statystyki

Czikeny w towarzystwie pierzynki - dlaczego nazwa ma większe znaczenie niż sama potrawa

autor: Marta Kawczyńska31.03.2018, 11:30
restauracja 1

Moda na weganizm, wegetarianizm, jedzenie bez glutenu czy laktozy ma swoje odzwierciedlenie w tytułach podawanych dzisiaj receptur kulinarnychźródło: ShutterStock

Nic tak nie wyraża polskich przemian społecznych, kulturowych i panujących mód jak język kulinariów. Jednak Polacy, którzy coraz częściej jadają poza domem i coraz mniejszą mają ochotę, by bawić się w detektywów i zastanawiać, co też przyniesie im kelner.

Moja sąsiadka pani Halinka na przełomie lat 80. i 90. XX w. wstawała bladym świtem i ruszała na giełdę samochodową w podwarszawskim Słomczynie. Tam w jednym z lokali przez kilkanaście lat serwowała wygłodniałym sprzedawcom i klientom pyszności. – Miałam klasykę: bigos, flaki, kurczaka z rożna. Były też zagraniczne hity, które już się na naszym rynku zadomowiły, m.in. hot dogi, hamburgery, cheeseburgery i chipsy – wylicza. Pamięta, że niektórzy klienci mieli problem z wymówieniem nazw niektórych dań. – Był pan, który zawsze prosił o keczuk, nie o ketchup. Inny poczytywał sobie za punkt honoru, żeby mnie czegoś nauczyć i za każdym razem tłumaczył mi, że po polsku hot dog to „gorący pies” – opowiada. Dziś pani Halinka jest – jak mówi o sobie – szczęśliwą emerytką. Gastronomicznego bakcyla połknął jej syn Krzysztof, który prowadzi w centrum Warszawy jedną z licznych burgerowni. Jego klienci mogą uraczyć podniebienia „kaszana burgerem”, a jeśli nie jedzą mięsa, skusić się na „wegana”. Do „fryt” proszą o „keczupik”, a na ich specjalne życzenie mięso w burgerze może być „well done”, czyli po naszemu dobrze wysmażone. – Głód jest w Polakach ten sam, tylko moda na nazwy dań się zmienia – śmieje się pani Halinka.

Jej słowa potwierdzają to, co odkrył amerykański psycholog Brian Wansink, nazywany Sherlockiem Holmesem zachowań żywieniowych. W książce „Beztroskie jedzenie” stwierdza, że oprawa dania – w tym jego nazwa – ma nawet większe znaczenie niż sama potrawa. Aby to udowodnić, razem ze swoim zespołem przeprowadził badanie w jednej z restauracji. Okazało się, że dania takie jak „tradycyjna cajuńska czerwona” czy „satynowy budyń czekoladowy” sprzedawały się o 27 proc. lepiej niż te o klasycznych nazwach, czyli po prostu czerwona fasola z ryżem i budyń czekoladowy.

Polska droga do kulinarnego marketingu z prawdziwego zdarzenia była trudna i trzeba było ją pokonać dość szybko. O ile w okresie transformacji goście nie byli specjalnie wybredni, to z biegiem czasu coraz więcej podróżowali i byle czym nie dawało się ich zadowolić. Wiele osób wiedziało już, jak powinna smakować pizza z prawdziwego zdarzenia lub solidny befsztyk. Polska gastronomia w przyspieszonym tempie uczyła się, jak żyć w nowej rzeczywistości. Było to o tyle łatwe, że produkty, które dotychczas pozostawały w sferze marzeń, nagle można było tak zwyczajnie kupić.

Od PRL do pięciu smaków

Jak wyjaśnia dr Magdalena Tomaszewska-Bolałek, badaczka kultury żywieniowej, autorka książek o kuchni i kierownikczka Food Studies na Uniwersytecie SWPS, przez wiele wieków podstawowym językiem kulinariów był francuski. – Ważny był również włoski. Ale zarówno XX w., jak i XXI w. to dominacja angielskiego. To najczęściej używany język na świecie, w tym także oficjalny język hashtagów w social mediach – mówi.

Zgadza się, że w Polsce ogromny napływ zagranicznych terminów nastąpił właśnie po 1989 r. – Kiedy w sklepach i restauracjach pojawiło się wiele nieznanych produktów i dań – mówi. Jak za dotknięciem magicznej różdżki, z menu restauracji małych i dużych oraz barów takich jak ten pani Halinki znikać zaczęły kurczaki z rożna, kiełbasa z wody czy flaki po warszawsku. Ich miejsce zajęły hamburgery, cheeseburgery, pizze, zupy pho i sajgonki.

– Współcześnie polskie kulinaria czerpią z wielu źródeł. Restauracje chętnie posługują się francuskimi nazwami potraw i technik ich przyrządzania. Brzmi to bardziej profesjonalnie i elegancko. Angielskie nazwy dobrze przyjmują się ze względu na to, że są zrozumiałe dla osób mówiących różnymi językami. Polskojęzyczne słownictwo wskazuje natomiast na rodzimy charakter jedzenia. Sposób komunikacji zależy w dużym stopniu od odbiorców i celu, jaki chcemy osiągnąć – wyjaśnia dr Tomaszewska-Bolałek.

Zdaniem dr Aleksandry Drzał-Sierockiej, współkierowniczki Food Studies na Uniwersytecie SWPS, która zajmuje się m.in. jedzeniowym tabu i filmom poświęconym tej tematyce, rok 1989 jako przełom w nazewnictwie i polskiej gastronomii trzeba traktować bardzo symbolicznie. – Przemiany dotyczące gastronomii, a co za tym idzie również jej języka, trwały już kilka dobrych lat. Pierwsze hot dogi czy hamburgery mieliśmy jeszcze zanim runęła żelazna kurtyna. Po 1989 r. zachłysnęliśmy się tym, co z Zachodu, a nasze swojskie dania wyrzuciliśmy do kosza. Historia lubi się powtarzać i teraz znowu są one w modzie, tak samo jak gramofony i płyty winylowe – tłumaczy. Jej zdaniem „wykwintny” i „fikuśny” język kulinariów na dobre zaczął się rozkręcać tuż przed pierwszą połową lat 90. – Polacy „przeżyli” otwarcie pierwszego McDonalda, rozsmakowali się w jedzeniu włoskim i azjatyckim. Poczciwy makaron stał się pastą i podawano go we wszelkich możliwych konfiguracjach. Czyli swojskie kluski stały się daniem światowym – wyjaśnia.


Pozostało 76% tekstu

Prenumerata wydania cyfrowego

Dziennika Gazety Prawnej
9,80 zł
cena za dwa dostępy
na pierwszy miesiąc,
kolejny miesiąc tylko 79 zł
Oferta autoodnawialna
KUPUJĘ

Pojedyncze wydanie cyfrowe

Dziennika Gazety Prawnej
4,92 zł
Płać:
KUPUJĘ

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Galerie