Gdyby trzeba było wytłumaczyć przedstawicielom pozaziemskiej cywilizacji, czym jest ten dziwaczny kraj nad Wisłą i jego specyficzni mieszkańcy, wystarczyłoby dać im do posłuchania Jacka Kaczmarskiego, dorzucając kilka jego powieści. Bo żeby o czymś opowiedzieć, najpierw trzeba to zrozumieć, a Kaczmarski rozumiał Polskę jak mało kto. Inna sprawa, że Polska nie zawsze rozumiała jego. Na przykład, gdy po wybuchu stanu wojennego – zamiast widnieć dumnie na indeksie bez możliwości występowania albo siedzieć w „internacie” – został na emigracji we Francji.
Etykieta barda Solidarności była o tyle krzywdząca, że sprowadzała artystę wielowymiarowego do szufladki grajka zaangażowanego politycznie.
Dziennik Gazeta Prawna
Szybciej zdarł głos niż łatkę barda Solidarności, przypiętą mu z powodu nieszczęsnych „Murów” – przez to, że były opacznie odczytywane, nazwał je swoją największą klęską. Etykieta barda „S” była o tyle krzywdząca (choć sympatykiem Solidarności był), że sprowadzała artystę wielowymiarowego do przyciasnej szufladki grajka zaangażowanego politycznie. A to była tylko jedna z wielu twarzy Kaczmarskiego. Artysty osobnego i niepokornego.
Także wobec siebie samego. Nikt tak pięknie nie potrafił się wadzić z Bogiem jak ateista Kaczmarski (chrzest przyjął dopiero na łożu śmierci), u którego tematy biblijne powracały równie często, co malarskie czy historyczne. Choć napisał ponad 1000 utworów, swój los jakby przepowiedział w piosence otwierającej jego debiutancką płytę: „Ja tu na krótko! Kochani – pozwolicie?/Przed wami chcę naprawdę szczerze się wysilić!/To dla was chwila, dla mnie całe życie!/Nim zniknę – niech pokrzyczę krótką chwilę!”. Więc krzyczał głosem Noego ostrzegającego przed potopem, Włodzimierza Wysockiego schodzącego do ósmego kręgu piekieł, Kasandry przestrzegającej przed upadkiem Troi czy spalonych żywcem robotników remontujących statek „MS Konopnicka”.