Prezydent Emmanuel Macron, wzorem twórcy V Republiki, marzy, by Francja odzyskała pozycję mocarstwa dzięki wsparciu Niemiec. Jednak Berlin nie zwykł serwować darmowych obiadów nawet przyjaciołom.
Reklama
Magazyn DGP 02.02.18 / Dziennik Gazeta Prawna
Pięćdziesiąt pięć lat temu Charles de Gaulle i Konrad Adenauer podpisali Traktat o współpracy francusko-niemieckiej (...). Odtąd przyjaźń francusko-niemiecka jest filarem integracji europejskiej” – głosi oświadczenie rządów obu państw wydane 22 stycznia, w rocznicę zawarcia Traktatu Elizejskiego. Jednak prezydent Emmanuel Macron już trzy dni wcześniej ugościł kanclerz Angelę Merkel w Pałacu Elizejskim. Tam dwójka przywódców finalizowała rozmowy o odnowieniu starego przymierza.
Jak zapowiedziano, jeszcze w tym roku zostanie przygotowany nowy traktat, zapewne idący dalej niż ten z 1963 r. „Robimy to, aby jeszcze bardziej zbliżyć ludzi w naszych krajach. I robimy to, aby nadać całej Europie nowy impuls, aby stała się jeszcze silniejsza” – powiedziała Merkel. Z tych słów niewiele wynika, a mimo to kraje Europy Środkowej poczuły się mocno zaniepokojone. Plany Berlina i Paryża mogą oznaczać wcielenie w życie idei Europy „wielu prędkości”, której uprzywilejowanym rdzeniem staną się dwa największe państwa UE.
Macron nie ukrywa zresztą swojej determinacji, by zmierzać w tym kierunku. Dla Francji jest to szansa na powstrzymanie degradacji jej pozycji na arenie międzynarodowej, a także ukrycie wewnętrznych słabości. Rezydujący w Pałacu Elizejskim prezydent, by wyprowadzić V Republikę z kryzysu, garściami czerpie ze spuścizny jej założyciela. Kiedy Charles de Gaulle marzył o przywróceniu Francji statutu światowego mocarstwa, nie widział innej drogi niż zawiązanie szczególnej przyjaźni z Niemcami. Przy czym do końca łudził się, iż rachunek za nią nie okaże się szczególnie wysoki, a w najgorszym przypadku zapłacą go inni.
Wysyp klęsk
Niemiecka okupacja była dla Francuzów wielkim upokorzeniem, o którym chcieli jak najszybciej zapomnieć. Najlepszym lekarstwem na wspomnienie tego, co wydarzyło się między 1940 a 1944 r., okazywało się odświeżenie mocarstwowych ambicji. Ale układ sił w świecie po II wojnie światowej uległ zmianie i Francja nie miała żadnych szans na rywalizowanie z USA oraz ZSRR. W Paryżu jednak nie chciano tego dostrzec, zwłaszcza że nadal dzierżono władzę nad sporą liczbą zamorskich kolonii. Wprawdzie korzyści z ich posiadania były znikome, lecz kolejne rządy IV Republiki zamierzały ich bronić za wszelką cenę. Czym sprowadzały na siebie tylko kłopoty.
Czarną serię zapoczątkowało oblężenie Dien Bien Phu. Dowodzący francuskimi wojskami w Wietnamie gen. Henri Navarre założył, iż złamie partyzantkę Viet Minhu w rozstrzygającej bitwie. Francuscy spadochroniarze przejęli i umocnili w tym celu dawną japońska bazę znajdującą się na terytorium opanowanym przez Viet Minh, aż 320 km na północny zachód od Hanoi. Skazując się tym samym na walkę w okrążeniu. Sztabowi nie przyszło do głowy, że Wietnamczycy posiadają ciężką artylerię i że w końcu nauczą się prowadzić oblężenie.
Twierdza Dien Bien Phu padła 7 maja 1954 r., po niecałych dwóch miesiącach walk. Prawie 12 tys. spadochroniarzy, creme de la creme francuskich sił zbrojnych, wzięli do niewoli wietnamscy chłopi. Nazajutrz przypadała rocznica zakończenia II wojny światowej i w Paryżu uroczyście obchodzono Dzień Zwycięstwa. Na ulicach stolicy zaroiło się od gaullistów domagających się dymisji rządu Josepha Laniela. Po złożeniu wieńca przed Grobem Nieznanego Żołnierza premier musiał salwować się ucieczką do limuzyny. Towarzyszący mu minister obrony René Pleven wykazał się gorszym refleksem i nie zdołał uniknąć, jak informowała prasa, „kopnięcia w część spodni mieszczących siedzenie”.
Rząd przetrwał jeszcze trzy tygodnie, po czym nowy premier Pierre Mendes France przyznał, iż Indochiny są stracone. Chcąc zapobiec kolejnym klęskom, tym razem już w Afryce, szef rządu powołał specjalne ministerstwo do spraw Tunezji i Maroka oraz nakazał uprowadzenie sułtana Maroka Muhammeda V (uwięziono go na Madagaskarze). W obu krajach arabskich wrzenie zamieniło się w zbrojne powstanie. Co gorsza, walki przeniosły się też na tereny Algierii.
Francja próbowała spacyfikować rebelię, lecz obywatelom oraz poborowym brakowało determinacji, by z poświęceniem bić się o kolonie. „Nie pomogło Mendes France’owi proklamowanie walki z alkoholizmem i ostentacyjne picie mleka w kraju, w którym wino jest napojem codziennym” – opisuje w monografii „Europa Zachodnia po II wojnie światowej” Jerzy Krasuski. W lutym 1955 r. Zgromadzenie Narodowe obaliło gabinet miłośnika mleka, zaś jego następca – Edgar Faure – wzmocnił siły zbrojne w Afryce Północnej.
Kolejny rok upłynął pod znakiem walk z arabskim ruchem oporu, aż wreszcie kolejny rząd, socjalisty Guya Molleta, zgodził się na uznanie niepodległości Maroka i Tunezji. Jego gabinet postanowił wszystkie siły skoncentrować na walce o zachowanie francuskiego panowania w Algierii.
Francja na krawędzi
„Odnosimy wrażenie, że w Algierii, za pewnymi formami powstania zbrojnego i propagandy, kryje się pragnienie pewnych mocarstw odziedziczenia tego, co Francja być może będzie musiała porzucić” – skarżył się w marcu 1956 r. minister spraw zagranicznych Christian Pineau. Choć przerzucono do kolonii 400 tys. żołnierzy, wciąż nie udawało się złamać Frontu Wyzwolenia Narodowego (FLN). Ale, w odróżnieniu od innych terytoriów zamorskich, tego Francja zamierzała bronić bez względu na koszty. Na 10 mln mieszkańców Algierii prawie milion stanowili europejscy osadnicy, głównie z Francji. Poza tym na Saharze odkryto bogate złoża ropy. Dawały one Paryżowi nadzieję na całkowite uniezależnienie się od importu tego surowca.
Jednak wobec mizernych sukcesów armii premier Mollet spróbował w czerwcu 1956 r. pozyskać Algierczyków. Zaoferowano im zrównanie praw z Francuzami przez nadanie obywatelstwa Unii Francuskiej. Dzięki temu otrzymywali te same prawa wyborcze, co koloniści i ich potomkowie. W praktyce oznaczało to, że kolejne wybory w Algierii wygrają Arabowie. Tę decyzję premier postanowił osobiście wyjaśnić mieszkającym po drugiej stronie Morza Śródziemnego Francuzom. Ci nie wykazali wielkiego zrozumienia. „Obrzucono go jajkami, zgniłymi owocami i grudami ziemi, kilkakrotnie uderzono, a złożony przezeń wieniec na pomniku ku czci poległych potargano” – opisuje Krasuski.
To był początek końca tego rządu. Wkrótce, po nacjonalizacji Kanału Sueskiego przez Egipt, Wielka Brytania i Francja wysłały tam wojska. Zbrojna interwencja na przełomie października i listopada 1956 r. zakończyła się kompromitacją dawnych kolonialnych mocarstw, które musiały w upokarzającym stylu zrejterować po ultimatum postawionym wspólnie przez Stany Zjednoczone i ZSRR. Seria klęsk ostatecznie zakończyła karierę polityczną premiera Molleta. W maju 1957 r. jego miejsce zajął polityk Partii Radykalnej Maurice Bourges-Maunoury. On również próbował szukać kompromisu z Algierczykami – z tego powodu jego gabinet Zgromadzenie Narodowe obaliło już w listopadzie 1957 r. Kolejny premier Félix Gaillard przetrwał do kwietnia 1958 r. Jego rząd upadł, bo uległ naciskom prezydenta USA Dwighta Eisenhowera, który nalegał na wycofanie wojsk francuskich z Tunezji. Takiej słabości posłowie nie potrafili wybaczyć, nie bacząc na to, że walka o kolonie coraz mocniej pogrążała całą Francję.
Na dokładkę w Algierii brutalna pacyfikacja FLN zamieniała się w ludobójstwo. Na rozkaz gen. Jacques’a Massu cztery dywizje spadochronowe otoczyły w stolicy kraju muzułmańskie dzielnice, by rozpocząć wyłapywanie mężczyzn i kobiet podejrzanych o współpracę z partyzantką. Stworzono wówczas na poczekaniu sale tortur, w których przesłuchiwano dziesiątki tysięcy ludzi. Schwytanych bito, rażono prądem lub podtapiano. Kobiety gwałcono. Zdobyte informacje umożliwiły niemal całkowitą likwidację podziemnych struktur Frontu Wyzwolenia Narodowego w Algierze. A przy okazji zamordowano ok. 3 tys. politycznie podejrzanych osób.
Okrucieństwa porównywalnego z tym, którego dopuszczali się Niemcy podczas II wojny, nie dało się ukryć. Wprawdzie szukający kompromisu z Algierczykami rząd Félixa Gaillarda upadł, lecz wśród Francuzów brudna wojna budziła coraz większą niechęć. Inaczej niż po drugiej stronie Morza Śródziemnego, gdzie koloniści i generałowie możliwości ugody z tubylcami nawet nie brali pod uwagę. W końcu doszło do otwartego buntu i siły ekspedycyjne wypowiedziały posłuszeństwo Paryżowi. Tak z powodu swych mocarstwowych ambicji Francja stanęła na krawędzi wojny domowej.
Zbawca mocarstwa przybywa
„Cokolwiek się stanie, nawet jeśli pozostaniemy osamotnieni w naszej walce, niechaj będzie wiadomo, że Francja nie porzuci Algierii” – obiecał 14 maja 1956 r. nowy premier Pierre Pflimlin. Ale utworzony przez zbuntowanych generałów Komitet Ocalenia Publicznego nie dowierzał tym zapewnieniom. W Algierii pod ich komendą znajdowało się 400 tys. najlepszych francuskich żołnierzy, zaś 24 maja na stronę rebeliantów przeszła Korsyka. To dawało możność szybkiego przerzucenia wojsk do Europy. Jednak obie strony gorączkowo szukały sposobu, by zapobiec wybuchowi wojny domowej. Szansę na to dał człowiek, którzy „ocalił honor Francji” podczas II wojny światowej.
Już w pierwszym tygodniu konfliktu gen. Charles de Gaulle wydał oświadczenie, iż gotów jest stanąć na czele rządu. Jego ofertę przyjęli zarówno zbuntowani oficerowie, jak i większość Zgromadzenia Narodowego. To otworzyło drogę do powierzenia 1 czerwca 1958 r. de Gaulle’owi teki premiera. Ponad dekadę czekał on na tę chwilę, budując własny obóz polityczny. Od razu przystąpił do planowanej przez lata ofensywy. Zaczął od wymuszenia referendum, które diametralnie zmieniło ustrój polityczny Francji. W zaprojektowanej przez de Gaulle’a V Republice całość władzy wykonawczej dzierżył prezydent, pochodzący z wyborów powszechnych. Po zmianie konstytucji generał wygrał bez problemu wybory prezydenckie w grudniu 1958 r., w zaledwie trzy miesiące przejmując niepodzielne rządy nad państwem. To był pierwszy etap zmian, które zamierzał przeprowadzić, by ratować pozycję Francji. De Gaulle był zdeterminowany, by jak najszybciej pozbyć się kolonii. Dla terytoriów w Afryce i Azji zaplanował pozostanie w gospodarczej strefie wpływów V Republiki.
Natomiast jego głównym celem politycznym była przebudowa Europy Zachodniej zgodnie z francuskim interesem. To wymagało zdradzenia popierających go generałów z Komitetu Ocalenia Publicznego i stopniowego uznania niepodległości Algierii. Prezydent nie cofnął się przed tym, pomimo buntu części wojsk oraz zamachów organizowanych przez dezerterów z OAS. Tłumienie oporu zajęło mu trzy lata, jednak dopiął swego, głównie dzięki temu, że niezmiennie popierała go większość Francuzów, widząc w bohaterze z czasów II wojny światowej zbawcę ojczyzny.
Ofensywa przyjaźni
Kiedy de Gaulle ratował jedność Francji, budowaniem nowej Europy zajmował się kanclerz Niemiec Konrad Adenauer. Jego największym sukcesem stało się utworzenie w 1958 r. Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej skupiającej: RFN, Francję, Włochy, Holandię, Belgię i Luksemburg. Do tego klubu chciała także dołączyć Wielka Brytania. W dalszej perspektywie EWG miała się przekształcić w unię polityczną z własną konstytucją, po czym prowadzić wspólną politykę zagraniczną, ekonomiczną i obronną.
Zrealizowanie tego scenariusza oznaczałoby wyrzeczenie się przez Francję suwerenności. A co gorsza – decydujący głos w organizacji miałoby państwo z największym potencjałem ekonomicznym i ludnościowym, czyli RFN. Pomimo ogromnego osłabienia kraju prezydent de Gaulle ów scenariusz uznawał za nie do przyjęcia. Ale – chcąc zablokować plany Adenauera – jednocześnie bardzo potrzebował jego przyjaźni. Bez trwałego wspierania francuskiej polityki przez Niemców generał nie miał szans na odbudowę znaczenia swojego kraju. Zaczął więc od tego, że zaoferował sąsiadom to, o czym marzyli. „Zjednoczenie obu części w Niemcy jednolite, które powinny być całkowicie wolne, wydaje się nam normalnym przeznaczeniem narodu niemieckiego” – oświadczył de Gaulle 25 marca 1959 r. Zastrzegł przy tym, iż RFN musi przestrzegać wytyczonych po II wojnie światowej granic oraz integrować się z innymi krajami Europy dla „współpracy, wolności i pokoju”.
Wkrótce proces francusko-niemieckiego pojednania rozkwitł. Ale pod koniec maja 1960 r. de Gaulle zaskoczył partnera pomysłem, który nazwał „Europą ojczyzn”. Burząc realizowaną w EWG koncepcję integracji, stworzoną notabene przez francuskich polityków – Roberta Schumana i Jeana Monneta. „Urojeniem jest, że można by zbudować poza państwem i przed państwem coś, co miałoby aprobatę narodów i było zdolne do skutecznego działania” – oświadczył prezydent Francji. W zamian proponował konfederację współpracujących ze sobą narodów, „która łączy wierzchołki państw, respektując autonomię ich podstaw”. Pomysły Schumana uznał za fantasmagorię „zrodzoną w mózgu technokraty”. Na koniec zaznaczył, iż w przyszłości „Europa ojczyzn” powinna rozciągać się od „Atlantyku po Ural”.
Zaskoczony Adenauer poprosił o spotkanie, które odbyło się w lipcu 1960 r. Pomimo wysiłków kanclerza de Gaulle nie ustąpił, a bez Francji dalsza integracja europejska stawała się niemożliwa. Zwłaszcza że żadne państwo okupowane przez Niemców podczas II wojny świtowej nie godziło się na to, aby RFN zostało liderem kontynentu. W zamian za zgodę na „Europę ojczyzn” francuski przywódca zaoferował Adenauerowi stworzenie centrum zarządzania EWG, którego nie przewidywał traktat. Tę rolę zaczęły od 1961 r. pełnić cykliczne spotkania przywódców krajów członkowskich wspólnoty. Z czasem nazwano je Radą Europejską.
Na tym niespodzianki się nie kończyły. De Gaulle dążył do tego, by „Francja odgrywała rolę starszej siostry RFN” – jak trafnie spostrzega Jerzy Krasuski. Prezydent konsekwentnie starał się więc wyeliminować z Europy Zachodniej konkurentów. Wbrew stanowisku pozostałych państw EWG zblokował akces do tej organizacji Wielkiej Brytanii. Dzięki czemu upiekł dwie pieczenie przy jednym ogniu, bo dzięki temu ograniczył też wpływy na Starym Kontynencie najbliższego sojusznika Zjednoczonego Królestwa – Stanów Zjednoczonych. Ukoronowaniem procesu osaczania przyjaźnią Niemców stało się zaproszenie kanclerza do Pałacu Elizejskiego na końcowe rozmowy o zawarciu braterskiego sojuszu.
Gospodarka, głupcze!
Przygotowany do podpisania 22 stycznia 1963 r. traktat przewidywał ścisłe skoordynowanie przez rządy RFN i Francji procesu podejmowania kluczowych decyzji. Wedle jego założeń szefowie rządów obu państw mieli spotykać się ze sobą co najmniej dwa razy w roku dla uzgadniania najważniejszych kwestii, a ministrowie spraw zagranicznych najrzadziej co trzy miesiące. Traktat Elizejski, w zamyśle de Gaulle’a, był symbolem pojednania obu narodów, a jednocześnie początkiem dalszego zacieśniania związku, wokół którego chciał budować konfederację słabszych państw europejskich.
Jednak de Gaulle’a szybko czekało rozczarowanie. Adenauer spokojnie godził się na coraz bliższą przyjaźń z Francją, dopóki nie zagrażało to niemieckim interesom. Dlatego w maju 1963 r. Bundestag ratyfikował Traktat Elizejski, lecz dopisał do niego wstęp, który rozwścieczył Paryż. Niemcy podkreślili w nim rolę partnerstwa jednoczącej się Europy ze Stanami Zjednoczonymi oraz NATO. A co więcej – zapowiedzieli dążenie do integracji „przy udziale Wielkiej Brytanii”. Nie tego oczekiwał prezydent Francji. „W rezultacie początkowo wydawało się, że Traktat Elizejski zaowocuje tylko – choć nie było to mało – masową wymianą młodzieży między Francją a RFN” – podkreśla Krasuski.
Rozczarowany woltą Niemców generał skupił się na wyprowadzeniu Francji z wojskowych struktur NATO, żeby choć tak ograniczyć wpływy USA na Starym Kontynencie. Jednocześnie V Republika w ekspresowym tempie rozwijała program zbrojeń jądrowych. Już w 1960 r. Francja wyprodukowała pierwszą bombę atomową, a osiem lat później wodorową. Posiadanie broni masowego rażenia skuteczniej przywracało jej status mocarstwa niż ekspansja kolonialna. „Do niedawna Amerykanie dzięki swojemu uzbrojeniu nuklearnemu byli w stanie zapewnić wolnemu światu absolutną ochronę, jeśli chodzi o obronę. Ale monopol ten stracili” – z dumą oświadczył de Gaulle podczas konferencji pod koniec lipca 1963 r.
Militarne możliwości Francji w jego ocenie czyniły z niej alternatywnego protektora dla krajów europejskich. Jednak kolejne lata pokazywały, że w Niemczech nikt na poważnie nie brał możliwości zerwania współpracy z USA na rzecz dalszego pogłębiania braterstwa z V Republiką. Mimo to Traktat Elizejski nie odszedł w zapomnienie, jak wiele podobnych dokumentów. Choć przyniósł efekty zupełnie niespodziewane dla jego twórcy. Wszystko za sprawą niemieckiego cudu ekonomicznego. Z każdym rokiem rosła przewaga ekonomiczna RFN nad innymi krajami Europy Zachodniej. „Obawa przed nadmiernie rozrośniętymi Niemcami zmusiła Francję do forsowania kursu na głęboką integrację” – piszą Adam Barabasz, Bogdan Koszel i Malwina Księżniakiewicz w opracowaniu „Przywództwo Niemiec i Francji w Unii Europejskiej w XXI w. Problemy i wyzwania”.
Paryż, zaniepokojony wzrostem siły partnera porzucił w latach 70. strategię de Gaulle’a, wracając do pierwotnego planu integracji EWG, by „w ten sposób zapobiec renacjonalizacji polityki niemieckiej i przebudzeniu się demonów z przeszłości” – podkreślają Barabasz, Koszel i Księżniakiewicz. „Niemcy wyszli naprzeciw oczekiwaniom Francji, gdyż odpowiadało to ich filozofii europejskiej polityki” – dodają.
W istocie triumfy święciła strategia obrana przez Adenauera. Kolejne rządy RFN godziły się na przewagę Francji w kwestiach prestiżowych i wizerunkowych. Paryż zdecydował, jak ma wyglądać system pracy brukselskiej administracji i wspólnotowe sądownictwo. Dla podkreślenia roli V Republiki drugą stolicą wspólnoty, obok Brukseli, został Strasburg. Jednak prestiż, którym mogli się nacieszyć Francuzi, nie powstrzymał kolejnej fazy zmierzchu mocarstwowości ich kraju. Po krótkotrwałym odrodzeniu nadeszła ona z początkiem tego stulecia i trwa do dziś. Kolejne posunięcia prezydenta Macrona jasno wskazują, że zamierza on uczynić, co tylko możliwe, żeby ten trend przełamać. Choć pole manewru ma niewielkie, bo jedynym mocnym atutem pozostaje niemiecka przyjaźń. A ta nie bywa oferowana za darmo.