziemy do rozmów. Z Blanką Lipińską już współpracujemy i „365 dni” wejdzie do kin w lutym. W ostatnim roku wpuściliśmy do kin komercyjne projekty „Miszmasz, czyli kogel mogel 3” czy „Underdoga”. Szczerze: staramy się, by te filmy były jak najlepsze, ale przecież doskonale wiemy, że najważniejsze jest tu zadowolenie widzów. Pośrednio dystrybucją takich filmów zarabia się na możliwość zaprezentowania widzom tego, do czego jeszcze masowego widza trzeba przekonywać. Ale nie chodzi o to, że „chała dla mas, arcydzieła dla elit”. Po pierwsze, wcale nie jest tak, że popularny film musi być chałą. A po drugie, ambitne filmy też potrafią zarabiać. Grono odbiorców jest ograniczone, ale to kawałek kinowego tortu, którym żaden dystrybutor nie może pogardzić. No i wreszcie każdy dystrybutor chce zarabiać, ale też niemal każdy chce móc się pochwalić dobrymi filmami. Ja jestem dumny choćby z „Twojego Vincenta”, pierwszego filmu namalowanego, który dostał nominację do Oscara. Stricte artystyczny projekt, który zobaczyło niemalże pół miliona widzów w Polsce.
Ile dystrybutor dostaje od kina z każdego sprzedanego biletu?
Dystrybutor dzieli się z kinem procentem od wpływów ze sprzedanych biletów. Choć jest jeszcze kwestia opłat na rzecz Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, Stowarzyszenia Autorów ZAiKS, Stowarzyszenia Filmowców Polskich. Tak więc do podziału jest część, która zostaje po poniesieniu tych kosztów. Co ważne, dystrybutor ma umowę z producentem i istotny odsetek zysków z biletów trafia właśnie do niego.
20 proc. z ceny biletu zostaje w kieszeni dystrybutora? Takie stawki krążą w internecie i artykułach o kinematografii.
Bardzo bym chciał, ale to nierealne.
19 grudnia weszła do kin kolejna część „Gwiezdnych wojen”. Czy takie filmy potrzebują strategii dystrybucyjnej? Przecież ta saga sama się sprzedaje.
Na pewno najnowsza część „Gwiezdnych wojen” będzie największym hitem końca roku – zobaczy je u nas, według mnie, ponad dwa miliony osób. Ale nie jest tak, że film sam się sprzedaje i można jedynie odcinać kupony, bo jest różnica między tym, czy pójdą na niego dwa miliony osób czy trzy miliony. „Gwiezdne wojny” to zresztą najlepszy przykład, że marka ma ogromne znaczenie, ale nie można się w niej zatracić. „Han Solo” wszedł do kin przed rokiem, osiągnął na pewno nie do końca satysfakcjonujący wynik.