Szabruje pan?

Nie, szukam depozytów. Szabrował mój dziadek. Był jednym z pierwszym Polaków na Dolnym Śląsku, zarazem jednym z pierwszym szabrowników. Wcześniej był w Birkenau. I oczywiście, nienawidził Niemców właśnie za obóz koncentracyjny.

W pana rodzinnym Walimiu, wsi położonej w woj. dolnośląskim, w okolicach Gór Sowich, mają panu za złe, że pan szuka skarbów, a potem oddaje je pan w ręce właścicieli?

W Walimiu – nie.

A gdzie?

W różnych miejscach Polski. Zwykle to środowiska, które nie lubią Niemców, Żydów, Rosjan, Anglików, Francuzów, wszystkich nie lubią. A ja wiem, że jak się coś znajduje i to nie należy do mnie, to można próbować oddać. Nie zawsze można, nie zawsze jest komu. Mam w domu w Walimiu sterty dokumentów, zdjęć.

Złoto?

To bardziej mój dziadek i wszyscy inni, którzy znaleźli się tam, w Górach Sowich w 1945 r. Przecież wtedy na Dolnym Śląsku były tabuny ludzi, którzy przez wiele miesięcy jeździli ze wsi do wsi i obstukiwali ściany, stropy, piwnice. Wszyscy wiedzieli, że Niemcy chowali. Jestem przedstawicielem już trzeciego pokolenia po wojnie i znajduję tylko te rzeczy, które były bardzo dobrze schowane i nie uległy zniszczeniu. Po wojnie byli naprawdę świetni specjaliści znajdujący skrytki.

Tak jak pana dziadek?

Był jednym z lepszych. On mi pokazał, jak szukać i gdzie szukać. Popatrzę na miejsce i wiem, czy było ruszane, czy nie. Niemcy zostawiali sobie znaki, nie wiedzieli, kiedy wrócą. Bo, że wrócą – tego byli pewni. Pamiętam, jak kiedyś przekopywałem porzeczki u takiej starszej pani…

Szukał pan?

Akurat po prostu jej pomagałem w ogrodzie. Pod szpadlem coś zgrzyta. Patrzę, słoik, a w nim ponad sto tysięcy marek zwiniętych w rulony. Dlaczego Niemiec schował go pod porzeczkami? Bo wiedział, że owoce będą Polakowi smakowały, więc ich nie wytnie w cholerę i słoika z kasą nie znajdzie. I że ten słoik będzie na niego czekał, jak wróci za 10 lat.

Co pan z tymi pieniędzmi zrobił?

Nic. Jeden banknot warty jest 5, 6 zł – co bym z tego miał, gdybym to sprzedał. A tak pokazuję, tłumaczę, opowiadam. Chodzę z tym słoikiem do szkół, prezentuję, dzieci mogą zobaczyć, dotknąć. Ba, wiem do kogo należały te pieniądze. Człowiek był stolarzem, nie należał do NSDAP. Po prostu chciał przeżyć. I przeżył wojnę, a później go wysiedlili. Schował majątek, bo wierzył, że wróci.

Znalazł pan jego potomków?

Nie. Dlatego te stare marki są wciąż u mnie. Prawdopodobnie nie ma potomków. Jednak rodziny wielu innych odnalazłem. Głównie mężczyzn. Kobiety jest zdecydowanie trudniej znaleźć. Jak się nazywała za panny Bitner, a potem zmieniła nazwisko, to kamień w wodę. Mężczyzn znalazłem prawie wszystkich, żywych bądź świętej pamięci. Niektórzy do mnie przyjeżdżali. Mówię: „To jest pana album rodzinny”. On, że niemożliwe. Ja, że proszę otworzyć. Otwiera. „Boże, to ja jestem. To mama, ojciec, brat”. I płacze.

A pan?

Ja też. To jest wzruszenie. Silne emocje. Po takim czymś można rozmawiać. Można pytać o wojnę, o tamten czas. I wiem, że to są szczere opowieści. Często słyszę od Niemców: „Nawet wnuczkom tak szczerze jak panu nigdy nie opowiedziałem”.

Bo to wstyd mówić, że się popierało Hitlera.

Pewnie, że wstyd. Chociaż nie wszyscy się wstydzą. Jeden Niemiec, który jest dziś pastorem, opowiadał, że był zafascynowany Hitlerem.

Ilu Niemców pan znalazł?

Ponad dwudziestu. Nie ze wszystkimi się widziałem. Z niektórymi rozmawiałem przez telefon, potem wysłałem paczkę, oni napisali list. Raz znalazłem listy z frontu wschodniego. Wszystkie od dwóch braci do ojca. Ojciec był zawiadowcą stacji. To był chyba największy w moim życiu zbiór. Wszystko w idealnym stanie. Dużo myślałem o tych chłopakach. Nie dawali mi spokoju. W tym zbiorze było zdjęcie, na którym byli myśliwi z Gór Sowich. I jeden facet rozpoznał na fotografii swojego ojca. Po nitce do kłębka razem znaleźliśmy jednego z autorów listów. Zadzwoniłem do niego. Sądziłem, że będę mówił jak zawsze, że jestem z Walimia, to też jest moja mała ojczyzna, jestem przewodnikiem z Gór Sowich. Nie udało się, blokada. Słyszę, że co ja od niego chcę, skąd mam telefon i że on ma 89 lat, i zaraz zadzwoni na policję. Miałem te listy przed sobą i czytam: „Russland, Maine Liebe Eltern” i potem dalej, i dalej. Po drugiej stronie cisza. Nagle pyta, skąd to mam. Mówię mu, że znalazłem…

A gdzie pan znalazł?

W latrynie dworca kolejowego w Walimiu. Jeden facet miał tam taką komórkę. Do ściany była przymocowana płyta żelazna, która mu przeszkadzała. Wyrwał ją, coś się zaczęło sypać – wyleciały jakieś koperty. Zawołał mnie, bo wiedział, że dla mnie skarby to listy, zdjęcia, dokumenty. Dwa duże worki z tej skrytki się nazbierały.

Spotkał się pan z autorem tych listów?

Nie, ale wiem, jak wyglądał od kołyski, przez dzieciństwo, szkołę, Hitlerjugend aż do czasu, gdy był na froncie wschodnim. Nie wiem, jak wygląda teraz. Wiem, że żyje. Ma prawie sto lat. Umówiliśmy się, że nie będziemy się spotykać.

Bał się.

Już wtedy mnie zapytał, co zamierzam zrobić ze zdjęciami, z listami, czy chcę je wykorzystać przeciwko niemu. Chciałem mu oddać. To są jego rzeczy.

A nie są własnością państwa polskiego?

Nie. W różnych okolicznościach powtarzam, że nie okradam państwa polskiego z dóbr kultury, ze skarbów. Niemiecki album rodzinny, pamiętnik, listy nie mają nic wspólnego z polskimi dobrami kultury. Nawet jak są to rzeczy cenne, to one przecież należały do konkretnego człowieka.

Niemcy jednak przyjeżdżają do pana, prawda?

Coraz rzadziej. Umierają po prostu. Ich dzieci, wnuki, prawnuki z reguły nie są zainteresowane przeszłością. Współczesne pokolenie to nie hitlerowcy, ale normalni ludzie – wychowali się w Europie wolnej od nazizmu, często wstydzą się historii dziadków czy rodziców. Tak jak i u nas chłopaka urodzonego w 1995 r. nie bardzo interesuje, że jego dziadek pochodzi ze Stołpina pod Lwowem. Może nawet tego nie wie, a jeśli już, to mała jest szansa, że pojedzie na Ukrainę sprawdzać, czy dom, w którym mieszkali jego przodkowie, wciąż stoi. No, ale jeszcze jest trochę żyjących niemieckich byłych mieszkańców Walimia.

Ilu?

Stu sześćdziesięciu trzech. Oni się lepiej trzymają niż nasi polscy najstarsi mieszkańcy. W czasie wojny nie głodowali, nikt ich nie więził, nie robił na nich eksperymentów medycznych. A później przez całe lata, aż do teraz, mieli zawsze lepszą opiekę medyczną, często bardziej komfortowe warunki życia. To nie są ludzie, którzy w czasie II wojny światowej byli na froncie pod Stalingradem. Oni byli wówczas dziećmi albo dorastającą młodzieżą. Mieli maksymalnie po 16 lat. Dobrze pamiętają wojnę.

Opowiadają?

Jak się wykona pewien gest, to tak.

Jaki?

Na przykład taki, że pozwoli im się wejść do ich dawnego mieszkania, domu, w którym nie byli od 1945 r. Kiedy pukam do takiego gospodarstwa i mówię, że jest ze mną Niemiec, który w czasie wojny miał 9 albo 10 lat, nie miał nic wspólnego z SS, mieszkał tu i chciałby zobaczyć, jak to miejsce dziś wygląda, to z reguły polscy mieszkańcy otwierają drzwi. Razem z Mateuszem Kudłą robimy o tym film pt. „Powiernik”. To opowieść o człowieku, któremu ludzie powierzają swoje tajemnice, ale i związane z nimi marzenia, a on stara się je spełnić, zamknąć historie wojenne po ponad 70 latach.

Tym powiernikiem jest pan?

Ja. Podróż wiedzie przez cztery kraje: Węgry, Polskę, Austrię oraz Niemcy. Premiera w 2019 r. Razem z Mateuszem zrobiliśmy już „Ludzi z klisz”, gdy odnalazłem powojenne zdjęcia z Walimia autorstwa pana Rozbickiego. Film nagrodzono Złotym Delfinem w Cannes. Jestem z Walimia, więc w pewnym sensie stanowię gwarancję i dla Polaków, którzy tu mieszkają, i dla Niemców, którzy tu przyjeżdżają, że ich historia opowiedziana będzie uczciwie.

A czy zdarzyło się, że Polacy mieszkający w domu, w którym wcześniej żyli Niemcy, nie zgodzili się na wpuszczenie ich do środka?

Raz jedna pani odmówiła. Przeżyła obóz koncentracyjny, Niemcy kojarzą jej się jednoznacznie. Nie dałaby rady, nie wytrzymałaby. Ja to rozumiem. W takich sytuacjach nie naciskam. Wytłumaczyłem wszystko Niemcowi. Był urodzony w 1938 r. Powiedział, że rozumie. Nie jestem pewien, czy rozumiał do końca. To były silne emocje. Potem napisał list, że ogromnie dziękuje za ten gest i że robię więcej w stosunkach polsko-niemieckich niż ich politycy w Bundestagu. Na Dolny Śląsk zjeżdżał cały naród, ze wszystkich stron. Mój dziadek od strony ojca jest Ślązakiem z Górnego Śląska, stąd nazwisko Kazek. Babcia od strony ojca pochodzi z Wołynia, ze wsi Stołpin, położonej ok. 50 km od Lwowa. Dziadek od strony mamy to góral z Tylmanowej koło Ochotnicy Górnej (blisko Szczawienka na Podkarpaciu), a babcia urodziła się w Opocznie na Kielecczyźnie. Taka tam, na Dolnym Śląsku była mieszanka. Do tego więźniowie, których wyzwolono z Groß-Rosen (nazistowski obóz koncentracyjny, zlokalizowany niedaleko dzisiejszej wsi Rogoźnica), którzy zostali, bo nie mieli dokąd iść, i Niemcy, autochtoni, pragnący na tych ziemiach pozostać. To wszystko się ze sobą kotłowało. Niemieckie nazwiska w księgach parafialnych występują od XVIII w. Proszę sobie wyobrazić, że przez rok mój dziadek mieszkał w jednym domu z Niemcem, Reinholdem Paslerem.

W domu Paslera?

No tak. Dziadek opowiadał, że to był fanatyk.

Zwolennik Hitlera?

Oczywiście. Miał żonę Klarę, teścia – Juliusza Kramera i małą córeczkę Heidi. Był ranny w łokieć. Nie krył się specjalnie z miłością do Hitlera. Dziadka osiedlano we wrześniu 1945 r., kilka miesięcy po zakończeniu wojny. Wielu Polaków mieszkało razem z Niemcami. Zdarzało się, że ci wysiedleni ze Wschodu rozumieli tych, którzy zaraz mieli zostać wypędzeni stąd. Jednak dla tych, którzy przyszli, był to skok cywilizacyjny. Wielu nigdy nie widziało toalety. Dywany wyciągali przed domy na ulice. Pierwsza faza wysiedleń Niemców nastąpiła w 1946 r., druga rok później, a trzecia dopiero w 1958 r. Tak długo zostali specjaliści. Komuna, władza ludowa ich zostawiła, żeby uczyli Polaków obsługiwać maszyny. Przecież ten rejon był bardzo mocno uprzemysłowiony, mieliśmy tu koksownie, kopalnie. A przyjechali ludzie, którzy często nie umieli czytać po polsku, a co dopiero obsługiwać skomplikowane maszyny. Ci, którzy wyjeżdżali do Niemiec pod koniec lat 50., dostawali wagon, do którego mogli się spakować, więc zabierali wszystko, nawet nocną lampkę. Natomiast ci, których wysiedlano zaraz po wojnie, mogli zabrać ze sobą tylko 50 kg bagażu, dlatego robili skrytki, depozyty.

A w nich skarby?

Depozyty to skrzynie, skrzyneczki, pudła, pudełka poukrywane przez Niemców w 1945 r. Założenie było takie, że to na pewien czas, jak depozyt w banku. Kiedyś nazywano to szabrem, dziś mówimy o depozytach. O, tu jest na przykład „Mein Kampf” z 1939 r. Wydanie specjalne, jubileuszowe, na urodziny Hitlera.

Skąd pan to ma?

Pochowali.

Kto?

Niemcy. Ja znalazłem.

Gdzie? W piwnicy?

Nie, w piwnicy wilgoć, to by się rozsypało. Strop, pod stropem, pod parapetem – to są skrytki, w których takie skarby się nie rozsypują. „Mein Kampf” Niemcy dostawali przy różnych okazjach. Prezent ślubny, urodziny.

Pan te skarby Niemcom oddaje?

Ludzi trzeba dzielić na charaktery, a nie narodowości. Jest taka biblia Gór Sowich autorstwa Żyda Abrahama Kajzera, „Za drutami śmierci”. To Żyd z łódzkiego getta, tworzył pamiętnik z niesamowitymi przeżyciami, tak strasznymi, że czasami trzeba zamknąć na chwilę książkę, by móc znowu ją otworzyć. Kajzer napisał ją na skrawkach worków od cementu. Budował twierdzę Riese w Górach Sowich – podziemną kwaterę Hitlera. Trafił tam z Auschwitz. Dolny Śląsk był dla Niemców miejscem bardzo bezpiecznym, nazywanym schronem III Rzeszy, ponieważ alianci nie mieli tu zasięgu bombowego. Kajzer pisał na tych kawałkach worków pamiętnik. I chował go w latrynie. A w zasadzie w latrynach, bo był w sumie w sześciu obozach. Te skrawki przybijał gwoździem. Cztery tygodnie przed wejściem Rosjan uciekł z Arbeitslager Dörnhau. Uratowała go… Niemka. Gdyby nie ona, nigdy by nie przeżył, a książka by nie powstała. Pochodziła ze zbombardowanego Hamburga. Ukryła Abrahama w piwnicy i cztery tygodnie przechowywała. Za mało się mówi, że byli też dobrzy Niemcy, przecież pierwszymi ofiarami Hitlera byli właśnie oni, wsadzani do Dachau Oranienburg. Chylę przed nimi czoło jak przed innymi ofiarami tej wojny.

Co do Kajzera…

Przez lata myślano, że jest postacią fikcyjną. Stosunkowo niedawno odnaleziono jego rodzinę. Kajzera znalazł w piwnicy Rosjanin i kazał mu iść wolno. Niemka mu dała rower, a wtedy on przejechał po tych wszystkich obozach, zajrzał do latryn i powyciągał swoje skrawki. W latach 50. w Łodzi spotkał Jana Brzechwę i ten mu powiedział, żeby poszedł do Związku Literatów. Tak w 1956 r. wydano „Za drutami śmierci”. Jego książka jest jak świadectwo zbrodni hitlerowskich.

Nie wszyscy byli tacy jak ta Niemka.

To prawda. Sądzono na przykład, że inny mieszkaniec Walimia – Franciszek Hein, Ślązak, Niemiec – to bohater. Uratował Żydówkę z obozu pracy. Zresztą, do tej pory mówi się o jego bohaterstwie, bo jeszcze nie upubliczniłem mojego odkrycia. Ta kobieta miała na imię Barbara. Właściwie ma, bo żyje – mieszka w Izraelu. Ma 92 lata i dwoje dzieci, których ojcem był Hein.

Pan słucha tych historii, filmuje, powstają w filmy, a co zostaje w głowie? Pytam, jak sobie pan radzi z tym obciążeniem?

Umiem odpoczywać. Choć uważam, że mam obowiązek zamknąć te historie, którymi zacząłem się zajmować. Przyznam, że historia Barbary i Heina tak naprawdę mnie wykończyła. Barbara pracowała w obozie AL Wüstegiersdorf (został zorganizowany w zabudowaniach fabryki Stöhr w Wüstegiersdorf, dzisiejszej Głuszycy) przy granatach ramię w ramię z Polką, koleżanką z jednej ulicy w Warszawie, z którą się znała od lat. I ta Polka powiedziała jej pewnego dnia: „Od teraz będziesz mi oddawała ten chleb, a jak nie, to ja powiem, że jesteś Żydowica”. Oddawała. Wie pani, że po latach Barbara tłumaczyła tę Polkę, usprawiedliwiała ją, mówiła, że głód ludziom odbiera rozum… Któregoś dnia nie wytrzymała i powiedziała, że nie odda chleba. Tamta, że ma oddać. Barbara chwyciła dziewczynę za włosy i z całej siły uderzyła jej głową o ścianę. Prawdopodobnie ją zabiła. Inne więźniarki to zobaczyły, któraś krzyknęła „Das ist Jude”. Przyszedł kapo, zapytał, czy jest Żydówką, potwierdziła. Nie było w Głuszycy Gestapo. Trzeba było jechać do Wałbrzycha, 16 km, albo czekać, aż ktoś stamtąd przyjedzie. Ale się zrobiła noc, więc kapo zamknął ją w biurze kreślarskim. A wtedy – i tu zacytuję panią Barbarę – „pojawił się mój wyzwoliciel. Wsadził mnie na motor i zawiózł do Walimia. I tam mnie przechowywał. To był człowiek, który mi masę krzywdy zrobił. Ja miałam 17 lat, on 44. Pan rozumie, dlaczego on mnie sobie wziął”.

Nie pytał pan o szczegóły?

Nie. Wystarczyły mi te zdania. Ta dwójka dzieci. Słyszę, jak jej się głos zmienia, kiedy o tym opowiada. Mówiła też, że Hein prowadzał ją do swojego kolegi autochtona, który nazywał się Paweł Schymura. Tam byli inni mężczyźni... I co, dalej coś trzeba mówić o bohaterstwie pana Franciszka Heina? Kiedy mówiłem Barbarze, że był szanowanym obywatelem Walimia, powiedziała tylko: „Mało mówił, dużo robił”. To zdanie mnie przeraziło. A przecież wszyscy w Walimiu po wojnie sądzili, że to dobry człowiek. Pracował jako woźny w szkole. Choć w 1947 r. trafił do więzienia za to, że pracował w obozie. Wypuszczono go, bo nikt mu nie udowodnił żadnego znęcania, bestialstwa, a tym bardziej zbrodni. W tym czasie Barbara pojechała do Wałbrzycha, do Rady Żydowskiej, która się tam utworzyła. Poprosiła o pomoc. Hein siedział w więzieniu, a ona nie miała środków do życia. Spytali ją, czyje są te dzieci. Kiedy usłyszeli, że Szwaba, to powiedzieli, że Szwabom nie pomagają, tylko swoim i zaproponowali, żeby dzieci oddała do klasztoru, na wychowanie katolickie, a wtedy sama może jechać, dokąd chce, do Australii, do Nowej Zelandii, do Anglii... Powiedziała, że bez dzieci się nie ruszy, więc odmówiono jej pomocy. Poznała Żyda z Drohobycza i razem z nim do 1957 r. prowadziła sklep wielobranżowy na rynku w Wałbrzychu. Dzisiaj tam jest kebab.

A co z Heinem?

Hein próbował się kontaktować z dziećmi. Z córką nie pozwalała. Syn co jakiś czas się widywał z ojcem. W 1957 r. wyjechała z córką do Izraela, chłopak został z ojcem. Mówił, że nie chce być Żydem. W zasadzie uciekł od matki do ojca, wsiadł w ostatni autobus, który jechał przez Głuszyce do Walimia. Ojciec się wystraszył, bał się. Nachodziło go UB, roznoszono plotkę, że Niemcy zostawili go jako strażnika Gór Sowich i że pilnuje ukrytych skarbów, kosztowności.

Depozytów.

Słyszę, że się pani szybko uczy. Sądzono, że Hein strzeże jakichś tajemnic. Wszyscy gadali, że na Dolnym Śląsku są skarby. Tu nie ma miejscowości, wioski, wioseczki, w której by się nie opowiadało, że wjechała ciężarówka, były jakieś wybuchy i samochód zniknął. Wszędzie można to usłyszeć. Kiedyś liczyliśmy te wszystkie ciężarówki z opowieści i okazało się, że Wehrmacht nie miałby tyle pojazdów. Gdzieś wjechały, ale czy ciężarówki, czy złote pociągi – nie wiadomo. Tak więc Heina podejrzewano, że strzeże jakichś hitlerowskich tajemnic. Przesłuchiwano go, zamykano na kilka dni. Kiedy przyjechał do niego syn, to od razu poszedł z nim na milicję, żeby ci dzwonili na komisariat do Wałbrzycha, ściągnęli Barbarę i żeby potwierdziła, że syn może zostać w Polsce. Kiedy w latach 70. można było na tzw. pochodzenie wyjechać do Republiki Federalnej Niemiec, Hein z synem tak zrobili. W 1983 r. spotkali się Tel Awiwie z Barbarą. Wtedy Dorota (córka Barbary i Heina) dowiedziała się, kto jest jej prawdziwym ojcem, i spotkała brata. Dla syna tato (Hein) jest bardzo ważny. To on go wychował, zajął się nim po wojnie...

Kto mieszkał w pana domu?

Fotograf. Max Otto. Na strychu miał ciemnię. Znalazłem jego aparaty. Wysiedlony został w 1946 r. Nie znalazłem jego potomków. Nie ma też od dawna w Walimiu niemieckiego cmentarza. Nie ma tam już niemieckich grobów. Po wojnie Polacy nie chcieli ze szwabami w ziemi leżeć. Zrównali z ziemią. Potem tylko handlowano marmurami, rzeźbami. Wiem, kto to robił, ale nie powiem, bo w Walimiu byłbym przegrany, ludzie by mi na dzień dobry nie odpowiadali. Wiem dużo rzeczy, które Polaków, którzy się tam osiedlili, nie stawiają tylko w dobrym świetle. Wiem o zgwałconej przez Polaka Niemce, wiem, kto zdejmował nagrobne płyty, zbijał niemieckie litery, grawerował polskie i handlował.

Ci ludzie żyją?

Nie, ale żyją ich dzieci i wnuki. Jeden z funkcjonariuszy ówczesnej Milicji Obywatelskiej dostał piękny pałacyk po Niemcach. Sprzedał go Polakowi, który przyjechał z centralnej Polski. W nocy mu poderżnął gardło, a rano sprzedał kolejnemu. Żyje jego syn. W Walimiu była knajpa Kolorowa. Zarządzał nią spokojny człowiek, nauczyciel z Wielkopolski. Późnym wieczorem przyszedł szabrownik, męt jakiś. Zamówił wódkę, kolejną i kolejną. W końcu już nie miał czym płacić, więc usłyszał, że więcej wódki nie dostanie. Zaczął krzyczeć, że cyrk tu zrobi taki, że cała knajpa mu postawi kolejkę. Wyszedł. Po chwili wrócił z zasuszonym trupem dziewczyny w białej sukni i zaczął z nim tańczyć. Był szabrownikiem grobowców. To był 1945 r. Październik. Potem trupa wyrzucił do rzeki. Wiem, jak się nazywał ten szabrownik. Jakbym pani powiedział nazwisko, to okoliczna ludność by mi nie wybaczyła.

Pana dziadek to widział?

Nie, jeden z sąsiadów. Jeszcze żyje. I wiem też, że wciąż są tacy ludzie, którzy szabrują niemieckie groby. Jeszcze tylko tam można znaleźć kosztowności. Oczywiście wiadomo, gdzie wciąż można znaleźć biżuterię. Ale ja tam nie chodzę, bo to cmentarze.

A są tacy, którzy chodzili?

Chodzili i chodzą. Groby to jest jedyne miejsce, gdzie można znaleźć kosztowności. Zresztą nie tylko Niemcy w ten sposób ukrywali swój majątek. Również Żydzi. Z reguły w słoikach, kankach, skrzyneczkach. Poszukiwacze takich skarbów są wyposażeni w szpice, nakłuwają i szukają. Znałem specjalistę, który wyciągnął z grobu całkiem spory skarb. Kiedy go miał w domu, zaczęły nim targać wyrzuty sumienia, zaczął się bać, mówił, że w nocy nawiedzała go Niemka, która kazała mu to oddać, i poszedł skarb na nowo zakopać.

Jest złoty pociąg?

Nie ma. Szał, lawina wydarzeń, której nikt nie był w stanie zatrzymać. Zrozumiałem, że cały świat o tym usłyszał, kiedy do Wałbrzycha przyjechała trzyosobowa ekipa telewizyjna z Singapuru i prosiła mnie o komentarz.

Wtedy też był pan tak pewny, że nie ma złotego pociągu?

Wtedy mówiłem, że Niemcy nie byli idiotami w prowadzeniu wojny, w logistyce.

Gdzieś jest?

Ten pociąg? Całe złoto, jakie Szwaby zrabowały, ukryto w kopalni Merkers w Turyngii. 250 ton złota. I sztuka. Obrazy. I pieniądze. U nas na Dolnym Śląsku pociągu nie ma.

Myślałam, że zostawi pan nadzieję.

Nie. Za to jest wiele innych skarbów, jak te, o których opowiadałem, i tajemnic, które skrywają ludzie. One są dla mnie największym skarbem. W nich właśnie widać, że historia zachowań ludzkich nie jest i nie może być jednoznaczna. Jeszcze nikomu nie opowiadałem, że rozmawiałem z jednym z pierwszych Polaków, który osiadł w Górach Sowich w 1946 r. Jako robotnik przymusowy trafił do majątku pod Wrocławiem. Mówił do mnie: „Wie pan, krew nie woda, były tam młode Niemki, zachodziliśmy do nich, a one do nas i się wydało... Niemkę wzięli na Gestapo, dostała dwa razy w pysk i wszystko wyśpiewała. Aresztowali mojego kolegę Józefa Radomskiego, a trzem innym udało się uciec, dzięki ojcu tej Niemki. Był porządnym człowiekiem, dał im pieniądze i fałszywe dokumenty i powiedział, żeby spierniczali. Rano Gestapo zwołało wszystkich w okolicy pracujących Polaków i niemieckich gospodarzy. Na środku ogrodu stała wielka czereśnia, na niej zrobili stryczek. Jak wyprowadzili Józka z tego czarnego auta, to on się nawet do mnie uśmiechał. Na ciele mu położyli tabliczkę z napisem: zbrodniarz polski... A tymczasem Franka, Antosia i Janka, którzy uciekali pociągiem, złapało Gestapo we Wrocławiu i po potężnym biciu chłopcy zostali wywiezieni do Auschwitz...”.

MAGAZYN DGP

MAGAZYN DGP

źródło: DGP

Antek i Janek przeżyli, spotkałem się z nimi po wojnie, stąd wiem, co było dalej. W obozie stali na apelu, kiedy nadszedł kapo i wyciągnął Franka z szeregu – nie spodobał mu się. Zaczął go bić, a ten nagle mówi do kapo: „Proszę księdza, to ja Franek, nie pamięta ksiądz, służyłem księdzu do mszy, u nas w kościółku pod Wieluniem”. Rano już Franka nie było, utopili go w beczce, bo rozpoznał oprawcę. Po wojnie ten ksiądz wrócił i odprawiał msze... Opowiadam to pani na koniec, bo liczy się charakter ludzi, a nie narodowość, religia, kraj, z którego pochodzą.

Przyszedł kapo, zapytał, czy jest Żydówką, potwierdziła. Nie było w Głuszycy Gestapo. Trzeba było jechać do Wałbrzycha, 16 km, ale się zrobiła noc, więc kapo ją zamknął. A wtedy – i tu zacytuję panią Barbarę – „pojawił się mój wyzwoliciel. Wsadził mnie na motor i zawiózł do Walimia. I tam mnie przechowywał. To był człowiek, który mi masę krzywdy zrobił. Ja miałam 17 lat, on 44. Pan rozumie, dlaczego on mnie wziął”