Artyści chcą komentować rzeczywistość w prawdziwy sposób. Trudno natomiast powiedzieć, dokąd zmierzają, bo Euromajdan zakończył się rozczarowaniem Europą – mówi Ewa Sułek autorka książki o współczesnej sztuce ukraińskiej.
Reklama
"Chłopak z pianinem" / Dziennik Gazeta Prawna
Czy sztuka, jaka powstawała w trakcie wydarzeń na Majdanie, miała realny wpływ na to, co tam się wydarzyło?
Na pewno wpłynęła na samoświadomość Ukraińców i Ukrainek. Kiedy zakończył się Euromajdan, przyszedł czas na podsumowania i rozliczenia z rewolucją. Odpowiedzi na pytania, co się udało, a co nie, są raczej pesymistyczne, ponieważ konkretnych zmian nie było. Zaczęto jednak zadawać sobie pytania, dlaczego tak naprawdę doszło do rewolucji, do wojny i do aneksji Krymu. Poszukiwania odpowiedzi odbywają się zaś poprzez próby zrozumienia swojej historii, kultury, odnalezienie swojego miejsca w świecie.
Młodzi ukraińscy artyści mają poczucie porażki?

Reklama
Mieli bardzo duże poczucie porażki, tak jak wszyscy, którzy wspierali Euromajdan. Należy bowiem podkreślić, że nie wszyscy Ukraińcy go wspierali. Jest duża grupa osób, które czują związki z Rosją i uważają, że rewolucja nie była potrzebna. Większość parła jednak w stronę Europy i tożsamości ukraińskiej. Kiedy zaczęłam zbierać materiały do tej książki późną wiosną i wczesnym latem 2014 r., był to czas aneksji Krymu i początek wojny na wschodzie. Nastroje były wówczas bardzo pesymistyczne. Aneksja półwyspu była ogromnym ciosem. Artyści, którzy po Euromajdanie zrobili chwilową przerwę od tematów zaangażowanych, znów do nich powrócili. Zobaczyli, że to nie koniec, nadal czuli potrzebę komentowania, ale też próby zrozumienia tego, co się dzieje.
Społeczeństwo ukraińskie wciąż jest podzielone?
Bardzo, czego dowodem jest chociażby zniszczenie wystawy prac Dawida Cziczkana, zwolennika Euromajdanu. Tego aktu wandalizmu dokonali inni zwolennicy Euromajdanu.
Co im się nie spodobało?
To, że prace Cziczkana były podsumowaniem rewolucji. Artysta zauważył, że nie poszła ona w tę stronę, w którą miała pójść, ponieważ bardzo intensywnie zaczęły dochodzić do głosu formacje prawicowe i nacjonalistyczne. Pokazuje to w pracy zatytułowanej „Stało się, co się stało, a nie to, co się chciało”. W pewnym momencie Majdan stał się próbą podążania w stronę Ukrainy dla Ukraińców. Nastroje wciąż były antyrosyjskie, antykomunistyczne i proukraińskie, ale stawały się coraz mniej proeuropejskie. Tymczasem u podłoża tej rewolucji było przecież otwarcie się i pójście w stronę Europy. Cziczkan, podobnie jak większość artystów ukraińskich, obiektywnie starał się pokazać to, co poszło nie tak na Majdanie. To nie spodobało się prawicowym bojówkom, które zniszczyły wystawę i zaatakowały ochroniarza. To pokazuje też, jaka jest siła sztuki, że potrafi ona nie tylko łagodzić obyczaje, ale też wywoływać agresję.
Magazyn DGP z 28 września 2018 / Dziennik Gazeta Prawna
Tu nasuwają się skojarzenia z tym, co dzieje się w Polsce. Co chwilę mamy do czynienia z konfliktami o filmy, książki czy spektakle teatralne, bojkotowane przez organizacje nacjonalistyczne.
Chciałam, żeby te analogie były widoczne.
Bohaterami twojej książki są młodzi ludzie, którzy organizowali na Majdanie akcje artystyczne. Czy oni przeczuwali, że ta rewolucja skończy się rozlewem krwi?
Ludzie, z którymi rozmawiałam, na pewno nie wiedzieli, że rewolucja pójdzie w tę stronę. Ich myślenie było wręcz utopijne. Wydawało im się, że pokażą, iż sztuką i kulturą można zwalczać przemoc. Mimo że już wcześniej dochodziło do aktów agresji ze strony Berkutu, oni wciąż mieli nadzieję, że uda się utrzymać pokojowy charakter tej rewolucji. Zależało im na tym, żeby ich akcje, które były fotografowane i trafiały do mediów na całym świecie, pokazywały pokojowy charakter tej rewolucji. Świadomie budowali obraz Majdanu, który chcieli pokazać światu.
Tworzyli sztukę, bo nie chcieli walczyć?
Tak, akcje artystyczne były sposobem walki dla osób, które nie chciały bądź nie potrafiły walczyć fizycznie i brać udziału w aktach przemocy. Dzięki sztuce czuli się potrzebni, mogli się wypowiedzieć i czuć się częścią przemian historycznych.
Jednak w starciu z kulami snajpera sztuka okazała się nieskuteczna.
Niestety tak. O tym mówił chociażby Serhij Żadan, który został ciężko pobity na charkowskim Majdanie. Jego zdaniem kultura poniosła całkowitą klęskę, bo nie była w stanie nic zmienić. Mówił, że można sobie wykonywać te wszystkie performance, można pisać czy tworzyć dzieła sztuki, ale to formalnie nie ma żadnego znaczenia. To wszystko oczywiście prawda, bo realnie sztuka nie wpłynęła na tę rewolucję, ale ja uważam, że nie była bez znaczenia. Była bowiem i jest nadal próbą zrozumienia tego, co się dzieje, wyciągnięcia wniosków, a za tym mogą już pójść konkretne zmiany.
Czy sztuka w czasach konfliktu, przez zaangażowanie w bieżące wydarzenia, nie traci na jakości?
Niestety, czasami traci, co widać na przykładzie ukraińskich murali, których w ostatnim czasie powstały setki. Poszły one w kierunku taniej symboliki, bazują na tanich prostych emocjach. Wiele z nich stało się wręcz przekazem propagandowym, a nie artystycznym. To niebezpieczne zjawisko, bo może kształtować nacjonalistyczne postawy. Zaskakująco jednak powstaje także bardzo dobra sztuka, choć są artyści, którzy ze swoich dzieł tworzonych na gorąco, na fali emocji w trakcie samej rewolucji, nie są zadowoleni, a wręcz się ich wstydzą. Z drugiej strony, taka sztuka jest świadectwem czasów, więc ma swoją wartość. Zdecydowanie jednak lepsze, bardziej przemyślane i dopracowane są prace, które powstały jakiś czas po tych wydarzeniach.
Piszesz o tym, że na Ukrainie odbywa się obecnie agresywna dekomunizacja, niszczenie pomników i wszelkich pozostałości po komunizmie. Nasuwa się jednak pytanie, czy powinniśmy niszczyć sztukę z przeszłości, chcąc się z tą przeszłością rozliczać?
To bardzo dobre pytanie, na które chyba nikt nie potrafi odpowiedzieć. Kiedy na Ukrainie weszła ustawa dekomunizacyjna nakazująca usunięcie pomników i pozostałości po komunistycznym systemie, w ciągu sześciu miesięcy wszystkie pomniki zniknęły. Poza jednym, stojącym w malutkiej miejscowości Kubej, gdzie burmistrz zdecydował się Lenina zostawić. Jako historyczka sztuki jestem za tym, żeby nie niszczyć tych dzieł, bo mają one swoją wartość, nie zawsze artystyczną, ale przede wszystkim historyczną.
Z drugiej strony trudno tolerować w przestrzeni publicznej sztukę, która jest symbolem ucisku.
Na ten problem zwróciła moją uwagę pewna Ukrainka ze Lwowa. Podczas wykładu o sztuce ukraińskiej, kiedy mówiłam o burzeniu pomników, zapytała mnie, czy chciałabym, żeby w Warszawie stały pomniki Lenina. Chyba bym nie chciała. To pozwoliło mi zrozumieć, dlaczego oni tak bardzo chcą je usunąć. Natomiast niezwykle ciekawym wątkiem jest to, w jaki sposób to usuwanie pomników się odbywa.
Nie są po prostu burzone?
Nie zawsze, bardzo często to usuwanie odbywa się w sposób z jednej strony bardzo agresywny, z drugiej bardzo wyrafinowany. Opisałam w książce takie akcje jak odcinanie Lenina po kawałku, najpierw głowa, później palec itd., albo topienie go jak pogańskiego idola, gdzie całe miasto się spotyka, salutuje mu i oficjalnie zatapia. W Odessie zaś było przerabianie Lenina na Dartha Vadera z „Gwiezdnych wojen”. Wokół tego miało miejsce wiele ciekawych, absurdalnych sytuacji, jak chociażby walki o charkowskiego Lenina. Przepychanki pomiędzy zwolennikami pozostawienia pomnika a osobami, które chciały go zniszczyć, trwały kilka miesięcy. Obrońcy nocowali w namiotach dniem i nocą.
Ciekawa jest też kwestia zagospodarowania przestrzeni po zburzonych pomnikach.
Pojawił się problem, co zrobić z tymi pustymi cokołami. Czasem oddaje się tę przestrzeń artystom, wokół niektórych powstają namioty, żeby je przykryć, na jednym postawiono zegar, na innym zaś pomnik świętego.
Jak sami Ukraińcy odbierają dekomunizację?
Różnie. Upraszczając sprawę, zachodnia Ukraina jest za radykalną dekomunizacją, mieszkańcom środkowej Ukrainy jest to obojętne, a ci ze wschodu chcieliby, aby pomniki zostały.
Piszesz też o tym, że na Ukrainie nasilają się nastroje nacjonalistyczne, pojawia się kult bohaterów narodowych, często tak kontrowersyjnych, jak Stepan Bandera.
Dla nich te postaci nie są kontrowersyjne. Faktycznie, obecnie bardzo nasilone jest zjawisko kultu bohaterów narodowych. To doprowadziło do zaognienia stosunków z Polską, bo dla nas Bandera jest zbrodniarzem. W ten sposób jednak Ukraińcy próbują budować swoją pamięć narodową.
Ingerowanie w pamięć narodową, próby jej tworzenia na nowo zazwyczaj nie kończą się dobrze.
Niestety, najczęściej zakusy na przekształcanie pamięci narodowej mają grupy trzymające władze. Dlatego tak ważna jest pamięć jednostek i próby odkrywania pojedynczych historii, a nie tylko trzymania się głównej narracji. I w tym duża rola sztuki i kultury.
Pogorszenie stosunków dyplomatycznych między Polską a Ukrainą wpłynęło na to, jak Ukraińcy odbierają dziś Polaków?
Na linii oficjalnej, związanej z polityką pamięci, relacje się zaogniły, ale nieoficjalne stosunki z Polską są bardzo dobre. Polacy wspierali Majdan, wielu było tam osobiście. Dziś zaś Ukraińcy przyjeżdżają masowo do Polski do pracy i są raczej dobrze odbierani.
Z drugiej strony jednak piszesz, że mentalność na Ukrainie jest wciąż post sowiecka.
To prawda, zawsze jak wracam z Ukrainy, to jestem skrajnie zmęczona. To są te wszystkie drobne rzeczy, łapówki, problemy z taksówkami itd. To się nie zmieniło i wciąż sprawia, że tam się ciężko żyje. A im bardziej na wschód, tym gorzej. Po powrocie z Charkowa dochodziłam do siebie przez dwa tygodnie. Wszystko tam było dla mnie trudne.
Czy reszta kraju odczuwa skutki wojny na wschodzie?
Działania wojenne obejmują niewielki fragment Ukrainy, ale konfliktem zainfekowany jest cały kraj. Sama kiedyś utknęłam w Kijowie przez atak hakerski, który sparaliżował lotniska, bankomaty i stacje benzynowe. Ostatnio byłam zaś w zachodniej Ukrainie, która jest daleko od działań wojennych, ale niemal każda osoba, z którą rozmawiałam, miała w rodzinie kogoś, kto został wezwany do wojska. Wiele osób, z którymi rozmawiałam, straciło kogoś bliskiego w tej wojnie.
Czy Ukraińcy boją się, że front przesunie się w głąb kraju?
W Charkowie jest taki lęk. Tam wszyscy żyją jak na bombie zegarowej. Oficjalne instytucje, jak konsulaty i ambasady, są przygotowane do tego, żeby w kilkanaście minut się stamtąd wydostać. Charków dzieli od Rosji jakieś 30 km. Reszta kraju raczej nie ma takich lęków.
Jakie cele dziś stawia sobie sztuka na Ukrainie?
Sądzę, że sztuka chce po prostu mówić prawdę. Cała epoka sowiecka była związana z zakłamywaniem, przeinaczaniem historii. Dziś artyści chcą komentować rzeczywistość w prawdziwy sposób. Trudno natomiast powiedzieć, dokąd zmierzają, bo Euromajdan zakończył się rozczarowaniem Europą.
Ukraińcy nie chcą już przynależeć do Europy?
Chcą, ale zrewidowali swoje poglądy na ten temat. Oni liczyli na to, że Europa stanie za nimi murem i wesprze ich w konkretny sposób, a jak wiemy, tak się nie stało. Co więcej, niektórzy mieszkańcy krajów europejskich wspierają dziś separatystów na wschodzie. Ukraińcy są więc Europą zawiedzeni i dziś szukają swojego miejsca w świecie.