Rodzimy się, żyjemy, umieramy. To jest nasza podróż w czasie, zawsze w jedną stronę. Między pustką a pustką, ale też między przeszłością, w której nas nie było, i przyszłością, w której nas nie będzie. Trzeba sobie jakoś radzić z tym stanem rzeczy.



Kiedyś było łatwiej. To, co minione, przechodziło od razu do sfery mitu, więc, choć niezapisane, nie znikało; wszyscy umarli pozostawali w zasadzie – jako duchy przodków – na wyciągnięcie ręki, a śmierć była jedynie zmianą stanu skupienia. Czas zresztą biegł nie po linii, lecz po okręgu, więc przyszłość nie mogła być niczym innym niźli bezpiecznym powtórzeniem. Owszem, istniały wróżby i proroctwa, ale nie miały one nic do powiedzenia na temat temporalnej natury rzeczywistości, interesowały się tylko prywatnym losem jednostek.

Wielkie religie trochę to przemeblowały, przeciwstawiając wieczność (albo buddyjską śunjatę, czyli pustość) doczesności. W szczególności religie monoteistyczne częściowo zastąpiły czas cykliczny czasem wyczekiwania, nie była to jednak, by ująć rzecz zwięźle, perspektywa z tego świata: Bóg mógł wkroczyć w każdej chwili, unieważniając czas.

Reklama

Tak czy owak naszych przodków znacznie bardziej interesowała niedosiężna geografia. Nawet utopie (i dystopie), które współcześnie kojarzą się ściśle z wizjami przyszłości, mają inne pochodzenie. „Czasami zapomina się, że pierwotna »Utopia« Thomasa More’a wcale nie była umieszczona w przyszłości. Utopia była jedynie leżącą daleko wyspą” – pisze James Gleick w wydanym niedawno u nas eseju „Podróże w czasie”. – „W 1516 roku nikt nie przejmował się przyszłością. Była nie do odróżnienia od teraźniejszości. Marynarze odkrywali jednak dalekie miejsca i dziwnych ludzi, więc odległe krainy doskonale służyły lubującym się w spekulacjach autorom do fantazjowania. Lemuel Gulliwer nie podróżuje w czasie (...). William Shakespeare, którego wyobraźnia była bez granic i który swobodnie udawał się na magiczne wyspy oraz do zaczarowanych lasów, nie wyobrażał sobie – nie był w stanie sobie wyobrazić – innych czasów. Jego przeszłości i teraźniejszości są takie same”.

Reklama

Innymi słowy – czas, jaki znamy, z jego wyraźną strukturą i ukierunkowaniem, z klarownymi ciągami przyczyn i skutków, z towarzyszącą mu ideą postępu historycznego, z punktualnością, Greenwich i rozkładami kolejowymi, trzeba było dopiero wymyślić. Uczynił to Izaak Newton na spółkę z filozofami. „Zanim zaczęliśmy mieć zegarki, doświadczaliśmy czasu jako czegoś płynnego, ruchomego niczym rtęć i nieciągłego. Przed Newtonem nie zakładano, że czas to uniwersalny, godny zaufania, absolutny twór. (...) Kosmiczny zegar tyka w sposób niewidoczny i nieubłagany, wszędzie tak samo. Czas absolutny to czas Boga. Tak brzmiało credo Newtona. Nie miał na to dowodu, a zegary, jakimi dysponował, to w porównaniu do naszych – szmelc” – zauważa Gleick. – „Poza przekonaniem natury religijnej Newtona motywowała konieczność matematyczna: potrzebował absolutnego czasu tak samo jak absolutnej przestrzeni, aby zdefiniować jego warunki i wyrazić jego prawa”.

Potem zaś pojawił się Albert Einstein i wszystko zepsuł swoją teorią względności. A po Einsteinie przyszli fizycy kwantowi, którzy koncepcję czasu skomplikowali jeszcze bardziej, zastępując przyczynowość prawdopodobieństwem, oraz astrofizycy całkiem serio rozważający teorie równoległych wszechświatów.

Co to ma właściwie wspólnego z nami – z naszym życiem? Coś ma; dostarcza idei i wyznacza granice wyobraźni.

Czas wynaleziony

„Obecnie podróżujemy przez czas łatwo i wygodnie, zarówno w snach, jak i w sztuce. Podróże w czasie wydają się prastarą tradycją, zakorzenioną w dawnych mitologiach, starych jak bogowie i smoki. Z tym że tak nie jest” – pisze Gleick, a opowiadając o George’u Herbercie Wellsie i jego „Wehikule czasu” (1895), pionierskiej powieści o podróżach w czasie, dodaje: „Gdy Wells imaginował sobie w swoim pokoju, oświetlanym światłem srebrnych lamp, wehikuł czasu, wymyślił także nowy sposób myślenia. (...) Jakże dziwne wydaje się uświadomienie sobie, że koncepcja podróży w czasie ma ledwie sto lat. Pojęcie to pojawiło się po raz pierwszy w języku angielskim w 1914 roku – jako derywacja wsteczna od Wellsowskiego »Podróżnika w Czasie« [Time Traveller, bezimienny bohater wzmiankowanej powieści Wellsa – red.]. Jakimś sposobem ludzkości udało się przez tysiąclecia nie zadać pytania: A gdybym mógł podróżować w przyszłość? Jak świat by wyglądał? A gdybym mógł podróżować w przeszłość – czy mógłbym zmienić historię? Pytania te po prostu się nie pojawiały”.

Ale kiedy już je postawiono, okazało się, że pomysł podróży w czasie jest jak kran, który raz odkręcony nie daje się w żaden sposób zakręcić ani zatkać: woda wylewa się z wanny, przecieka do sąsiadów, spływa klatką schodową. Kataklizm.

Gleick jest autorem jednej z najlepszych książek popularnonaukowych, jakie zdarzyło mi się czytać – „Informacji” (2011, wyd. pol. Znak, przeł. Grzegorz Siwek), opasłego tomiszcza zawierającego pasjonujące, bogate sprawozdanie z dziejów informatyki. Amerykański dziennikarz i popularyzator umie przekładać złożone zagadnienia nauki na język zrozumiały dla (w miarę) wykształconego laika, ma też wystarczającą erudycję, by zbudować stabilny most łączący świat laboratoriów i wzorów matematycznych ze światem kultury, i tej wysokiej, i tej popularnej. Temat podróży w czasie wydaje się wręcz stworzony dla Gleicka. I owszem, ów dał sobie radę, nie znajdziecie bardziej wyczerpującej pracy o tym, jak przepływają idee od akademickiej nauki do kultury, ale też w drugą stronę: wiele teoretycznych rozważań współczesnej fizyki miało swój początek w intuicjach fantastyki naukowej.

Jeśli czegoś mi w „Podróżach w czasie” brakowało, to chyba wyraźnego podkreślenia, że czas – oraz nagle uświadomiona możliwość podważenia jego kierunku i spoistości – to są bardzo osobiste sprawy. Popkultura oczywiście korzysta z podróżowania w czasie w celu naprawiania świata (i nie mówimy tu tylko o prewencyjnym zabijaniu Adolfa Hitlera), ale jakoś tak się składa, że finalnie i tak często chodzi o rzeczy najprostsze: lęk przed przemijaniem i śmiercią, poczucie straty, nadzieję, że da się wbrew zdrowemu rozsądkowi zniwelować nieodwracalne skutki własnych bądź cudzych złych wyborów.

60 000 ton pęcaku

Z technokratycznej idei korygowania historii świata za pomocą ingerencji w przeszłość zakpił sobie Stanisław Lem w „Dziennikach gwiazdowych”, i to dwukrotnie: w „Podróży osiemnastej” Ijon Tichy wraz z profesorem Solonem Razgłazem wystrzeliwują z Chronoarmaty w przeszłość specjalnie zakodowany pozytron, który ma za zadanie wylecieć poza Początek Wszechświata i raz jeszcze wywołać Wielki Wybuch. „Cząstka odpowiednio przerobiona, przekrojona, przefasonowana tak, ażeby powstał z niej Kosmos wielostronnie porządniejszy, znacznie bardziej solidny niż ten, co aktualnie istnieje (...), żeby Kosmos rozwijał się harmonijnie, a nie jak dotąd, żeby nim tak nie rzucały wybuchy Supernowych, żeby się energia kwasarów i pulsarów tak bezmyślnie nie marnowała, żeby gwiazdy nie strzelały i nie filowały jak ogarki, co mają knoty zawilgłe”. Osobne miejsce w swoim projekcie Tichy zarezerwował dla człowieka i jego ewolucji, pracował nad estetyką, płciowością, moralnością: „Moralnie w porządku są tylko rośliny zielone, ponieważ żyją na własny rachunek ze słonecznego konta. Obmyśliłem tedy chlorofilizację wszystkiego, co żywe, a w szczególności ustaliłem – człowieka ulistnionego. Ponieważ tym samym opustoszyłem brzuch, przeniosłem tam odpowiednio powiększony układ nerwowy”. Coś jednak poszło nie tak. Laborant Alojzy Kupa z dwoma kolegami („byli to Niemiec Ast A. Roth oraz pół-Anglik, pół-Holender Boels E. Bubb”) wprowadzili własne poprawki do przedsięwzięcia. Pozytron doleciał i wybuchł, ale wszystko zostało po staremu – Kosmos powtórzył się co do joty, z błędami, bo samozwańcy, nielegalnie majstrując, dokonali repety Stworzenia. Nici z ulistnionego człowieka.

W „Podróży dwudziestej” Lem powołuje do istnienia program TEOHIPHIP (Telechronicznej Optymalizacji Historii Powszechnej Hyperputerem) z 2661 r. – Tichy dostaje od samego siebie z przyszłości propozycję dyrektorskiej posady w tym programie, ulegając ciekawości, prestiżowi oraz miłości własnej wsiada na chronocykl i, dotarłszy na miejsce w czasie, bierze się do roboty. „Dzieje powszechne wyreguluje się, oczyści, naprawi, wyrówna i udoskonali, zgodnie z zasadami humanitaryzmu, racjonalizmu i ogólnej estetyczności” – reklamuje posadę przyszły Tichy obecnemu Tichemu. – „Rozumiesz chyba, że mając taką masarnię i jatkę w rodowodzie, wstyd pchać się pomiędzy wysokie kosmiczne cywilizacje!”. TEOHIPHIP okazuje się naturalnie pasmem katastrof oraz samowolek i aktów niekompetencji ze strony personelu: w grę wchodzi demolowanie sąsiednich planet, wywoływanie zbędnych zlodowaceń, wygubienie dinozaurów, rozłupanie Pangei czy wynalezienie monoteizmu. „Już mniejsza o to, że A. Donnai polecił wykonać zrzut 60 000 ton pęcaku podczas jakiejś pustynnej wędrówki Żydów; »dyskretna pomoc«, jaką miał im świadczyć, sprowadzała się do tylu ingerencji (otwierał i zamykał Morze Czerwone, na wrogów Judy wysyłał zdalnie sterowaną szarańczę), że podopiecznym się od tego w głowach przewróciło; uznali się za naród wybrany”.

Tak czy owak, znów wyszło na to, że nawet mając – czysto teoretycznie – narzędzia, by przeszłość zmieniać, w istocie zmienić jej nie można.

Polowanie na Hitlera

Na straży temporalnego porządku stoją paradoksy związane z ewentualnym podróżowaniem w czasie. Pierwszym i najbardziej znanym jest, rzecz jasna, paradoks dziadka: nie możesz cofnąć się w przeszłość i zabić własnego dziadka, ponieważ w konsekwencji nie przyszliby na świat ani twoi rodzice, ani tym bardziej ty sam, a jeśliby cię nie było, nie mógłbyś się cofnąć w przeszłość. Stoi za tym idea sprzężonego zwrotnie, samonaprawiającego się czterowymiarowego uniwersum przyczyn i skutków – nawet jeśli jakimś cudem udałoby ci się walnąć w przeszłości dziadka młotkiem w łeb, ten młotek musiałby się obsunąć (w dzieciństwie pytałeś dziadka, skąd ma tę bliznę nad uchem, odpowiadał, że był ranny na wojnie, ale teraz już wiesz, że kłamał).

Szczególną wersją paradoksu dziadka jest paradoks Hitlera: jeśli udałbyś się w przeszłość i zgładził Adolfa w kołysce – albo wykastrował jego ojca – historia świata potoczyłaby się inaczej i nie miałbyś najmniejszej potrzeby cofać się w czasie, by zgładzić Adolfa w kołysce albo wykastrować jego ojca.

W istocie wszyscy (a jest ich legion), którzy w swoich książkach i filmach przełamali ten paradoks, i tak opowiadali o swojej – naszej – bezsilności wobec entropii.

Był dziadek, może być pętla: w filmie „Terminator” robot bojowy przysłany z przyszłości przez Skynet, okrutną dyktaturę maszyn, ma zabić matkę Johna Connora, lidera ludzkiego ruchu oporu, nim Connor się urodzi. Connor oczywiście się rodzi, granego przez Arnolda Schwarzeneggera robota T-800 trafia szlag, ale pozostałe po nim części zostają użyte przez naukowców do zaprojektowania maszyn, które dadzą początek Skynetowi. Zamknięty w tej pętli T-800 nie ma swojego miejsca w czasie, jedynie krąży w nieskończoność między ponurą dystopią przyszłości a latami 80. XX w. Gdzie jest sprawcza przyczyna jego istnienia? Czy może istnieć skutek bez przyczyny? Skutek poprzedzający przyczynę? Nie.

Pokrewny paradoksowi pętli jest paradoks predestynacji – ot, choćby historia Edypa. „W jakiś sposób paradoks predestynacyjny wyprzedza podróże w czasie o kilka tysiącleci. Lajos w nadziei, że uda mu się zapobiec realizacji przepowiedni, iż zostanie zamordowany [przez syna], każe porzucić Edypa w górach, by umarł, niestety plan nie wypala. Idea samospełniającej się przepowiedni jest stara jak świat” – pisze Gleick, przywołując także osobliwe opowiadanie Roberta Heinleina „Wszyscy wy zmartwychwstali...”: „W opowiadaniu jest transgenderowy element fabuły, nieco zbyt wybiegający przed swoje czasy, ale konieczny do osiągnięcia ekwiwalentu poczwórnego axla na użytek podróży w czasie: bohater jest swoją/swoim matką, ojcem, synem i córką. Tytuł jest także puentą: »Wiem, skąd jestem, ale skąd jesteście, wszyscy wy zmartwychwstali?«”. Dodajmy, że na motywach tego opowiadania bracia Michael i Peter Spierig nakręcili w 2014 r. film „Predestynacja” z Ethanem Hawke’em i (brawurową) Sarah Snook w rolach głównych.

W latach 80. zeszłego stulecia rosyjski fizyk Igor Nowikow sformułował zasadę samospójności, by wyeliminować na gruncie nauki spekulacje na temat podróży w czasie i związanych z nimi paradoksów. Zasada ta mówi, że jeśli istnieje jakieś zdarzenie, które prowadziłoby do powstania paradoksu lub do jakiejkolwiek zmiany w przeszłości, to prawdopodobieństwo tego zdarzenia jest równe zeru. Faktyczne stworzenie paradoksu czasowego jest więc niemożliwe.

Żartobliwie odniósł się do tego na łamach „Physical Review” zmarły niedawno Stephen Hawking (cytuję za Gleickiem): „Wygląda na to, że istnieje Agencja Ochrony Chronologii, która zapobiega występowaniu zamkniętych krzywych czasopodobnych i w ten sposób czyni Wszechświat bezpiecznym dla historyków”. „Hawking należy do tych fizyków, którzy wiedzą, że podróże w czasie są niemożliwe” – pisze Gleick. „Wie jednak także, iż rozmawianie o nich jest zabawne. Podkreśla, że wszyscy podróżujemy w czasie, sekunda po sekundzie. Opisuje czarne dziury jako wehikuły czasu, przypominając nam, że grawitacja lokalnie zwalnia bieg czasu. I często opowiada o przyjęciu, które zorganizował dla podróżników w czasie — zaproszenia zostały rozesłane po fakcie: »Długo siedziałem, ale nikt się nie zjawił«”.

Rozwidlające się ścieżki

Fantastyka podjęła oczywiście próbę obejścia problemu Agencji Ochrony Chronologii – odwołując się wielokrotnie do koncepcji alternatywnych linii czasu: jeśli udasz się w przeszłość i zabijesz swojego dziadka, czynem tym dasz początek nowemu wszechświatowi. Jorge Luis Borges, twórca odnoszący się z fascynacją i szacunkiem do wszelkich temporalnych zakłóceń, fałdek, matryc i paradoksów, włożył w usta jednego z bohaterów opowiadania „Ogród o rozwidlających się ścieżkach” (1941) następujące słowa: „W odróżnieniu od Newtona i Schopenhauera pański przodek nie wierzył w czas jednolity, absolutny. Wierzył w nieskończone serie czasów, w rosnącą i zawrotną sieć czasów zbieżnych, rozbieżnych i równoległych. Ta przędza czasów, które zbliżają się, rozwidlają, przecinają i które przez wieki o sobie nie wiedzą, obejmuje wszystkie możliwości. Nie istniejemy w większości czasów; w niektórych istnieje pan, a ja nie; w innych ja, a pan nie; w innych istniejemy obaj” (przeł. Andrzej Sobol-Jurczykowski).

Kolejnym sposobem na obejście wspomnianych paradoksów jest pełna rezygnacji zgoda na determinizm. Rezygnacja może mieć w sobie coś wyzwalającego – tak jak to się przydarzyło Kurtowi Vonnegutowi w wypadku „Rzeźni numer pięć”; jest to jedna z oryginalniejszych w literaturze prób przepracowania wojennej traumy. Billy Pilgrim, główny bohater „Rzeźni...”, tak jak sam Vonnegut, przeżył jako młodziutki żołnierz armii amerykańskiej krwawą kontrofensywę niemiecką w Ardenach, potem zaś dostał się do niewoli i cudem ocalał z... zagłady Drezna pod alianckimi bombami zapalającymi. Pewnego dnia „wypadł z czasu”. „Zasnął jako podstarzały wdowiec, a obudził się w dniu swego ślubu. Wszedł w drzwi w roku 1955, a wyszedł innymi drzwiami w roku 1941. Wrócił przez te same drzwi, aby znaleźć się w roku 1963. Powiada, że wielokrotnie widział swoje narodziny i śmierć i że przenosi się w zupełnie przypadkowej kolejności do różnych momentów dzielących te dwa wydarzenia. Tak mówi. Billy nie panuje nad czasem, nie ma żadnego wpływu na to, dokąd się przenosi, i te odwiedziny nie zawsze są zabawne. Mówi, że dręczy go nieustannie trema, gdyż nigdy nie wie, jaki fragment swojego życia będzie musiał za chwilę odegrać” (przeł. Lech Jęczmyk). Odegrać – ale zawsze tak samo, bez zmian.

Kłopoty z czasem zaczęły się w życiu Billy’ego, gdy porwali go kosmici, Tralfamadorczycy („mają dwie stopy wzrostu, są zieloni i kształtem przypominają gumowe przyssawki używane przez hydraulików do przetykania zlewu”). Mieszkańcy dalekiej planety Tralfamadorii „mają przyjazne usposobienie, widzą w czterech wymiarach i litują się nad Ziemianami, że ci widzą tylko w trzech”. „Najważniejszą rzeczą, jakiej nauczyłem się na Tralfamadorii, było to, że śmierć jest tylko złudzeniem” – opowiadał Billy. – „Człowiek żyje nadal w przeszłości, tak więc głupotą jest płakać na pogrzebie. Wszystkie chwile, przeszłe, obecne i przyszłe, zawsze istniały i zawsze będą istnieć. Tralfamadorczycy mogą oglądać te różne chwil tak, jak my możemy oglądać na przykład Góry Skaliste. Widzą, że poszczególne momenty są niezmienne, i mogą wybierać te spośród nich, które ich w danej chwili interesują. To tylko my na Ziemi mamy złudzenie, że chwile następują jedna za drugą, jak korale na sznurku, i że chwila raz przeżyta jest stracona na zawsze. Tralfamadorczyk widząc trupa myśli sobie po prostu, że zmarły jest aktualnie w złej formie, ale jednocześnie wie, że ta sama osoba czuje się znakomicie w wielu innych momentach”.

W pewnym sensie podobną anegdotą posługuje się Douglas Adams w „Restauracji na końcu Wszechświata”: w tej powieści, drugim tomie trylogii w pięciu częściach o galaktycznych autostopowiczach, tytułowa restauracja wyróżnia się widokiem na koniec Kosmosu nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie. Znad talerza można tam oglądać ostatnie chwile wszechrzeczy.

Umysł jako wehikuł czasu

Ludziom trudno się jednak rozstać z wolną wolą. Popkulturowi bohaterowie postawieni w sytuacji nieszczęsnego Billy’ego nie poddają się biernie Górom Skalistym czasu, ale podejmują walkę, by wykorzystać deterministyczną repetycję dla własnych korzyści i tym samym wyrwać się z niej. To podstawa scenariusza wielu filmów, choćby „Na skraju jutra” Douga Limana (2014) czy „Kodu nieśmiertelności” Duncana Jonesa (2011), a przede wszystkim słynnego „Dnia Świstaka” Harolda Ramisa (1993).

Należy zrozumieć pasję i zaangażowanie tych bohaterów. Fikcyjne podróże w czasie to historie ku pokrzepieniu serc.

Dziennik Gazeta Prawna

Niektórzy uważają, że literatura jest w zasadzie wehikułem czasu, nie tylko ze względu na temporalne własności samej narracji – po prostu moment pisania nigdy nie jest tożsamy z momentem czytania, więc każdy akt lektury okazuje się podróżą w przeszłość.

Ale to sięga głębiej: coś na kształt chronocyklu mamy zainstalowane w naszych własnych umysłach – jest to pamięć epizodyczna, odkryta w latach w latach 70. XX w. przez psychologa i neurologa Endela Tulvinga. Na pamięć epizodyczną składa się katalog wielowymiarowych autobiograficznych wspomnień sytuacyjnych – subiektywnych, powiązanych ściśle z poczuciem jaźni oraz ze świadomością autonoetyczną (taką, która umożliwia nam mentalne umieszczenie się w sytuacjach z przeszłości, przyszłości oraz w sytuacjach możliwych, acz niezaistniałych – kontrfaktycznych).

Nietrudno spostrzec, że bez pamięci epizodycznej nie byłaby możliwa żadna sztuka narracyjna. W tym ta traktująca o podróżowaniu w czasie.

Czym jednak jest jaźń? To już temat na inną opowieść.