Mój bohater jest człowiekiem działającym poza prawem, skupionym na sobie, jest pewnie zły. Ale ilu takim ludziom zawierzamy, ilu powierzamy nasze sumienie, nasz los? Na ilu takich ludzi głosujemy?
Reklama
Jak się poczułeś, kiedy zobaczyłeś swoją powieść przeniesioną na ekran?
To było bardzo ciekawe, bo znałem tę historię jak nikt inny, a jednak to, co zobaczyłem, bardzo mnie przejęło. Wchodziłem w ten projekt nie tylko jako autor pierwowzoru książkowego, ale też jako scenarzysta z pewnym doświadczeniem. Miałem już za sobą „Belfra”, wiedziałem więc, że praca scenarzysty kończy się w konkretnym momencie. Film jest swego rodzaju przedsiębiorstwem, w którym każdy pełni określoną funkcję i ja swoją wypełniłem wraz z końcem prac scenariuszowych. Potem po prostu nie wtrącałem się w kompetencje innych osób. Oczywiście, wiedziałem o ważniejszych decyzjach, sytuacjach na planie i tak dalej.
Pisząc scenariusz, miałeś w głowie twarze konkretnych aktorów?
Tworząc scenariusz, zawsze ma się w głowie jakieś twarze, bo jak masz konkretną osobę przed oczami, to łatwiej się pisze, lepiej pracuje wyobraźnia. Ale czy któryś z tych ludzi ostatecznie zagrał w serialu? Mówiąc szczerze – nie pamiętam. W momencie, w którym zobaczyłem serial, wszystkie moje wyobrażenia dotyczące postaci zostały zastąpione przez to, co ujrzałem na ekranie. Gdybym teraz miał przeczytać raz jeszcze „Ślepnąc od świateł”, to na pewno widziałbym w głowie Kamila Nożyńskiego jako głównego bohatera

Reklama
Magazyn DGP 26.10 / Dziennik Gazeta Prawna
Miałeś jakieś obawy, czy amator udźwignie ciężar głównej roli?
Od początku, jeszcze na etapie pisania scenariusza, Krzysiek Skonieczny, reżyser, powtarzał mi, że trzeba do tej roli znaleźć twarz, której wcześniej na ekranach nie było. Tak więc, kiedy kogoś znalazł, powiedziałem: OK. Teraz, kiedy zobaczyłem gotowy serial, wiem, że to jest ten gość.
Dlaczego w serialu zmieniliście imię głównego bohatera?
Wszystkich to strasznie interesuje, tymczasem nie stał za tym jakiś specjalny zamysł. Ja uważam, że to dobrze, bo po pierwsze, ta zmiana pokazuje ludziom, że serial jest jednak czymś innym niż powieść, że jest to inna jakość. Poza tym ten bohater od zawsze miał się tak nazywać. Od początku chciałem nazwać go Kuba, ale pamiętam, że ludzie, którzy czytali książkę przed publikacją, odradzili mi to, mówiąc, że wszyscy będą jeszcze bardziej utożsamiać mnie z tym bohaterem i mówić, że robię z siebie dilera. A ja od początku czułem, że on powinien się tak nazywać. Kiedy zaczęliśmy z Krzyśkiem prace scenariuszowe, powiedziałem mu to i on uznał, że w takim razie musi być Kuba.
Czym różni się pisanie dla czytelnika od pisania dla widza?
Książka to całościowe dzieło, za które bierze się pełną odpowiedzialność. Natomiast pisząc scenariusz, nie tworzy się dzieła, tylko przygotowuje się dokument, na podstawie którego bardzo wielu innych ludzi będzie wykonywać swoją pracę. Począwszy od reżysera, aktorów, przez ludzi od castingu, po scenografów, osób od poszukiwania lokalizacji itd. I dopiero praca tych ludzi złoży się na wspólne dzieło. Tak więc owszem, scenariusz poniekąd pisze się dla widza, ale przede wszystkim pisze się go dla ekipy. I to moim zdaniem jest podstawowa różnica między pisaniem powieści a tworzeniem scenariusza.
W „Ślepnąc od świateł” ważnym elementem, a może nawet jednym z bohaterów powieści jest miasto, a konkretnie Warszawa. Miałeś jakieś wyobrażenia, jak powinna ona zostać pokazana na ekranie?
To jest pytanie do Krzyśka Skoniecznego. Z pewną wizją wyszedł on. Owszem, niestandardowo dużo na etapie scenariusza było zapisanych reżyserskich rozwiązań, ale generalnie to jest jego działka. Ja mogę bardziej mówić o emocjonalnej stronie tej opowieści.
Czy główny bohater od początku miał być dilerem?
On miał być kimś, kto oprowadza ludzi po wystawie okropieństw, swoistym gabinecie osobliwości. Pełni funkcję kustosza w tym miejskim labiryncie. Tym miał być od początku, a dilerem został trochę później. Dzięki tej profesji ma wstęp do różnych nieciekawych miejsc w mieście.
Twój bohater nie unika oceny moralnej innych, sam będąc w tych okropieństwach mocno zanurzonym. Dlaczego dałeś mu takie prawo?
Ponieważ uważam, że albo wszyscy mamy prawo oceniać innych, albo nikt nie ma prawa oceniać nikogo. Mój bohater jest człowiekiem działającym poza systemem, skupionym na sobie, nieempatycznym, jest pewnie zły. Ale ilu takim ludziom dajemy przewodnie funkcje w społeczeństwie, ilu takim ludziom zawierzamy, ilu powierzamy nasze sumienie, nasze pieniądze, nasz los, na ilu takich ludzi głosujemy? Zadajesz to pytanie z perspektywy umowy społecznej, a moja książka jest między innymi o tym, że umowa społeczna jest fikcją. Mój bohater ma więc takie samo prawo do oceny innych jak każdy z nas. Z drugiej strony nikt nie powinien oceniać nikogo, bo co my tak naprawdę wiemy o rzeczywistości? Poza tym, czy sprzedaż narkotyków sama w sobie jest czymś złym?
Jest działaniem wbrew prawu, wbrew zasadom społecznym.
I w tym jest największy problem. Jestem osobą, która nie bierze narkotyków i nie pije alkoholu, ale nie uważam, żeby handel narkotykami był czymś złym. Zła jest penalizacja narkotyków. Złem jest to, że narkotyki są nielegalne, ponieważ to powoduje, że ich produkcją i obrotem zajmuje się szara strefa. Żeby zaś pilnować swoich interesów, szara strefa musi stosować przemoc i zastraszanie. Narkotyki doprowadzają do śmierci z dwóch powodów: wskutek porachunków przestępczych albo dlatego, że ludzie zażywają towar, którego nie znają, nie wiedzą nic o jego mocy, sile ani jakości. Oba te powody absolutnie by zniknęły, gdyby narkotyki były legalne, pod kontrolą rządu. Ludzie handlujący narkotykami używają przemocy, bo nie mogą spisać między sobą umowy i odwołać się do sądu, aby jej dopilnował. Państwo nie pilnuje legalności ich transakcji. Muszą więc uciekać się do zła. Oczywiście, żeby była jasność, nie mówię, że narkotyki są bezpiecznymi substancjami. Są bardzo niebezpieczne, uzależniają i mogą spowodować w ludzkim organizmie wielkie spustoszenie. Każdemu, kto przyszedłby do mnie i zapytał, czy brać narkotyki, powiedziałbym: nigdy w życiu tego nie rób. Jednak większość zła wynikającego z narkotyków to efekt tego, że są one nielegalne. Jestem o tym absolutnie przekonany i jestem zwolennikiem pełnej legalizacji i kontroli państwa nad wszelkimi możliwymi narkotykami.
Nie korciło cię, żeby zafundować bohaterowi przemianę? Żeby porzucił złą drogę i stał się dobry?
Jego przemiana nie mogłaby na tym polegać. On co najwyżej mógłby przestać ściągać na siebie cierpienie dzięki temu, że przestałby ślepo wierzyć w jakąś fikcję, którą ma w głowie, i naginać do swoich obsesji swoje życie, konstruować je w oparciu o wyobrażenia, jakie ma na temat ludzi i społeczeństwa. Gdyby zaczął dostrzegać rzeczywistość, to, czym ona jest w swojej bezpośredniej emanacji, wtedy być może ominęłoby go wiele nieszczęść. Jego przemiana w dobrego nie dałaby niczego tej opowieści, bo ona nie jest o tym, że zło jest złe, a dobro dobre.
W „Ślepnąc od świateł” jest wątek celebryty, który będąc pod wpływem narkotyków, zabija pieszego na pasach. Po tym, jak książka trafiła do czytelników, taki śmiertelny wypadek spowodował były mąż znanej polskiej piosenkarki. Masz dar jasnowidzenia?
Ja nie miałem żadnej wizji, bo zaraz wyjdzie na to, że jestem jakimś szamanem. Wyobraziłem sobie prawdopodobny świat i prawdo podobne sytuacje i to prawdopodobieństwo w ten sposób się na mnie zemściło.
Jakiego odbioru serialu spodziewasz się ze strony swoich czytelników? Kupią tę wizję czy będą narzekać na odstępstwa scenariusza od powieści?
Nie mam zielonego pojęcia i staram się o tym nie myśleć. Mam nadzieję, że podejdą do tematu z otwartymi głowami.
Czy możemy spodziewać się przeniesienia na ekran twojej ostatniej powieści „Wzgórze psów”?
Dużo dzieje się w tej kwestii, dużo i na poważnie, ale na oficjalne ogłoszenia jeszcze przyjdzie czas.