Jadło się tu między innymi: ślimaki morskie skropione białym burgundem, deskę szynki pata negra, talerz pokrojonej w plasterki suchej kiełbasy z Owernii, żaby z czosnkiem, foie gras i ślimaki, wykwintne pierożki z zapomnianych warzyw, cebulę z czarną truflą i przegrzebki, kasztany w bulionie z buraków i szparagów, selerowe tagliatelle z pianką ze słodkiej cebuli i wiórkami trufli, zupę z krabów i galaretkę z krabów i kawioru, kurczaka z Bresse i antrykot wołowy, ostrygi z Quiberon i fryzowaną sałatę z bekonem i jajkiem, zapiekany ser kozi i sałatkę z homara.
Piło się z kolei: butelkę château-terrey-gros-cailloux 1994, nawet jeśli to kiepski rocznik, givry błyskawicznie nalane do kieliszków, kieliszek puligny-montrachet, saint-aubin premier cru o śmiesznej nazwie: Murgers des Dents de Chien oraz wiele innych trunków.
W pierwszym odruchu ma się ochotę wyrzucić tę książkę przez okno.
I kiedy już siłujesz się z okienną klamką, przychodzi druga myśl: przecież autorowi o to właśnie chodzi – żeby cię zirytować, sprowokować, wytrącić z równowagi.
Ostatecznie autorem „Rozmów dziecięcia wieku” jest Frédéric Beigbeder – narcyz, pozer i cynik. Beigbeder, uniwersalny człowiek od kultury (pisarz, redaktor, wydawca, gwiazda telewizji, celebryta, przyjaciel artystów i grubych ryb), wzbudza we Francji skrajne emocje, ale nie sposób odmówić mu poczucia humoru, także na własny temat. Beigbeder uczynił zresztą ze swoją karierą coś unikatowego: przez konformizm, mimikrę i błazeństwo wywalczył sobie prawo do niezależności.
Nawet tytuł tej książki jest uroczo autoironiczny – „Spowiedź dziecięcia wieku” Alfreda de Musseta była romantyczną powieścią o nieszczęśliwej miłości, melancholii, pustce i zniechęceniu. Beigbeder brylujący w roli zachwyconego sobą dziecięcia wieku przełomu stuleci czuje się z kolei jak pączek w maśle. I wydaje lekką ręką z redakcyjnych funduszy setki euro na kolacje z kolegami po piórze w knajpach z trzema gwiazdkami Michelina.
Niezależność Beigbedera polega na tym po prostu, że wolno mu więcej. Swoboda „Rozmów...”, nawet jeśli w dużej mierze wykreowana, jest rozbrajająca (zwłaszcza gdy zestawić je ze sztywnym, hołdowniczym akademizmem typowych wywiadów literackich). A przecież rozmawia się tu z tuzami kultury francuskiej (m.in. z Jeanem d'Ormessonem, Philippe'em Sollersem, Albertem Cosserym, Bernardem-Henrim Lévym, Alainem Finkielkrautem, Michelem Houellebecqiem) i międzynarodowej (np. z Umberto Eco, Antoniem Tabucchim, Bretem Eastonem Ellisem, Chuckiem Palahniukiem, Tomem Wolfem, Jayem McInerneyem). Beigbeder zresztą równie niezobowiązująco konwersuje także z nieboszczykami (np. z Charlesem Bukowskim bądź z Francisem Scottem Fitzgeraldem – nazywa się to tutaj po prostu „wywiadem pośmiertnym” ) i z samym sobą („Autowywiad”).
okładka magazyn 4.05 / Dziennik Gazeta Prawna
Beigbeder uwodzi swoich rozmówców, wydurnia się, przerywa, plotkuje, zagaduje kelnerów, puszy się, chwali, odpływa w idiotyczne dygresje – jeśli uczyli was, że zasadniczo należy być uprzejmym, a sztuka wywiadu polega na tym, że pytający powinien być przezroczysty, raczej nie czytajcie „Rozmów...”. Ale można też podejść do tego inaczej: załóżmy, że taka konwencja to socjotechniczny chwyt. Jeśli się mocno potrząśnie sytuacją, w której pisarz udziela audiencji z wyżyn swojego prestiżu, z dużym prawdopodobieństwem uzyska się niespodziewane efekty. Beigbeder takie właśnie efekty uzyskuje, choćby w rewelacyjnym dialogu z Finkielkrautem, przedziwnej rozmowie z Cosserym (któremu usunięto struny głosowe), wreszcie w dwóch kameralnych, przyjacielskich konwersacjach z Houellebecqiem. „Zawsze odczuwałem ogromną sympatię dla tego delikatnego, zmęczonego pisarza, który mówi (powoli) same istotne rzeczy. (...) Od dawna zaakceptowałem jego wyższość” – pisze Beigbeder, a my zaczynamy rozumieć, że czarująca bezczelność tego bon vivanta wcale nie musi się przekładać na agresję i skłonność do dominacji. Wręcz przeciwnie: on uważnie słucha, chociaż z założenia nie za darmo i nie z pustym żołądkiem.