Przez kilka miesięcy analizował pan niemieckie dokumenty dotyczące Warszawy z czasów II wojny światowej, które znaleziono na aukcji internetowej i ściągnięto do kraju. Jakie są wnioski z prac?

„Bericht über Warschau”, „Raport o mieście Warszawa” to dwa segregatory ze zdjęciami, krótkimi opisami, numeracją i indeksami. Jest to najprawdopodobniej część większego dokumentu mogącego zawierać analizę zdarzeń uchwyconych na zdjęciach z tych dwóch segregatorów. Tak długo, jak nie odnajdziemy brakujących archiwaliów, nie poznamy całej tej historii.

Przypomnijmy – w zeszłym roku opisaliśmy historię tego raportu (DGP 70/2018, „To są dowody, że Niemcy planowali zagładę Warszawy”). Wtedy, po pobieżnym przejrzeniu zawartości, okazało się, że Niemcy zebrali ogromną ilość danych o stolicy – o ludności, obiektach, infrastrukturze, konstrukcji budynków czy nawet wyposażeniu apteczek szpitalnych.

Ten raport to prawdopodobnie analiza zniszczeń – z uwzględnieniem skuteczności poszczególnych rodzajów ataków – dokonanych w Warszawie we wrześniu 1939 r. To wyjątkowy materiał, bo niewiele wiemy o jego pochodzeniu, jaka była geneza jego powstania, kiedy podjęto decyzje o jego opracowaniu i jak go wykorzystano – to są ciągle kwestie zagadkowe. Zbiór na aukcji internetowej wypłynął w sposób anonimowy. Nie wiemy, gdzie i jak był przechowywany, wiemy za to, że urzędnicy III Rzeszy nadali mu klauzulę tajności. Zdjęcia zostały wykonane po zajęciu miasta – Niemcy zaczęli wkraczać do Warszawy 30 września 1939 r., zaś w materiałach jest wzmianka, że składy węgla płoną już trzy tygodnie. Musi więc to być początek października 1939 r., jego pierwsze tygodnie. To istotne, bo nie jest to Warszawa z lat 1939–1945, nie z czasów Powstania Warszawskiego, tylko w tym konkretnym momencie – nieuprzątnięta, pełna gruzu, zawalisk, rumowisk, w których ciągle odnajdywane są ciała. To chwila, którą udaje się „złapać” tuż po nawale wojennej. I to nie w sposób dziennikarski, to nie są zdjęcia z akcją. Widzimy, że ekipa niemiecka jeździła po wybranych punktach po obu stronach Wisły i robiła dokumentację. Na niektórych fotografiach widać żołnierza trzymającego numerek identyfikacyjny, by potem dało się w łatwy sposób powiązać uwieczniony obiekt z przygotowanym do niego opisem.

Czy to możliwe, że część tych danych zebrano jeszcze przed wybuchem wojny, co sugerowałoby, że z premedytacją przygotowywano się do ataku na miasto?

Część danych na pewno można było zebrać wcześniej, choćby przy użyciu technik białego wywiadu. Chodzi o informacje dotyczące demografii, o plany miasta i budynków, gęstość zaludnienia. Natomiast zdjęcia zrobiono po zajęciu Warszawy. Gdy porównujemy zestawienia dotyczące np. rozmieszczenia szpitali oraz ich zniszczenia, to pozwalają nam one przypuszczać, że uderzenia w te budynki nie były przypadkowe – opis usytuowania szpitali pokrywa się z planem bombardowań. Mamy rozmieszczenie ludności żydowskiej i gęstej zabudowy w zdominowanych przez nią dzielnicach, które również pokrywają się z planem bombardowań. Jeśli niszczy się Zamek Królewski i katedrę św. Jana, ale nie budynki stojące dookoła, należy uznać, że to działania celowe. Zbombardowanie filtrów warszawskich też nie było przypadkowe, to było celowe działanie terrorystyczne, mające sparaliżować miasto przez pozbawienie go dostaw wody.

Czyli raport to weryfikacja wcześniejszych planów dotyczących ataku na Warszawę?

Nie możemy tego stwierdzić wprost, jednak dokumenty te potwierdzają, że Niemcy realizowali pewien plan. Sam raport jest rzeczywiście przejawem wyrachowanego podejścia. Nie ma tu emocji, w opisach nie ma przymiotników. No, może poza opisem działań polskich strażaków – pada pod ich adresem wiele słów uznania, widać, że strona niemiecka była zafascynowana ich bohaterską postawą np. przy gaszeniu Zamku Królewskiego.

Czy coś pana zszokowało podczas lektury tych dokumentów?

Niemcy poświęcili najwięcej uwagi pewnej aptece na Nowym Świecie. Na zdjęciu widać, że została zniszczona, że w gruzach leżą zwłoki człowieka. Natomiast dla Niemców bardziej interesujące jest to, że zawaliły się drewniane stropy budynku, a murowana piwnica wytrzymała. Zamieszczając zdjęcia z tymi wystającymi ze zgliszczy zwłokami, analizują, na ile ten strop jest wytrzymały, jak wybuch bomby zniosła klatka schodowa, na ile piwnica okazała się wytrzymała. To wyjątkowo bezduszne i wyrachowane podejście.

Tak dokładna dokumentacja wymagała sporo trudu. Może materiał miał posłużyć doskonaleniu niemieckiej machiny wojennej?

Tego nie wiemy wprost z materiałów, ale możemy przypuszczać, że przygotowanie ich miało na celu analizę oddziaływania niszczycielskiej siły pocisków na konkretne typy zabudowy. Inwazja na Polskę była pierwszym doświadczeniem Wehrmachtu, wcześniej tylko niewielka grupa szkoliła się w Hiszpanii, a podczas zajęcia Austrii czy Czechosłowacji nie doszło do żadnych walk. Może Niemcy analizowali, co im się udało, a co nie? Z materiałów widać, że bardzo interesowały ich stropy budynków, ściany przeciwogniowe, jak to miasto zachowywało się po uderzeniu. Może ich obrona przeciwlotnicza mogła wyciągnąć potem wnioski dla własnych działań? Dużo uwagi poświęcili obronie przed bombami zapalającymi. Można z tego wnioskować, że wiedza, jak zabezpieczyć przed nimi budynki, była dla nich bardzo przydatna na dalszych etapach wojny.

Czyli Warszawa była dla nich poligonem?

Tak. Sprawdzano, co zadziałało, a co nie, co można poprawić i jak samemu się zabezpieczyć. Obserwacje są czasem wyjątkowo precyzyjne. Jak choćby ta, że bombardowanie przetrwał strop o konkretnej grubości, że wytrzymała ściana skonstruowana z dwóch warstw cegieł albo że bomba zapalająca spadła na kamienicę przy ul. Focha 10, ale jej podłoga była wyłożona cegłami i w związku z tym nie doszło do spalenia budynku. Na tę aptekę na Nowym Świecie spadły dwie bomby burzące po 250 kg każda i również dokładnie badano, jakich zniszczeń dokonały.

Czy na podstawie tych materiałów można wysnuć wniosek, że w Warszawie z góry planowano ludobójstwo?

Dokumentacja fotograficzna, np. wyposażenia apteczek czy sprzętu medycznego, jest pośrednią działalnością Niemców w zakresie analizy sprzętu wykorzystywanego przy obronie przeciwlotniczej w poszczególnych budynkach. Czy to była zaplanowana rzeź ludności? Niemcy w ogóle nie kalkulowali, czy cywilów należy oszczędzić. Mamy dwa przykłady – bombardowanie ludności żydowskiej oraz miejskich filtrów. Cały ten materiał – z wyjątkiem kilku zdjęć dotyczących zachowania budynku wojskowego o stropie żelbetowym i cytadeli z grubym, ceglanym stropem – dotyczy wyłącznie obiektów cywilnych: kamienic, mostów, kościołów, szpitali, domów handlowych. Nie ma tu żadnej analizy skutków uderzenia w obiekty wojskowe.

Czy wiedza, jaką Niemcy pozyskali w październiku 1939 r. w Warszawie, mogła im potem posłużyć do stłumienia powstania?

Mogła im ona posłużyć do lepszego zabezpieczenia własnych miast przed podobnymi atakami. Mogła im też pomóc w trakcie Powstania Warszawskiego. Już w 1939 r. Niemcy mieli dokładną analizę tego, jakimi środkami zniszczyli Warszawę. W 1944 r. to było to samo miasto, te same budynki i konstrukcje. Dlaczego więc mieliby nie wykorzystać wcześniejszych doświadczeń? Autorzy raportu podkreślali, że we wrześniu 1939 r. w piwnicach często tworzono schrony dla ludności cywilnej, dlatego na bazie doświadczeń i zebranej dokumentacji mogło być tak, że w 1944 r. okupanci zwracali szczególną uwagę na piwnice. Pewnezainterespwanie wzbudza Muzeum Narodowe, które Niemcy uwiecznili na kilku zdjęciach i które, jak wiemy, stało się celem grabieży. Podobne obiekty znajdowały się przecież na terenach III Rzeszy, dlatego Niemcy mogli być zainteresowani tym, jak na bazie warszawskich doświadczeń zabezpieczyć własne muzea, galerie i dorobek kultury.

Magazyn DGP 13 września 2019

Magazyn DGP 13 września 2019

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Czy te dokumenty mogą mieć znaczenie w dyskusji o reparacjach?

Gdybyśmy rozpatrywali te dokumenty jako dowód na to, że zniszczenie Warszawy było świadomym i celowym działaniem Niemców, to możemy uznać, że spada na nich pełna odpowiedzialność głównie dlatego, że nieprzypadkowo niszczone były obiekty cywilne, a nie wojskowe. Gdy myślimy o wojnie, to godzimy się z tym, że jak dwie skonfliktowane strony decydują się wysłać przeciwko sobie armie, to walczą ze sobą i giną żołnierze. Natomiast zupełnie niezrozumiałe i sprzeczne z ówcześnie panującymi prawami było to, że armia przeciwnika atakuje ludność cywilną. To był atak terrorystyczny, bandycki, który miał zmusić Polskę do jak najszybszej kapitulacji.