Jedną z najdziwniejszych rzeczy, jakie widziałam, są „chain gangs”, korowody więźniów skutych razem łańcuchami u nóg. Większość z tych więźniów jest czarna, strażnicy są zwykle biali. Tak jakby się człowiek cofnął o dwa wieki – mówi autorka reportażu „Laleczki skazańców”
Reklama
Linda Polman holenderska dziennikarka i reporterka. Jej nowa książka „Laleczki skazańców. Życie z karą śmierci” ukazała się nakładem wydawnictwa Czarne w przekładzie Małgorzaty Diederen-Woźniak. „Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu pomocy humanitarnej” Lindy Polman ukazała się w przekładzie Ewy Jusewicz-Kalter (Czarne, 2011) / Dziennik Gazeta Prawna
Tytułowe „laleczki” to kobiety zaangażowane w pomoc skazańcom z wyrokiem śmierci, dożywającym swoich dni w amerykańskich więzieniach. Dla Lindy Polman stanowią one zarazem fenomen godny reporterskiego opisu i swego rodzaju klucz do świata, który zachodniemu Europejczykowi musi wydawać się egzotyczny i przerażający: świata więziennictwa Stanów Zjednoczonych. Polman jako reporterka ma pewną cenną umiejętność: potrafi lapidarnie i ostro portretować zastaną rzeczywistość, nie ferując przy tym jednoznacznych wyroków. Jest wyraźna, kategoryczna, ale nie moralizuje. Raczej odziera ze złudzeń. Tak czyni w „Laleczkach skazańców”, podobnie postępowała w kontrowersyjnej „Karawanie kryzysu” – wstrząsającym reportażu o ukrytym obliczu globalnego systemu pomocy humanitarnej.
W jaki sposób trafiła pani na kobiety prowadzące kampanie w sprawie skazanych na śmierć?
Redaktor holenderskiej edycji magazynu Amnesty International poprosił mnie, żebym zrobiła wywiad z jedną z nich. Robiły dużo zamieszania w Amsterdamie. Mocno naciskały także na tego redaktora w sprawie wywiadu – to skądinąd rozsądna taktyka, bo Amnesty International zajmuje się między innymi kwestią kary śmierci. Redaktor powiedział mi mniej więcej: „Pomóż, proszę, bo one mnie zamęczą”. Poszłam się zatem z nimi spotkać, zrobiłam wywiad i napisałam tekst, że kara śmierci jest niesprawiedliwa i że wielu skazanych zasługuje na powtórzenie procesu. Ale już kiedy rozmawiałam z tymi kobietami, czułam, że jest w tym coś więcej. Wystarczyło się rozejrzeć po mieszkaniu, w którym mnie przyjęto: było tam coś na kształt ołtarzyków poświęconych poszczególnym skazańcom – ich portrety na ścianach, palące się świece… A te kobiety miały elegancko zrobione paznokcie i piękny makijaż. I właściwie od razu wiedziałam, że one są po prostu zakochane w tych facetach z celi śmierci. Po publikacji artykułu starałam się utrzymywać kontakt z tymi kobietami, gadałam z nimi od czasu do czasu, dawałam im do zrozumienia, że mnie ciekawią. W końcu zaprosiły mnie na wspólną wyprawę do Teksasu, podczas której miały zamiar odwiedzić swoich mężczyzn. Dzięki temu, już w Stanach, poznałam kolejne „laleczki”.

Reklama
Jakie są wspólne cechy tych kobiet?
Kiedy zaczynałam się zajmować tym tematem, byłam, powiedzmy, nieco uprzedzona. Myślałam, że to wariatki albo co najmniej patentowane idiotki. Ani jedno, ani drugie nie było prawdą – wiele z tych kobiet nie różniło się znacząco ode mnie samej, miały za sobą solidne kariery zawodowe, były niezależne i silne. Były też inteligentne – nawet jeśli nie zawsze świetnie wykształcone, choć często tak. Jeśli miałabym wskazać jakąś cechę, która je łączyła, byłby to chyba wiek: większość z nich była dobrze po czterdziestce. To mnie nie dziwi, bo kobietom w społeczeństwach Zachodu po przekroczeniu pewnego wieku znacznie trudniej jest rozpocząć nowy związek, przeżyć jakąś ekscytującą przygodę.
A co „laleczki” mogą dostać od swoich skazańców?
Zainteresowanie. Mogą być w centrum uwagi. Rola skazańców w tym układzie sprowadza się do ciągłego koncentrowania się na tych kobietach i na nikim innym. To wszystko, co mają do zrobienia. Czasami piszą do swoich wielbicielek po dwa listy dziennie. I to są nie byle jakie listy – miewają po parędziesiąt stron. W treści wszystko się kręci wokół tych kobiet: co myślały, co czuły, jak wyglądały. Ujmując to inaczej: „laleczki” są najważniejszym, co się tym facetom w życiu przydarzyło. One są ich księżniczkami, królowymi, które rozkwitają w blasku tej nieustannej adoracji.
Ale dlaczego zajmują się mordercami z celi śmierci, nie zaś, na przykład, porzuconymi zwierzętami?
Och, zapewniam pana, że wiele z tych kobiet wcześniej poświęcało się opiece nad bezdomnymi zwierzętami.
Ciekawe, że kobiety, o których pani pisze, rekrutują się głównie z Europy.
Magazyn / GazetaPrawna.pl
W Europie mamy pewien z grubsza ustalony pogląd na karę śmierci: że wymiar sprawiedliwości, który orzeka karę śmierci, opiera się na barbarzyńskim systemie wartości. Z tego względu skazańcy są postrzegani w Europie jako cierpiące, niesprawiedliwie traktowane ofiary systemu. A zatem mogą wzbudzać współczucie. Zupełnie inna sprawa to słabość, jaką kobiety przejawiają względem niegrzecznych chłopców – w więźniach dostrzegają moc, bo przecież, bądźmy szczerzy, odebranie komuś życia ma pierwotny walor nadludzkiej potęgi. Takie byłoby z grubsza wyjaśnienie tego zjawiska na gruncie biologii ewolucyjnej.
Gdzieś tu się łączy sex appeal mordercy z bezradnością więźnia zatrzaśniętego na amen w instytucji totalnej.
Kobiety są zdolne perfekcyjnie łączyć te sprzeczności. Pociągają je mięśnie, fizyczna siła, biologiczna charyzma, a zarazem czują dojmujący głód opieki nad kimś bądź nad czymś – więc pragną tych skazańców uleczyć, podbudować, uczynić ich szczęśliwymi.
Zdaje się, że Amerykanie postrzegają to wszystko jako skrajne dziwactwo?
Jest jeszcze inaczej: ze strony Amerykanów z Południa spotkałam się z solidną dawką wrogości wobec tych kobiet – że nie tylko są sfiksowane, lecz także postępują głęboko niesprawiedliwie. Marnują bowiem swoje siły i pieniądze na morderców, którzy dlatego znaleźli się w celi śmierci, że są złymi ludźmi i zasługują na egzekucję. To jest, jak uważają Amerykanie, a przynajmniej Teksańczycy, zarazem chore i całkowicie nie fair. W tej szeroko przejawianej niechęci przeważa jednak coś na kształt zazdrości. Teksańczycy to generalnie bardzo ubogie społeczeństwo – sumy, jakie „laleczki” są gotowe inwestować w skazańców, mogą się więc im zdawać gorszące. Rodzą się wśród nich pytania: dlaczego ci bezwartościowi mordercy mogą otrzymywać taką pomoc od nawiedzonych bab z Europy, a ja nie mam nic, chociaż ciężko pracuję przez dziesięciolecia?
Niemniej więźniowie – jakkolwiek postrzegani przez amerykańskich bliźnich jako ci, którzy dostali od losu to, co im się słusznie należało – naprawdę cierpią. System jest tak pomyślany, żeby cierpieli; jest tak okrutny i surowy, że istotnie pozwala myśleć o skazańcach jako o ofiarach.
No widzi pan, staje się pan „laleczką” (śmiech). Ale tak, to prawda. Chociaż jest to wyłącznie nasza europejska, no może też po części nowojorska bądź bostońska prawda. Przeciętny Amerykanin nie widzi tego w ten sposób – może mu się wręcz wydawać, że więźniowie cel śmierci wciąż dostają wszystkiego za dużo. Powinni być torturowani każdego nędznego dnia, jaki im został na ziemskim padole. Powinni zostać skrupulatnie zamordowani przez aparat państwa w ramach zemsty za to, co sami uczynili. W Teksasie nie ma miłosierdzia. Nie ma go nie tylko dla morderców, nie ma go w ogóle dla przestępców. To bardzo mściwe społeczeństwo. Bóg Teksańczyków jest bogiem odwetu, sprawiedliwej przemocy, słusznego rewanżu.
A co z Jezusem?
Z jakim Jezusem? Nie ma żadnego Jezusa w Teksasie. Liczy się Stary Testament, a nie Nowy.
Narracja w „Laleczkach skazańców” ma swoją dynamikę. Zaczyna pani od kobiet zafascynowanych skazańcami, przenosi pani uwagę na samych skazańców, wreszcie: próbuje nakreślić szeroki społeczny kontekst świata, w którym rozgrywa się ta historia. Jest to trochę opowieść o błędnym kole przemocy oraz pokoleniowej reprodukcji ubóstwa.
To błędne koło w Teksasie nosi obiegową nazwę „pipeline to prison”, rurociągu do więzienia. Jeśli urodzisz się w określonej dzielnicy danego miasta, dostajesz od losu bilet w jedną stronę. W Teksasie większość męskiej populacji Czarnych i Latynosów ma na koncie jakiś więzienny epizod. A zatem, oczywiście, ten społeczny ciąg technologiczny – przestępstwo, areszt, proces, kara, więzienie – jest bardzo silnie uwarunkowany klasowo. W Teksasie możesz wskazać palcem konkretny kwartał domów i powiedzieć: ktoś stąd wyląduje w celi śmierci. Wśród teksańskich skazanych na karę śmierci dominują Afroamerykanie – ale są to Afroamerykanie nie tyle nawet z jednego miasta, ile z jednej dzielnicy Houston.
Dałoby się wskazać takie miejsca w Holandii?
O ile wiem, nie – nie mamy tego rodzaju gett. Przede wszystkim dlatego, że nie mamy nigdzie aż takiej koncentracji biedy. Teksas zasadniczo nie jest bogaty – ma jedynie kipiące bogactwem enklawy. Zdawałam sobie z tego sprawę, ale i tak nie spodziewałam się tego, co zastałam na miejscu – niebotycznych rozmiarów ubóstwa w kraju uchodzącym za czołowe państwo Zachodu. Znam skrajne ubóstwo z Afryki, ale, do cholery, dlaczego w Teksasie?! Osobliwości tego świata jest dla Europejczyka więcej – nie ma tam na przykład systemu zabezpieczenia społecznego w naszym rozumieniu. Jednego dnia masz robotę, drugiego koczujesz pod mostem. A życie biedaka jest niejednokrotnie droższe niż życie członka klasy średniej – przede wszystkim dlatego, że ciągle spłacasz długi, a spłata długów jest kosztowna. Nie spłacasz ich zresztą wyłącznie bankom, bo długi masz także u miejscowych gangsterów. Ci biorą naprawdę solidne odsetki. A kiedy będziesz próbował uciec, zabiją cię albo zabiją twoje dzieci. Z tych dzielnic nie ma się jak wydostać. Nie masz zresztą karty kredytowej – więc nie wyrobisz prawa jazdy, nie wynajmiesz mieszkania.
Ale to także stara historia o upadku Południa po wojnie secesyjnej i o niechęci, z jaką Południe żegnało się z niewolnictwem.
Te podupadłe południowe stany są jednocześnie najokrutniejsze względem wszelkiej maści przestępców. Wracamy do naszego błędnego koła: ludzie są karani za to, że system nie stwarza im możliwości, by żyli innym życiem niż to, w które ich wtłoczyło społeczeństwo z pietyzmem konserwujące klasowe i rasowe nierówności. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak niektórym ludziom trudno jest w Ameryce po prostu przeżyć – pochodzę z kraju, który podkłada mi pod siedzenie miękki materac: zapewnia opiekę lekarską, edukację, dba o to, żebym nigdy nie znalazła się pod mostem, żeby taka sytuacja po prostu nie mogła zaistnieć. Jeśli życie w takim Teksasie jest do tego stopnia bezlitosne, to dlaczego tamtejsze więzienia miałyby być inne?
Trudno to jakoś połączyć z mitem o amerykańskim marzeniu – z wyobrażeniem Stanów jako kraju nieograniczonych możliwości.
Zestawienie ekstremalnej biedy i wstrząsającej uciążliwości życia z ekstremalnym bogactwem, kultem piękna i imperialną retoryką ma w sobie coś nieprzyzwoitego. Odebrałam Amerykę jako kraj skrajnie perwersyjny.
Teksasowi brakuje empatii?
Zdecydowanie. Każdy dba o czubek własnego nosa. Ale to jest ciekawa historia związana z tym, jak społeczeństwa się rozwijają, jak dojrzewają. Jeśli wszyscy mają cię gdzieś, ty też zaczynasz mieć gdzieś innych. Żyjesz w przekonaniu, że tylko w ten sposób możesz obronić siebie i swoje dzieci. Sąsiedzi nie wchodzą w zakres twojej odpowiedzialności, stanowią raczej zagrożenie. Dom to twoja twierdza. Ty kontra reszta świata.
Być może także dlatego europejskie „laleczki” wydają się w Teksasie tak głęboko niepojęte.
Niektórzy z więźniów nazywają te kobiety „aniołami”. Może tu chodzi o sposób, w jaki one się pojawiają – nadchodzą jakby znikąd, zadbane, bogate, zdrowe, wymyte, wymalowane i gotowe nieść dary do cel śmierci. Małe zbawicielki. Pełne empatii, altruizmu, a także miłości własnej, która jest, nawiasem mówiąc, niezbędna, by miłować innych. Teksańczycy patrzą na to i myślą, że to chodzi o tę słynną europejską naiwność, tę durnowatą pobłażliwość właściwą sytym i rozpuszczonym. Właściwie to „laleczki” mogłyby przylatywać do Teksasu z innej planety. Kosmiczna armia aniołów. Obcy z Planety Miłosierdzia!
Opisuje pani tę sieć rozmaitych teksańskich instytucji więziennych nie tyle jako część systemu wymierzania sprawiedliwości, ile jako gałąź gospodarki.
Trzeba pamiętać, że w Stanach bardzo niewielki odsetek aresztów i więzień jest bezpośrednio zarządzany czy to przez rząd federalny, czy to przez administrację stanową. Z reguły są to zakłady prowadzone przez prywatne firmy w ramach kontraktowania usług publicznych. Te firmy nie są przedsiębiorstwami non profit, są nastawione na zysk. Oczywiście to pasuje do wspomnianej już wizji społeczeństwa pozbawionego miłosierdzia, gdzie więźniowie nie są już członkami społeczeństwa, ale pozbawionymi praw niewolnikami. Powszechnie używa się ich jako darmowej siły roboczej, bo muszą zarobić na swoje utrzymanie. Jedną z najdziwniejszych rzeczy, jakie widziałam w Teksasie, są „chain gangs”, korowody więźniów skutych razem łańcuchami u nóg. Większość z tych więźniów jest czarna, strażnicy są zwykle biali – a zatem biali faceci na koniach zmuszają skutych łańcuchami Afroamerykanów do maszerowania na pola i ciężkiej, darmowej pracy na roli; często chodzi o zbieranie bawełny. Więźniowie są po prostu własnością rządu. To tak, jakby się człowiek cofnął o dwa wieki.
Jako dziennikarka wydaje się pani bardzo zainteresowana charakterystyką czegoś, co moglibyśmy nazwać „ekonomią altruizmu”. W 2011 r. wyszła po polsku pani książka „Karawana kryzysu”, która traktuje o patologiach programów pomocy humanitarnej.
Wydało mi się fascynujące to, w jaki sposób altruistyczna pomoc humanitarna stała się przemysłem. Bo oczywiście mamy bardzo starą tradycję judeochrześcijańską – swego rodzaju zobowiązanie do jałmużny, do pomagania ubogim, jeśli w miarę dobrze ci się wiedzie w życiu. Tymczasem, chociaż nadal jesteśmy skłonni wierzyć, że chodzi o judeochrześcijański altruizm, współczesny system pomocy działa już w całkiem inny sposób i ma inne cele. Wystarczy sobie uzmysłowić, że znacząca większość ogromnych pieniędzy, jakie krążą w tym biznesie, pochodzi od rządów, a nie bezpośrednio od nas, darczyńców. Rządy są naturalnie zainteresowane, by pieniądze działały politycznie, zgodnie z wyznaczonymi celami: militarnymi, dyplomatycznymi, gospodarczymi. Raczej trudno powiedzieć, by komukolwiek zależało tu na pomocy biednym – ta pomoc może być co najwyżej użytecznym narzędziem.
Czyli bierzemy banknot o nominale 10 euro, puszczamy go niczym papierową łódeczkę na wody pomocy humanitarnej i patrzymy, co się wydarzy?
Kiedy się zacznie obserwować trasy przemierzane przez pieniądze pomocowe, robi się naprawdę ciekawie – dokąd który rząd wysyła kasę, którędy ją wysyła, przez jaką organizację to przepuszcza i dlaczego to robi. A jednocześnie można też przyglądać się całej tej fasadzie, temu teatrowi, w dużej mierze medialnemu, mającemu nas przekonać, byśmy nadal wierzyli w bezinteresowność owych przedsięwzięć. Gdy pomagamy – a przecież pomagamy, jako jednostki wpłacające pieniądze, spontanicznie i z dobrej woli – lubimy mieć pewność, że nasza pomoc trafia do tych, których uważamy w danym momencie za najważniejszych dla nas. Telewizja nam ich pokazuje. Pytanie, czego i kogo telewizja nie pokazuje. W rezultacie jedna grupa otrzymuje pomoc, inna – o której istnieniu nie mamy pojęcia – cierpi albo ginie. To dość obrzydliwie, że nasza pomoc staje się w istocie paliwem napędzającym lokalne wojny; tak było choćby w Etiopii w latach 80. albo w Rwandzie w latach 90. zeszłego wieku.
„Karawana kryzysu” nie była chłodną analizą, ale wściekłym oskarżeniem. Jak reagowano na tę książkę, zwłaszcza w środowiskach pomocowych?
Środowiska związane z pomocą humanitarną też były wściekłe. Mówiono, że potraktowałam ich nie fair, że zmyślam. Niestety, musieli przyznać, że każdy kategoryczny sąd w książce jest poparty prawdziwymi danymi. Mieli więc do wyboru albo rzecz zignorować, albo przyswoić. I, co ciekawe, przyswoili ją. Zaczęli o niej mówić jako o ważnym głosie w dyskusji, a także przeprowadzili wiele ważnych reform proceduralnych. Z tego względu „Karawana kryzysu” jest już – na szczęście – po części książką historyczną. Ciekawa była z kolei, pamiętam, reakcja zwykłych czytelników – zdawali się nie być zaskoczeni, jakby już wcześniej czuli pismo nosem, że coś jest mocno nie w porządku, że coś zalatywało w sprawie etiopskiej, że kwestia Rwandy też była podejrzana, ale dopiero „Karawana...” zebrała w jednym miejscu wszystkie te przeczucia i wyposażyła je w stosowny kontekst.
Nie oskarżano pani o to, że zabija pani w ludziach chęć niesienia pomocy?
Oczywiście. Ale nie zabiłam. Tego się nie da zabić, bo ludzie mają w sobie wielką potrzebę pomagania.
Wszyscy jesteśmy „laleczkami”?
Ha! W pewnym sensie tak! Po pierwsze dlatego, że czujemy moralny imperatyw pomocy słabszym, a po drugie z tej przyczyny, że lubimy dobrze myśleć o sobie samych. Jedyny realny wpływ, jaki miała moja książka na spontaniczny wolontariat, przynajmniej w Holandii, był taki, że niektórzy ludzie odwrócili się od wielkich organizacji, od molochów przemysłu pomocowego, na rzecz mniejszych i – jak uważali – bardziej niezależnych. Przemysł oczywiście pozostał, tylko pieniądze zaczęły krążyć po nieco innych ścieżkach. Pozostał, bo zaspokaja nasze instynkty. I korzysta z naszego lenistwa. Widzisz w telewizji albo w internecie cierpiące, głodne, zapłakane, afrykańskie dziecko, a organizacje pomocowe walą do ciebie drzwiami i oknami, mówiąc: jeśli dasz nam swoje 10 euro, sprawimy, że to cierpienie ustanie. To konkretne cierpienie. Pozwalamy się zmanipulować banalnie prostą techniką wpływu. Dajemy 10 euro i mamy sprawę z głowy. I to się nie zmienia – ludzie mogą nie ufać wielkim organizacjom, ale zawsze znajdą jakieś mniejsze, które chętnie się zaopiekują tymi 10 euro. I zabiorą z twojego telewizora to głodujące dziecko.
Czy istnieje „ofiara doskonała”?
Można się pokusić o taką typologię. Powinno to być wspomniane już dziecko, najlepiej z odległego kontynentu – preferowana jest Afryka, zgodnie z rasistowskim stereotypem, że Afrykanie z niczym sobie sami nie radzą. Jego cierpienie powinno mieć jakieś łatwe, jednoznaczne wyjaśnienie w rodzaju suszy, klęski głodu, wojny z klarownie rozpisanymi rolami dobrych i złych, winnych i niewinnych.
A jeśli ofiary zaczynają do nas same przychodzić? Mówię o realnym kryzysie związanym z uchodźcami.
Wtedy zaczynają się problemy. Bo to ikoniczne, głodne, afrykańskie dziecko trzyma się od nas z daleka. Ono nie przyjdzie, ono cierpi gdzie indziej. A Syryjczycy przybywają. I nagle przestają być w naszych oczach odległym humanitarnym alibi. A życie powinno być przecież poznawczo proste, skoro jesteśmy temu cierpieniu w stanie poświęcić w przybliżeniu 30 sekund naszej uwagi. Mamy na głowie nasze własne skomplikowane problemy: małżonków, dzieci, pracę, kredyty, wakacje, codzienną krzątaninę. Jesteśmy zajęci. Ja tego nie osądzam. Mogę to zrozumieć. Ale to właśnie dlatego wolimy, aby te kwestie moralne, które nas bezpośrednio nie dotykają, były proste i miały proste rozwiązania. I dlatego można nam zaoferować odrobinę świętości i dobrego samopoczucia w wersji instant.
Dziennik Gazeta Prawna