Kiedy KGB sięgało po trucizny, zawsze istniała ku temu głębsza przyczyna. Czasy się zmieniły, lecz w Rosji rzadko porzuca się sprawdzone tradycje
Magazyn 23.03.2018 / GazetaPrawna.pl
Powiedziałbym mu (płk. Skripalowi – red.), że jest mi bardzo przykro, że uczestniczyłem w rozwoju tej broni – oświadczył Wił Mirzajanow, człowiek, który był świadkiem narodzin nowiczoka, w rozmowie z amerykańskim portalem The Daily Beast. Dla byłego oficera sowieckiego wywiadu wojskowego GRU Siergieja Skripala żal wyrażony przez kolegę z tajnych służb ZSRR nie ma większego znaczenia. Podobnie dla jego córki, otrutej wraz z ojcem substancją, której istnienie jeszcze dwa tygodnie temu kłopotało jedynie wyspecjalizowane służby zajmujące się bronią chemiczną.
Dziś nowiczok jest już gwiazdą mediów, choć nadal nic bliższego o nim nie wiadomo. Wedle dość ogólnych stwierdzeń należy do grupy sowieckich broni chemicznych czwartej generacji i wywołuje u ofiary paraliż połączony z drgawkami, prowadzący do śmierci. Pracę nad nim rozpoczęto w latach 70., zaś jej ostateczne rezultaty do dziś są nieznane opinii publicznej. Głównym źródłem wiedzy pozostaje bowiem Mirzajanow. Wprawdzie pracował on w Państwowym Instytucie Badawczym Chemii Organicznej i Technologii (w skrócie GosNIIOKhT) oraz jest z wykształcenia chemikiem, lecz pełnił tam funkcję szefa komórki kontrwywiadowczej. Zabezpieczał więc tajne laboratoria przed infiltracją ze strony obcych wywiadów oraz monitorował, czy podczas prób niebezpieczne substancje nie wydostają się na zewnątrz. Natomiast nie zajmował się udoskonalaniem broni chemicznej.
Reklama
Na początku lat 90. Mirzajanow dołączył do grupy dysydentów, chcących ostrzec świat przed środkami masowego rażenia tak toksycznymi, iż zdolnymi przenikać przez specjalistyczne kombinezony i standardowe maski przeciwgazowe. Dla zabicia człowieka wystarczy ponoć zetknięcie z niecałymi 30 mikrogramami nowiczoka. Opublikowanie o tym tekstu na łamach „Moskowskich Nowosti” sprawiło, że Mirzajanow wraz ze współautorem Lwem Fedorowem w październiku 1992 r. został aresztowany. Żaden proces się jednak nie odbył, a co więcej, chemik otrzymał zgodę na wyjazd do Stanów Zjednoczonych. Dziś wiedzie spokojne życie naukowca na stanowej uczelni Rutgers University w New Jersey. Swoją wiedzą podzielił się ze światem w 2008 r., wydając autobiografię pt. „State Secrets: An Insider’s Chronicle of the Russian Chemical”. Ujawnił w niej, iż laboratoria podległe GosNIIOKhT opracowały kilka rodzajów nowiczoków, różniących się właściwościami i stopniem toksyczności. Ich produkcja na potrzeby wojska ruszyła pod koniec lat 80. „W tym czasie byliśmy przekonani, że rozwijamy nowe bronie i testujemy je dla ochrony kraju i jego obrony” – wyjaśniał Wił Mirzajanow, nie ukrywając zdziwienia. „Żaden z naukowców nie przypuszczał, że substancja zostanie użyta w celach terrorystycznych. To było przedsięwzięcie militarne. To była broń masowej zagłady” – uzupełniał. Podobne zdziwienie z trudem ukrywają zachodnie służby specjalne. Do próby likwidacji drugorzędnego, emerytowanego szpiega, jakim był płk Skripal, sięgnięto po coś, co zasługuje na miano chemicznej bomby atomowej.
Czekan to przeżytek

Reklama
W ciągu pierwszych dekad działalności sowieckich służb specjalnych trudno było mówić o ich finezji. Osoby uznane za niewygodne dla Kremla likwidowano za granicami ZSRR w stylu sycylijskiej mafii. Przywódcę ukraińskich nacjonalistów płk. Jewhena Konowalca w maju 1938 r. zabił w rotterdamskiej kawiarni wybuch bomby ukrytej w bombonierce z czekoladkami. Podarował mu ją agent GRU Norbet Waluch. Lew Trocki skończył z czekanem wbitym w głowę przez pracującego dla NKWD hiszpańskiego komunistę Ramóna Mercadera. Mniej znani wrogowie Stalina, którzy zdążyli zbiec na Zachód, zwykle ginęli od kul, co prezentowało się mniej efektownie od czekanu, lecz było równie skuteczne.
Po II wojnie światowej sowieckie służby specjalne zawiesiły na całą dekadę akcje likwidacyjne poza granicami ZSRR. Stalin nie miał poczucia, by mieszkający w państwach demokratycznych za żelazną kurtyną emigranci mogli mu w czymkolwiek zagrozić. Natomiast gdyby spotkała ich równie efektowna śmieć co Trockiego, wówczas propagandowa teza, iż Związek Radziecki jest „krajem miłującym pokój”, stałaby się mocno wątpliwa dla zachodnich wyborców. W czasach, gdy partie komunistyczne cieszyły się sporym poparciem i miały szanse w pokojowy sposób przejąć władzę m.in. we Francji i Włoszech, skrytobójstwo po prostu się nie opłacało.
Sytuacja uległa diametralnej zmianie po tym, jak pierwszym sekretarzem KC KPZR został Nikita Chruszczow. Choć udało mu się wyeliminować samego Ławrientija Berię, a następnie pozbyć najbliższych współpracowników Stalina z Biura Politycznego, nigdy nie umocnił swej władzy na tyle, by czuć się jej całkowicie pewnym. Tymczasem po reformie służb specjalnych na czele nowo utworzonego Komitetu Bezpieczeństwa Państwowego (KGB) stanął gen. Iwan Sierow, specjalista od perfidnych operacji wymierzonych w narody podporządkowane komunistycznemu imperium. Dość powiedzieć, że tytuł Bohatera Związku Radzieckiego i stopień generała-pułkownika otrzymał za przygotowanie porwania 16 przywódców polskiego państwa podziemnego w marcu 1945 r. Dziesięć lat później na Sierowa spadł obowiązek zabezpieczenia Nikity Chruszczowa przed dywersyjną działalnością emigrantów. Polityczna aktywność Rosjan i Ukraińców, którzy znaleźli azyl w krajach demokratycznych, mocno niepokoiła Kreml. Poczucie zagrożenia narastało i pierwszy sekretarz wolał zaryzykować międzynarodowy skandal niż zignorować problem. Choć przystępując do akcji, tajne służby zamierzały unikać rozgłosu. Utworzony w ramach KGB Wydział 13. zintensyfikował prace na dyskretnymi metodami zabijania. Doświadczenia kilku tysięcy lat wskazywały, iż niezastąpione w tym względzie są trucizny. Badaniami nad nimi zajmowało się, utworzone jeszcze na polecenie Lenina w 1921 r., Laboratorium Instytutu Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych, oznaczane kryptonimem: Laboratorium nr 12. Spośród ogromnej liczby toksycznych substancji naukowcy z Laboratorium nr 12 preferowali początkowo cyjanek potasu. Posiada on te zalety, iż daje się łatwo przechowywać jako skrystalizowany proszek, znakomicie rozpuszcza w wodzie, a zabija w każdej postaci. Zarówno dosypany do jedzenia, jak i w formie lotnej, gdy tworzy trujący gaz – cyjanowodór.
Czynnik ludzki
Pierwszy sposób, jaki opracowali technicy z Wydziału 13. na zaaplikowanie cyjanku ofierze, imponował pomysłowością. Przygotowali bowiem papierośnicę z ukrytym w środku mechanizmem zdolnym wystrzelić cztery malutkie pociski zawierające truciznę. To jednak nie pozwalało na całkowite zatarcie śladów. Inna sprawa, że wytypowany do jej użycia kpt. Nikołaj Chochołow zawiódł swych przełożonych z KGB. Nie tylko nie zabił w lutym 1954 r. mieszkającego we Frankfurcie nad Menem lidera rosyjskiego Narodowego Związku Pracy Gieorgija Okołowicza, lecz ostrzegł go o zamiarach Kremla. Następnie zaproponował swe usługi CIA. Papierośnicę strzelającą pociskami z cyjankiem zaprezentowano dziennikarzom, czym wzbudzono sporą sensację, a przy okazji zainspirowano wielu autorów piszących powieści szpiegowskie.
Po tej wpadce Kreml nie zrezygnował z dalszych prób likwidowania niewygodnych dysydentów, lecz postanowiono zadbać o większą dyskrecję. Nowe urządzenie zaprojektowane przez zbrojmistrzów KGB zdolne było z niewielkiej odległości zaaplikować ofierze śmiertelną dawkę trucizny, bez pozostawiania fizycznego śladu. Francuski „Le Monde” opisywał je potem czytelnikom jako „bezszelestny pistolet zasilany bateryjką elektryczną o napięciu półtora volta i strzelający ampułkami, w których znajduje się trucizna sporządzona z mieszaniny, w której głównym komponentem jest cyjankali potasu”. Wytypowany na likwidatora Ukrainiec Bohdan Staszynski wypróbował miotacz trucizny w październiku 1957 r. na psach w ośrodku KGB pod Karlshorst, niedaleko Berlina. Po rozpryśnięciu się kapsułki i zetknięciu z cyjanowodorem zwierzęta konały po kilkudziesięciu sekundach. Niewiele dłużej umierał 12 października 1957 r. na klatce schodowej w monachijskiej kamienicy ukraiński działacz niepodległościowy Lew Rebet. Trucizna przedostała się do układu oddechowego, sparaliżowała płuca i jednocześnie zatrzymała akcję serca. Po oględzinach zwłok lekarz sądowy orzekł zawał. Podobnie rzecz się miała z przywódcą OUN Stepanem Banderą, którego Staszynski zlikwidował 15 października 1959 r. na klatce schodowej kamienicy przy Kreitmeisterstrasse w Monachium. Oba zamachy miały wręcz identyczny przebieg. Niczego nie podejrzewające ofiary wracały wieczorem do swych mieszkań. Niemieccy lekarze także w przypadku Bandery zdiagnozowali zawał. Dopiero powtórna sekcja zwłok, której zażądali żona oraz działacze OUN, prowadzona przez ukraińskiego lekarza wykazała, że przyczyną zgonu mogło być otrucie cyjanowodorem. Staszynski popełnił drobny błąd i wystrzelił dwie ampułki, przez co zachowały się ślady trucizny. Zachodnioniemiecka policja wszczęła wówczas śledztwo, szybko zakończone z powodu niewykrycia sprawców.
Popełniona zbrodnia miała szansę okazać się doskonałą, gdyby nie czynnik ludzki. Odznaczony przez Chruszczowa Orderem Czerwonego Sztandaru Bohdan Staszynski zbiegł wraz ze swoją żoną Ingą Pohl 12 sierpnia 1961 r. do Berlina Zachodniego. Jego publiczne przyznanie się do zamordowania dwóch ukraińskich przywódców odnotowały media na całym świecie. Jeszcze większe zainteresowanie wzbudził miotacz trucizny. Mający coraz słabszą pozycję w Biurze Politycznym Chruszczow nie wybaczył KGB kompromitacji. Do dymisji musiał podać się kierujący KGB od 1958 r. Aleksander Szelepin. Jednocześnie zdegradowano lub usunięto ze służby 17 wysokiej rangi oficerów. Tymczasem Staszynski, po krótkim pobycie w zachodnioniemieckim więzieniu wraz z żoną wyjechał do USA. Tam zadbano, by małżonkowie niemal dosłownie rozpłynęli się w powietrzu.
Przyjacielska pomoc
Utraciwszy zaufanie do możliwości KGB, Chruszczow zabronił mordowania mieszkających na Zachodzie dysydentów. Kiedy w 1964 r. został odsunięty od władzy, również jego następca Leonid Breżniew trwał przy tym postanowieniu. Zabijanie nawet najbardziej niewygodnych osób nie kalkulowało się Kremlowi. W razie wyjścia na jaw zbrodni straty wizerunkowe dla ZSRR stawały się trudne do przeszacowania. Perfidne mordy podważały wiarę w deklarowaną przez Breżniewa politykę odprężenia i pokojowej koegzystencji.
Zaniechanie likwidowania dysydentów na terenie Europy Zachodniej nie oznaczało zakończenia prac w Laboratorium nr 12 nad śmiercionośnymi substancjami. Podporządkowano je nowo powstałemu Zarządowi Operacyjno-Technicznemu (OTU) i zaczęto szukać jeszcze lepszych trucizn. Rozczarowanie cyjankiem przyniosło fascynację możliwościami rycyny. Właściwości niezwykłej substancji, uzyskiwanej z nasion rącznika, pierwszy przebadał i opisał w swojej pracy doktorskiej już w 1888 r. Hermann Stillmark. Uczony z Uniwersytetu w Dorpacie (dziś estońskie miasto Tartu) zauważył, że trucizna po dostaniu się do organizmu zatrzymuje proces produkcji białka i błyskawicznie osłabia działanie błon komórkowych. W efekcie przestają one chronić komórki, co przynosi ich szybką dezintegrację. Stulecie później sowieckich naukowców najbardziej zachwyciło to, iż tak zdewastować organizm dorosłego człowieka potrafi zaledwie sto mikrogramów rycyny. Tyle samo waży średnio jedno ziarenko soli. Najniebezpieczniejszą ze znanych substancji organicznych należało jedynie wstrzyknąć do ciała pechowca.
Okazja, aby wypróbować skuteczność ulubionej trucizny kierownictwa Laboratorium nr 12, nadarzyła w 1978 r. za sprawą nadwrażliwości bułgarskiego przywódcy Todora Żiwkowa. Wyjątkowo źle znosił on krytykowanie jego reżimu przez dysydentów, którzy otrzymali azyl na Zachodzie. Na jego polecenie służba bezpieczeństwa Drżawna Sigurnost (DS) urządzała polowania na kolejne osoby, usiłując je porwać do ojczyzny lub dyskretnie zgładzić. Znajdujący się pod stałą presją przełożonego bułgarski minister spraw wewnętrznych gen. Dimitar Stojanow zwrócił się w końcu z prośbą o wsparcie do szefa KGB Jurija Andropowa, który początkowo nie miał ochoty pakować się w ryzykowną awanturę, lecz w końcu uległ argumentom swego zastępcy, nadzorującego wywiad zagraniczny Władimira Kriuczkowa. Ten przekonywał, iż: „odmowa byłaby trudnym do przyjęcia zlekceważenie Żiwkowa” – zapisali Christopher Andrew i Wasilij Mitrochin w „Archiwum Mitrochina”. Przy czym Andropow zalecił podwładnym: „Nie planujcie żadnego bezpośredniego udziału z naszej strony. Dajcie Bułgarom, czego potrzebują, pokażcie, jak tego używać i wyślijcie kogoś do Sofii, żeby wyszkolił im ludzi. Ale na tym koniec”. Wysłannik KGB Siergiej Gołubiew przekazał kolegom z DS kilka zakupionych w Waszyngtonie parasoli. Sowieccy technicy zainstalowali w nich malutkie samopały wraz z tłumikiem. Strzelały one kuleczkami śrutu ze stopu platyny i irydu o średnicy 1,52 mm. W każdej wydrążono otworek, a następnie wlano 0,2 mg rycyny i zatkano woskiem. Taka dawka powinna szybko zabić każdego człowieka. A jednak pracujący dla Radia Wolna Europa Władimir Kostow ocalał. Śrut z rycyną wbił się w plecy bułgarskiego dysydenta, gdy 26 sierpnia 1978 r. wraz żoną stał on na peronie paryskiego metra. Po powrocie do domu Bułgar poczuł się fatalnie, a wysoka gorączka ścięła go z nóg. Kilka dni później objawy ustąpiły. Kostowowi przeszkadzało jedynie uporczywe swędzenie w okolicach łopatki. W międzyczasie 7 września 1978 r., pracujący dla BBC i RWE dysydent Georgi Markow, został trafiony śrutem w prawe udo, gdy stał na przystanku autobusowym na londyńskim moście Waterloo. Markow źle się poczuł dopiero następnego dnia. W szpitalu ze zdziwieniem odnotowano, że wokół ranki o średnicy 2 milimetrów zawiązał się stan zapalny, przypominający sepsę. Agonia trwała trzy dni. Tymczasem Kostow miał się coraz lepiej. Wieści z Londynu, iż z ciała Markowa wyjęto mikroskopijną kulkę zawierającą resztki rycyny skłoniła go, by pojechać do szpitala i zażądać prześwietlenie pleców. Wówczas dowiedział się, iż jest urodzonym szczęściarzem. Sweter, który założył w sierpniowy dzień, osłabił siłę uderzenia śrutu i ten utknął w tkance tłuszczowej pod łopatką. Zatyczka zbiorniczka w kuleczce nie rozpuściła się i jedynie nieznaczna ilość rycyny przedostała do organizmu. Nawet tak zabójcza trucizna miała sporo mankamentów, choć jej użycie uczyniło z KGB znów gwiazdę światowych mediów. To, iż zamachów dokonały bułgarskie tajne służby, uznawano za sprawę drugorzędną.
Z działem na muchy
Zazwyczaj toksyny, z jakimi eksperymentowano w laboratoriach KGB, działały szybko i skutecznie, pozostawiając niewiele śladów. Ich użycie przywodziło na myśl chirurgiczny skalpel. Wyjątek uczyniono dla zdrajcy, który przeszedł na stronę wroga, a mianowicie dla niedoszłego zabójcy Okołowicza kapitan Nikołaja Chochołowa. Nieopatrznie zjawił się on 15 września 1957 r. we Frankfurcie nad Menem, aby wziąć udział w międzynarodowej konferencji poświeconej ekspansji komunizmu. Podczas bankietu w hotelu wypił łyk kawy z podanej mu filiżanki. Już kilkanaście minut później jego organizm dosłownie oszalał. Chochołow zaczął puchnąć, a skórę pokryły mu ciemne plamy. Kiedy trafił do szpitala, doszło do tego wypadanie włosów i krwawienie z gruczołów potowych. Objawy przypominały chorobę popromienną, jednak początkowo nikt nie potrafił dociec, jakim sposobem kapitan mógł zetknąć się z substancją radioaktywną. Próbowano więc leczenia za pomocą witamin, sterydów i kortyzonu. Ważniejsze okazało się, że chory wypił tylko mały łyk kawy i miał bardzo silny organizm. Dzięki temu przeżył. Dopiero kilka miesięcy później amerykańscy toksykolodzy doszli do wniosku, iż Chochołowa próbowano otruć radioaktywnym izotopem talu.
Używanie jako trucizn substancji kojarzących się bronią masowego rażenia, długo wydawało się rzeczą absurdalną. Przecież zostawiały one łatwe do wykrycia, radioaktywne ślady. No, chyba że aplikowało się je ofiarom w bardzo specyficznych warunkach. Ściśle współpracująca z KGB wschodnioniemiecka Stasi z początkiem lat 70. rozpoczęła eksperymenty na więzieniach politycznych, próbując przyśpieszyć ich zgon, bez wzbudzania podejrzeń mordu. Na polecenie ministra bezpieczeństwa NRD Ericha Mielkego Stasi nawiązała współpracę z Instytutem Badań Jądrowych w Rossendorfie koło Drezna. Tamtejsi naukowcy przygotowywali dla potrzeb tajnej służby różnorodne odmiany substancji radioaktywnych. Izotop: skand-46 rozpylano na ubrania dysydentów, dzięki czemu, używając licznika promieniowanie Geigera-Müllera, można było ustalić, gdzie dokładnie bywali. Przy okazji zwiększając prawdopodobieństwo wystąpienia u nich chorób nowotworowych. Wedle ustaleń Instytutu Gaucka Stasi w latach 70. materiałami radioaktywnymi „znakowała” około 100 osób rocznie. Natomiast uwięzionemu w listopadzie 1976 r. pisarzowi i psychologowi Jürgenowi Fuchsowi podrzucono do celi radioaktywny cez-137. Po dziewięciu miesiącach napromieniowywania więźnia wspaniałomyślnie pozwolono mu wyjechać wraz z żoną i dzieckiem do Berlina Zachodniego. Wbrew oczekiwaniom Ericha Mielkego choroba nowotworowa zabiła Fuchsa dopiero w maju 1999 r.
Wyniki eksperymentów prowadzonych na ludziach przez Stasi bacznie śledzono w centrali KGB. Ciągłości zbierania danych oraz ich wykorzystywania nie przerwał nawet upadek Związku Radzieckiego. Istniejąca od 1995 r. Federalna Służba Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej (FSB) stała się godną spadkobierczynią starych tradycji. Także w kwestii mordowania niewygodnych osób, które schroniły się w innym kraju. W przypadku swoich byłych oficerów, uznanych za zdrajców FSB, działa wręcz ostentacyjnie. Inaczej nie można nazwać zgładzenia ppłk. Aleksandra Litwinienki. Otruto go bowiem polonem-210, którego radioaktywne ślady łatwo zlokalizować. Co więcej, ofiara umierała długo i w męczarniach. W przypadku Litwinienki jego były kolega z KGB, a obecnie prezydent Rosji miał sporo powodów, żeby darzyć go szczególnie gorącym uczuciem. Podpułkownik ujawnił, że Władimir Putin planował zabicie swego politycznego wroga Borisa Bieriezowskiego, a w napisanej z Jurijem Fielsztinskim książce „Wysadzić Rosję” twierdził, iż FSB podłożyło bomby w mieszkalnych blokach w Moskwie i Wołgodońsku. Zamachy, w których zginęło ponad 300 osób, dały Kremlowi znakomity pretekst do rozpoczęcia najazdu na zbuntowaną Czeczenię. Bezpośredni sprawca śmierci Litwinienki, który zaserwował mu herbatę z polonem, były oficer KGB Andriej Ługowoj został w nagrodę deputowany do rosyjskiej Dumy. Trudno o jaśniejszy sygnał ze strony Putina, wskazujący Rosjanom, czy warto zachowywać lojalność wobec swojego prezydenta.
W przypadku otrucia Siergieja Skripala należałoby się doszukiwać innego komunikatu. Tym razem skierowanego do rządów krajów Europy Zachodniej oraz NATO. Co bez problemu odczytała obecny szef Paktu Północnoatlantyckiego Jens Stoltenberg. Podczas wspólnego wystąpienia z ministrem spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii Borisem Johnsonem oświadczył on: „Atak w Salisbury był pierwszym wykorzystaniem bojowego środka chemicznego na terytorium Sojuszu”. Wcześniej miały miejsce liczne cyberataki, próby wpływania na wyniki demokratycznych wyborów, wspieranie wszelkich partii i organizacji negujących obecny porządek polityczny. Tak, wbrew złudzeniom Zachodu, Władimir Putin prowadzi konsekwentnie wojnę z wrogiem, który w mniemaniu Kremla uniemożliwia Rosji odzyskanie jej mocarstwowej pozycji oraz utraconej strefy wpływów. Dlatego każde, nawet najbardziej ryzykowne posunięcie mogące zmienić układ sił na Starym Kontynencie uznaje za warte zachodu. Bez oglądania się na to, ilu ludzi przy tym należałoby otruć.