Trwa spór o historyczną spuściznę amerykańskiego Południa. Czy na pewno wiemy, o co wtedy walczyliśmy? – pytają historycy zajmujący się wojną secesyjną.
Dziennik Gazeta Prawna
Hallsville to mieścinka na wschodzie Teksasu licząca niewiele ponad cztery tysiące mieszkańców. Ale co roku na początku października stawała się tłoczna – z całych Stanów zjeżdżali się ludzie, by obejrzeć rekonstrukcję bitwy o Fort Crawford oraz zabawić się na towarzyszącym jej festynie.
Reklama
Bitwa o Fort Crawford nie figuruje w żadnym rejestrze wojennych potyczek. Nie ma nawet w okolicy miejscowości o tej nazwie. Niewielka drewniana warownia nazwana Fort Crawford, od imienia jej budowniczego, sędziego W. C. Crawforda, istniała w pobliżu obecnego Hallsville w czasach tuż przed aneksją Teksasu przez Stany Zjednoczone w 1845 r. – zadaniem załogi była obrona białych osadników przed Indianami. A więc rekonstruowano bitwę, do której nigdy nie doszło. – To nie szkodzi – tłumaczył organizator Robert Key, menedżer w lokalnych zakładach mechanicznych. Ta impreza, jak wyjaśniał, jest nośnikiem pamięci o historycznej spuściźnie amerykańskiego Południa.

Reklama
Jednak w tym roku po raz pierwszy od 20 lat bitwa o Fort Crawford nie odbyła się – widowisko zostało odwołane. Decyzja zapadła w połowie września, gdy przygotowania do niej trwały w najlepsze. Key odmawia komentarzy, lecz w lokalnych mediach opublikował list: „Polityczna poprawność i obawy o reputację odciągają sponsorów od wspierania imprez związanych z historią wojny secesyjnej. (…) Szkoły nie pozwalają uczniom uczestniczyć w żywej historii (…), bo władze boją się potencjalnej krytyki, za którą stoi zjawisko pogłębiającego wypaczenia historycznego tła tej epoki”.

Hobby dla dziadka, nuda dla wnuczka

Jak Ameryka długa i szeroka do entuzjastów żywej historii co chwilę docierają hiobowe wieści o kasacji kolejnych imprez poświęconych wojnie secesyjnej. Gdy na początku wakacji Lake County w Illinois ogłosiło, że odwołuje odbywające się od 28 lat Civil War Days w Wauconda – jako przyczynę podano bezpieczeństwo publiczne oraz niestosowność używania w czasie rekonstrukcji oraz festynu flag konfederackich – do dyskusji włączyły się media i eksperci z całego kraju. Stanęło na tym, że festyn być może powróci w przyszłych latach, ale w innej formie. Jakiej – tego nie sprecyzowano. Wiadomo, że „mniej kontrowersyjnej”, co ma się przełożyć na ożywienie zainteresowania imprezą, która od lat odnotowywała spadek popularności.
Właśnie spadająca frekwencja to główne uzasadnienie kasacji imprez związanych z wojną secesyjną. W 1970 r. inscenizacje pięciu najsłynniejszych bitew – pod Gettysburgiem, Shiloh, Chattanooga, nad rzeką Antietam i oblężenie Vicksburga – ściągały nawet 11 mln widzów. W 2018 r. było ich zaledwie 3 mln. Do Gettysburga w Pensylwanii – miejsca starcia z lipca 1863 r., które przesądziło o losach zmagań Północy z Południem (chociaż wojna trwała jeszcze dwa lata), i miejsca słynnego listopadowego przemówienia prezydenta Abrahama Lincolna, zjechało w ubiegłym roku już niecały milion gości – najmniej od 60 lat. Kustosze muzeum zdecydowali się na dramatyczny krok – tegoroczna rekonstrukcja bitwy i orędzia będzie ostatnią. Muzeum w Williamsburgu, jedno z największych w kraju poświęconych historii wojny secesyjnej, traci już tak dużo pieniędzy, że w 2016 r. (ostatnie dostępne dane) było to prawie 150 tys. dol. dziennie. Fundacja finansująca muzeum oraz doroczną rekonstrukcję bitwy o Fort Magruder w stanie Wirginia jest zadłużona na 317 mln dol. – wszystko wskazuje na to, że koniec jej działalności to tylko kwestia czasu.
Skąd ten dramatyczny spadek zainteresowania imprezami z epoki, która uważana jest przez historyków za najważniejszą w dziejach Ameryki? Pierwsza odpowiedź jest prosta. – Starzeją się rekonstruktorzy, imprezy przestają być widowiskowe. Młodzież nie chce uczestniczyć w przygotowaniach, na dodatek zmagania Północy z Południem już jej nie poruszają – tłumaczy prof. Glenn LaFantasie, historyk wojny secesyjnej z Western Kentucky University. – Moda na rekonstrukcje zaczęła się po konflikcie w Wietnamie. Animatorami tych wydarzeń byli weterani, ludzie mający doświadczenia z prawdziwego pola walki, więc przedstawienia były realistyczne. Miłość do żywej historii jest więc w dużym stopniu zjawiskiem pokoleniowym.

Pudrowanie historii

Ale jest jeszcze inna odpowiedź – i tej warto się przyjrzeć bliżej. Glen LaFantasie mówi o rozbudzonej potrzebie kontynuowania walki o równość rasową w USA. – Prezydentura Baracka Obamy miała uzdrowić relacje rasowe w kraju, a przyniosła odwrotny skutek. Obserwujemy dziś nasilanie się postaw rasistowskich, dochodzi do zamieszek na tym tle, jakich dawno nie oglądaliśmy. Młodzi ludzie nie godzą się na sposób, w jaki wciąż rozmawiamy o rasizmie i historii niewolnictwa w USA. Jeśli w ich mniemaniu dochodzi do instytucjonalnego pudrowania wydarzeń z tamtych lat, to nie chcą uczestniczyć w propagowaniu oraz utrwalaniu takiej historii – wyjaśnia.
Zarzewiem wojny secesyjnej były pogłębiające się różnice interesów społecznych i ekonomicznych między postępową, budującą wielki przemysł Północą a wiernym feudalnej wizji świata Południem – główną osią sporu był pogląd na niewolnictwo. Południe, dla którego było ono ekonomicznym fundamentem, nie miało zamiaru z niego rezygnować. Abolicjoniści coraz gwałtowniej potępiali niewolnictwo, zaczął im także sprzyjać wybrany w 1860 r. na prezydenta USA Abraham Lincoln. Na początku lutego 1861 r. 11 południowych stanów opuściło unię i stworzyło Skonfederowane Stany Ameryki – Waszyngton uznał to państwo za nielegalne. W marcu konfederaci wypowiedzieli wojnę unionistom w imię obrony praw stanów – ten zwrot do dziś daje historykom możliwość ucieczki przed jednoznaczną oceną zarówno przyczyn, jak i skutków wojny z lat 1861–1865.
Secesjoniści przegrali, ale nie pogodzili się z nowym porządkiem. Już kilka lat po wojnie zaczęto na Południu wprowadzać sankcjonujące segregację rasową prawa Jima Crowa (od pogardliwego nazywania niewolnika „Jim Crow”) – i to pomimo tego, iż prawo zezwalające na takie działania pojawiło się dopiero w 1896 r. To wtedy Sąd Najwyższy orzekł, że poprawki do konstytucji znoszące niewolnictwo i ustanawiające równość rasową nie zabraniają segregacji. Tuż po zakończeniu wojny w 1865 r. powstał Ku Klux Klan – organizacja, choć nie tak silna jak sto lat temu, wciąż działa i liczy dziś ok. 6 tys. członków.

Konfederacja ciągle żywa

Kres segregacji ostatecznie położyły ruchy i obywatelskie drugiej połowy XX w. Ale Południu udało się narzucić własną wersję opowieści o tym konflikcie. Pobudowało pomniki na cześć konfederackich bohaterów, ochrzciło ich imionami setki publicznych instytucji (w tym szkoły), nie ustawało w wysiłkach, by propagować w przestrzeni publicznej narrację, iż kwestia niewolnictwa była tylko jedną z wielu przyczyn stojących za decyzją o secesji. W szkolnych podręcznikach, a z czasem i w dokumentalnych produkcjach filmowych, które są dla uczniów być może najważniejszym nośnikiem wiedzy, zaczęła dominować coraz bardziej odarta z tła społeczno-ekonomicznego, za to coraz bardziej „uromantyczniona” wizja wojny: jako serii zapierających dech w piersiach bitew. – Nie ma się co oszukiwać, mamy do czynienia z całymi połaciami życia publicznego, w których brakuje uczciwego przekazu o tym, po co tak naprawdę tę wojnę prowadziliśmy. Panuje powszechna akceptacja dla prokonfederackiego i neokonfederackiego punktu widzenia, niestety także w edukacji szkolnej – mówi prof. LaFantasie.
Z pytaniem o podstawy programowe do nauczania historii wojny secesyjnej zwróciłam się do Niella O’Dwyera, nauczyciela w liceum Fossil Ridge High School w Kolorado. Potwierdził, że zalecaną przez ekspertów pomocą naukową pozostaje serial dokumentalny Kena Burnsa „Civil War” z 1990 r., w którym nie brak peanów na cześć Konfederatów, a gen. Robert Lee przedstawiony jest jako bohater narodowy. – Bardzo problematyczne są też dla mnie w tym filmie informacje o Nathanie Bedfordzie Forreście. Wychwala się jego geniusz taktyczny, ale nie ma wzmianki o tym, że to zapiekły rasista i późniejszy założyciel KKK. Moi uczniowie nigdy tego fragmentu filmu ze mną nie obejrzą, ale inni? Problemem naszej edukacji pozostaje brak jednolitej podstawy programowej i duża dowolność, jaką posiada nauczyciel w obrębie nauczanego przedmiotu – wyjaśnia O’Dwyer.

Obalić pomniki

Opór wobec schedy po Południu nasilił się zwłaszcza po masakrze w Charleston w Karolinie Południowej w 2015 r. – młody zwolennik skrajnej prawicy wdarł się do kościoła i zastrzelił dziewięcioro czarnoskórych parafian.
Zdecydowana większość kontrowersyjnych pamiątek znajduje się na terenie południowych stanów, stąd wiele akcji przekształca się w pokaz siły między obiema stronami, bo nigdy nie brakuje „obrońców lokalnej spuścizny historycznej” i sympatyzujących z nimi sędziów gotowych walczyć o obronę stanowych praw. O jakich prawach mowa? Po pierwsze to przepisy o ochronie zabytków jeszcze z okresu praw Jima Crowa, po drugie – nowe ustawy gwarantujące konfederackim zabytkom „nietykalność” i „nieusuwalność”. W ostatnich 15 latach przegłosowały je legislatywy w pasie stanów od Wirginii po Teksas.
Usuwanie pamiątek po Konfederacji idzie więc jak po grudzie. Świetnie obrazuje to przypadek postumentu gen. Roberta Lee – po tragedii w Charleston studenci Uniwersytetu Wirginii z Charlottesville zaczęli zabiegać u władz miasta o usunięcie zdobiącej miejski park podobizny najsłynniejszego generała konfederatów. Propozycja nie spodobała się lokalnym ugrupowaniom białych suprematystów i neonazistów, którzy wystąpili w obronie pomnika. Ogłosili go symbolem ruchu Unite The Right i 12 sierpnia 2017 r. zorganizowali przed nim manifestację. Doszło do zamieszek, w których jedna osoba zginęła, a ponad 30 zostało rannych. Rada miasta zwróciła się do sądu o zezwolenie na natychmiastowe usunięcie pomnika jako obiektu zagrażającego bezpieczeństwu publicznemu. Deliberacje prawne zajęły dwa lata, a sędzia ostatecznie nie przychylił się do obywatelskiego wniosku. Uznał, że pomnik gen. Lee chroni prawo z 1904 r., które zezwala na wznoszenie obiektów ustawionych ku czci konfederatów, lecz zakazuje ich usuwania.
Choć w walkę z pamiątkami po konfederatach zaangażowane są największe organizacje obrony praw cywilnych – American Civil Liberties Union, Southern Poverty Law Center oraz National Association for the Advancement of Colored People – to do dzisiaj udało się usunąć, włączając w to akty siłowego obalania i dewastacji, ok. 200 obiektów, a nazwę patrona zmieniło 30 szkół. Oznacza to, że ponad 100 placówek edukacyjnych dalej nosi imiona konfederackich bohaterów, a amerykańskie place, parki i ulice wciąż „zdobi” ponad 1,7 tys. symboli i ponad 700 postumentów oddających hołd wrogom abolicjonizmu.

Jak twój dolar pracuje dla rasistów

Oddzielne batalie toczą się o zakręcenie kurka publicznych dotacji kierowanych na konserwację tych pomników i zabytków. W grudniu ubiegłego roku Smithsonian Institution w raporcie „The Cost of the Confederacy” (Cena Konfederacji) ujawnił, że władze Alabamy wydają co roku ponad 100 tys. dol. na utrzymanie w Beauvoir rezydencji pierwszego konfederackiego prezydenta Jeffersona Davisa. Mieści się w niej też muzeum specjalizujące się w alternatywnej historii niewolnictwa w USA, czyli promowaniu tezy, że niewolnicy byli, jak podają autorzy raportu, „szczęśliwi, lojalni i dobrze traktowani przez swoich właścicieli”. Po huraganie Katrina, który uderzył w USA w 2005 r., dyrekcja muzeum w Beauvoir otrzymała od federalnego rządu ponad 17 mln dol., za które nie tylko usunęła zniszczenia, lecz otworzyła nową bibliotekę poświęconą historii Konfederacji.
Z kolei podatnicy ze stanu Georgia wydali od 2011 r. już ponad milion dolarów na konserwację domu i parku, które należały do pierwszego wiceprezydenta konfederatów. Alexander Hamilton Stephens zapamiętany został przez historię także jako autor słów: „Postawa konfederatów wypływa z głębokiej prawdy, że czarnuch nie jest równy białemu człowiekowi, a niewolnictwo, czyli podległość rasie nadrzędnej, jest dla niego stanem naturalnym i normalnym”.
Władze Wirginii przeznaczają rocznie 10 mln dol. na konserwację konfederackich grobów, co w praktyce sprowadza się do przekazywania tych pieniędzy założonej w 1894 r. organizacji Zjednoczone Córy Konfederacji. Jej twórczyni Mildred Lewis Rutherford znana była z tego, że urządzała wycieczki po Ameryce, podczas których opowiadała, że „niewolnicy w USA byli najszczęśliwszymi ludźmi pod słońcem, byli dobrze odziani, dobrze karmieni i zaopiekowani”, z kolei Ku Klux Klan „powstał po to, by po emancypacji kobiet bronić ich bezpieczeństwa”. Współczesne córy nie głoszą już takich poglądów, ale wciąż mają możliwość indoktrynowania młodzieży w ramach spotkań klubów „Dzieci Konfederacji”, nad którymi trzymają formalną pieczę. Podobnie jak w kwestii pomników i miejsc pamięci, tu też walka o zmiany idzie opornie, bo rozbija się o stare ustawodawstwo regulujące przyznawanie publicznych funduszy na konserwację tego typu obiektów.
A to nie koniec. W 2001 r. Liga Południa (The League of the South), najbardziej wpływowa, choć założona dopiero w 1994 r. organizacja neokonfederatów, zwróciła się do Kongresu o odszkodowania w wysokości 5 mld dol. za zniszczone podczas wojny secesyjnej mienie mieszkańców Południa. Rząd na razie do tych roszczeń się nie odniósł, ale można być pewnym, że sprawa nie ucichnie, bo neokonfederaci rosną w siłę, zwierając szeregi z ruchami nacjonalistów oraz suprematystów.
Na pytanie o pozycję Ligi w toczącej się batalii o zabytki po konfederatach jej założyciel i prezes Michael Hill powiedział mi wprost, że gotów jest rzucić na szalę wszystko, bo w istocie nie chodzi już dzisiaj tylko o pomniki. – Mamy do czynienia z wojną o przetrwanie cywilizacji białego człowieka. Jeśli dopuścimy do utraty kontroli nad naszą przeszłością, będzie to jak utracić kontrolę nad naszą ziemią i prawem do niej. Dlatego zrobimy wszystko, by ponownie uczynić z Południa dominantę białego człowieka, gdzie będzie on mógł żyć bezpiecznie i wedle własnych wartości – przekonuje.

Historia nagradza za uczciwość

Łatwiej wyobrazimy sobie frustrację amerykańskich aktywistów, jeśli pomyślimy, jaka byłaby nasza reakcja, gdybyśmy w wolnej Polsce nie mieli prawa usuwać pomników postawionych na cześć sowieckiego okupanta oraz byli zmuszeni utrzymywać muzea, w których Józef Stalin występowałby w roli dobroczyńcy ludzkości, a historia PRL opowiadana byłaby wyłącznie przez pryzmat szczęścia i wolności jej obywateli.
Walka z fałszowaniem historii jest potrzebna i należy życzyć Ameryce, by dla własnego dobra udało jej się jak najszybciej pozbyć tych jej wątków, które wciąż sankcjonują rasizm i rozpalają chorą wyobraźnię neofaszystów. Źle by się jednak stało, gdyby historyczna rekonstrukcja miała całkowicie zaniknąć ze sfery historycznej edukacji. – Dzięki niej historia przestaje być wyblakłą fotografią, a zmienia się w osobiste doświadczenie. Jeśli zdobędziemy się na to, by opowiadać ją szczerze i uczciwie, jeśli weźmiemy odpowiedzialność za jej najciemniejsze karty, może nas w końcu połączyć jako naród. Niczego innego nie życzyłbym sobie bardziej jako historyk i jako Amerykanin – podsumowuje Glen LaFantasie.