Lubimy piosenki, które już słyszeliśmy, i programy, które widzieliśmy kiedyś w telewizji. Ale popularność sprzed lat nie wystarczy, żeby audycja wróciła na antenę z sukcesem
Magazyn 25-26.11.17 / Dziennik Gazeta Prawna
Reklama
Trrrrr! Koło terkocze podobnie jak 20 lat temu. Zwalnia, zatrzymuje się i wskazuje kwotę: od 100 zł do 1,5 tys. zł, a w kolejnych rundach nawet 3 tys. W końcu lat 90., kiedy po denominacji z życia codziennego zniknęły miliony, kwoty do wygrania w tym teleturnieju były zbliżone. W nowej oprawie i proporcjach obrazu 16:9 wyglądają jednak atrakcyjniej.

Reklama
„Koło fortuny”, które od września obraca się w TVP 2, zachowało większość zasad swojego pierwowzoru z lat 90. Ma jednak inną oprawę, styl oraz prowadzących. Ten tuning okazał się skuteczny – widzowie polubili nowy-stary program i najprawdopodobniej powróci on na antenę w następnym sezonie. Ale nie wszystkie telewizyjne powroty są równie udane.
Śpiewająco
W latach 90. „Koło fortuny” było teleturniejem kultowym, a związane z nim powiedzonka „K jak Krzysztof” czy „Magda pokaże bagażnik” zadomowiły się w języku. Wspomnienia to jednak za mało, by podbić serca współczesnych widzów. Dlatego planując powrót tego programu do Dwójki, rozważano różne światowe adaptacje formatu. Jedno było pewne: „Koło fortuny” trzeba unowocześnić, bo z audycji wracających do telewizji po latach szansę na sukces mają tylko te, które okażą się na tyle elastyczne, żeby można je było dostosować do nowych realiów.
W jaki sposób teleturniejom „Koło fortuny” i „Milionerzy” udało się po raz trzeci zdobyć sympatię widzów? Czy wystarczyła zasada inżyniera Mamonia z „Rejsu”, że podobają mu się piosenki, które już słyszał?
Z „Kołem fortuny” się udało. Teleturniej wywodzi się z amerykańskiego „Wheel of Fortune”, emitowanego nieprzerwanie od 1975 r. Wojciech Pijanowski i Paweł Hanczakowski z firmy Uni Vision na początku lat 90. sprowadzili do TVP 2 klasyczną wersję audycji. Są jednak inne odmiany: w niemieckim „Glücksrad” nie ma nagród rzeczowych, hiszpański program „La ruleta de la suerte” ozdabiają śpiewane w studiu piosenki, a turecki „Çarkifelek” – taniec brzucha. Do nowej polskiej adaptacji wybrano elementy rozrywkowe w stylu wersji hiszpańskiej. Dlatego Rafał Brzozowski ma w programie więcej obowiązków niż jego poprzednicy sprzed lat: Wojciech Pijanowski, a później Jerzy Bończak, Andrzej Kopiczyński, Paweł Wawrzecki, Stanisław Mikulski i Krzysztof Tyniec. – W każdym odcinku śpiewam piosenkę dobraną do tematyki haseł. Wykonuję ją na żywo podczas nagrania – mówi Brzozowski. Przygrywa mu zespół RBand, tego też wcześniej nie było. – Oczywiście oglądałem dawne „Koło fortuny”. Kto nie oglądał? Wojciech Pijanowski, który ten program do Polski sprowadził, to legenda telewizji. Ale nie wzoruję się na tamtej wersji, prowadzę po swojemu, tak jak czuję – stwierdza. Jego partnerki, Izabelli Krzan, nawet nie pytam, czy wzoruje się na Magdzie Masny, która towarzyszyła w studiu Pijanowskiemu. – Mam 22 lata, byłam za mała na tamto „Koło fortuny”, a teraz, przygotowując się do nagrań, oglądałam głównie wersję hiszpańską. Ale rodzice dawne „Koło” oglądali – mówi Krzan.
Zmienić, nie tracąc
We wrześniu reaktywowane „Koło fortuny” miało średnio 990 tys. widzów. Najlepiej – 1,6 mln oglądających – wypadały odcinki pokazywane w niedzielę o godz. 14.30 po „Familiadzie” (w dni powszednie „Koło fortuny” jest nadawane o 16.30). Jak podał serwis WirtualneMedia.pl na podstawie danych Nielsen Audience Measurement, osoby, które w czasie „Koła fortuny” mają włączone telewizory, najczęściej wybierają właśnie ten teleturniej. Najwidoczniej trafił w swój czas. Z pewnością bardzo pomaga nostalgia, ale do programu przychodzi także wielu młodych ludzi, którzy Wojciecha Pijanowskiego z ekranu nie mogą pamiętać. Przyciąga ich połączenie zabawy z możliwością wygranej – główna nagroda w teleturnieju to 50 tys. zł lub samochód. Częściej jednak zwycięzcy odchodzą z mniejszymi kwotami.
O znacznie wyższą stawkę toczy się gra w teleturnieju „Milionerzy” w TVN. Udany comeback tej audycji nastąpił w lutym tego roku. Swoją wersję brytyjskiego programu „Who Wants to Be a Millionaire?” TVN pokazywał w latach 1999–2003, a potem 2008–2010. – To była potrzeba chwili – mówi o drugim powrocie „Milionerów” Bogdan Czaja, wicedyrektor programowy TVN. Od poniedziałku do czwartku w wieczornym paśmie o 20.55 stacja emitowała telenowelę „Singielka”. Jej wyniki oglądalności były dalekie od oczekiwań. – Z tym pasmem nie mogliśmy sobie poradzić przez kilka sezonów – przyznaje Czaja. Widzów nie przyciągnął ani program „Mediatorzy” z sędzią Anną Marią Wesołowską, ani cykl „Ugotowani”, który lepiej wypadał w weekendy. Nic nie działało. Aż wstawiono tam „Milionerów”. Sukces przeszedł oczekiwania stacji. Reaktywowany teleturniej po trzech tygodniach emisji oglądało średnio 2,2 mln osób. Według serwisu WirtualneMedia.pl widownia TVN była o 1,3 mln osób większa niż o tej samej godzinie rok wcześniej. – Liczyliśmy na to, że wyniki pasma się poprawią, ale nie że aż tak – stwierdza Czaja. Każdy odcinek „Milionerów” miał wiosną średnio po 2,4 mln widzów. I zanosi się na to, że trzecie życie teleturnieju nieodmiennie prowadzonego przez Huberta Urbańskiego jeszcze potrwa. – Rozmawiamy już o dalszej emisji „Milionerów” w przyszłym roku – informuje wicedyrektor programowy TVN.
W jaki sposób teleturniejom „Koło fortuny” i „Milionerzy” udało się po raz trzeci zdobyć sympatię widzów? Czy wystarczyła zasada inżyniera Mamonia z „Rejsu”, że podobają mu się piosenki, które już słyszał? – Wznawiane produkcje mają na starcie fory wynikające z tego, że były już emitowane. To kapitał zaufania widzów, którym te programy się kiedyś podobały. Ale to nie wystarczy – mówi prof. Jacek Dąbała, medioznawca z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Jego zdaniem do teleturniejów zachęca szansa na wygraną. – Tym programom pomogła mentalność odbiorców, współczesna kultura gier – podkreśla.
Mariusz Kukwa z domu mediowego Vizeum Polska dodaje, że „Koło fortuny” mogło skorzystać z fali wzbudzonej przez „Milionerów”, którzy wrócili do telewizji kilka miesięcy wcześniej. A dzięki czemu powiodła się reaktywacja teleturnieju z Hubertem Urbańskim? – Żeby powrót się udał, program musi zostawić po sobie dobrą pamięć i poczucie, że nie został do końca wyeksploatowany – stwierdza Bogdan Czaja. A Mariusz Kukwa zwraca uwagę, że przywracając na antenę formaty z przeszłości, trzeba je dostosować do współczesnego odbiorcy: widza bardziej wymagającego, kapryśnego, który łatwo się nudzi i przeważnie ma dostęp do konkurencyjnej rozrywki w internecie. – Jednocześnie program nie może zatracić swojej pierwotnej formy, aby widzowie, którzy czują do niego sentyment, nie byli zawiedzeni – przestrzega Kukwa.
W ramach odświeżenia w „Milionerach” zmodyfikowano tematykę pytań, przesuwając akcent z wiedzy na ogólną orientację w świecie i dodając zagadnienia lifestyle’owe. – Zastanawialiśmy się, czy nie zrezygnować z „telefonu do przyjaciela”, bo w dzisiejszych realiach oznacza to „telefon do Google’a”. Ponieważ jednak „telefon do przyjaciela” przez lata wrósł w język, nie chcieliśmy pozbawiać „Milionerów” tego koła ratunkowego – opowiada Bogdan Czaja. Przyjaciele zawodników podczas nagrania zamiast w domach siedzą więc teraz w odizolowanych pomieszczeniach.
Zabrakło błysku
„Milionerzy” i „Koło fortuny” to niejedyne powroty ostatnich sezonów. – Wszystkie duże stacje, czyli TVP, Polsat i TVN, wykorzystały przy budowaniu swoich ramówek odświeżenie dawnych produkcji – stwierdza Mariusz Kukwa. To dla telewizji dość bezpieczna strategia. – Powody są dwa: powrót znanego formatu nie wymaga aż tak wysokich nakładów na reklamę jak wypromowanie nowego tytułu, a także taki format cieszy się zainteresowaniem wśród swojej niegdysiejszej widowni – wylicza.
Nie wszystkie z ostatnich powrotów zaowocowały sukcesem oglądalnościowym. – Widz, a z nim rynek telewizyjny, uległ dość sporej zmianie. Dostęp do wielu produkcji zagranicznych dzięki platformom typu Netflix czy Showmax nigdy nie był tak łatwy, a to spowodowało, że jeszcze ważniejsza stała się jakość programu – uzasadnia Kukwa. Dawne hity telewizyjne oglądane dziś na YouTubie wyglądają zgrzebnie i ubogo. – Stacje muszą więc każdy powrót dobrze przemyśleć i dostosować program do obecnych realiów – podkreśla.
W ubiegłym roku Telewizja Polska wyciągała z lamusa programy z misją: „Pegaza” i „Sondę”. – „Pegaz”, najbardziej znany magazyn o kulturze, nie przetrwał jednak walki o widza na dużej antenie i po trzech miesiącach obecności w TVP 1 został przeniesiony do tematycznego kanału TVP Kultura. Jakościowo dobry, ale daleki od mainstreamu magazyn miał bardzo niskie wyniki oglądalności – analizuje Kukwa. – Lepiej poradziła sobie „Sonda 2”. Kultowy format zyskał na zaangażowaniu znanego prowadzącego: propagatora nauki, obecnego w nowych mediach (m.in. na YouTubie) Tomasza Rożka. To przyczyniło się do bardzo wysokich, jak na program naukowy, wyników oglądalności: „Sonda 2” często miała ponadmilionową widownię. Jednak i tu wyniki nie pozwoliły na utrzymanie początkowego, bardzo mocnego pasma – dodaje Kukwa. Z wieczornego pasma w Dwójce „Sonda” przeszła na niedzielne popołudnia w Jedynce. – Brak sukcesu tych programów nie wynika z tego, że są odgrzewane, tylko z tego, że okazały się nieatrakcyjne dla widzów. Czegoś w nich zabrakło, jakiegoś błysku, osobowości – uważa prof. Dąbała.
Znacznie lepiej widzowie przyjęli powrót w 2016 r. reality show „Agent” w TVN. – Aby zwiększyć zainteresowanie programem, wykorzystano gwiazdorską obsadę i był to strzał w dziesiątkę – ocenia Mariusz Kukwa.
Reaktywując dawne hity, można też sięgać do kieszeni konkurencji. Polsat kilka lat temu wykorzystał np. nieuwagę TVN i podkupił mu prawa do „Tańca z gwiazdami”. Z powodzeniem pokazywał ten program przez siedem sezonów, do wiosny tego roku. – A jesienią zastąpił go innym odświeżonym formatem, który również był wcześniej obecny na antenie TVN, „Wyspą przetrwania” – wskazuje Mariusz Kukwa. TVN nadawał ten reality show w 2004 r. pod tytułem „Wyprawa Robinson”. Polsat nie zadeklarował jeszcze, czy „Wyspa przetrwania”, której pierwsza edycja właśnie się skończyła, pozostanie na antenie. Program nie porwał tłumów: oglądało go średnio 1,2 mln widzów, podczas gdy „Taniec z gwiazdami” wiosną przyciągał przed telewizory 2,7 mln osób.
Ideologia i plany
Czasami widzowie nie mają szansy zdecydować o losie reaktywowanego programu. Tak było z „Magazynem kryminalnym 997”. Telewizja publiczna emitowała go od 1986 do 2010 r. Program angażował telewidzów do pomocy przy rozpoznawaniu poszukiwanych przestępców i wyjaśnianiu zagadkowych zbrodni. W czasach Milicji Obywatelskiej prowadził go płk Jan Płócienniczak, którego później zastąpił Michał Fajbusiewicz. Gdy TVP zrezygnowała z „997”, dziennikarz po krótkiej przerwie jesienią 2013 r. przeszedł do Polsat Play z audycją o podobnej tematyce, pt. „997. Fajbusiewicz na tropie”. W październiku tego roku wrócił do TVP 2. Jak się okazało, tylko na jeden odcinek. Po premierze wznowionego „Magazynu kryminalnego 997” Witold Gadowski w „Komentarzu tygodnia” na antenie Radia Maryja nie zostawił na programie suchej nitki, mówiąc m.in., że w 1986 r. „997” miał „akceptację towarzysza generała Czesława Kiszczaka”, a spadł z anteny „w ramach dekomunizacji”. Przypomniał też, że w 1987 r. jako sukces MO przedstawiono w tym programie aresztowanie Kornela Morawieckiego – wtedy opozycjonisty, dziś posła na Sejm. Filipika w Radiu Maryja sprawiła, że Dwójka najpierw program zawiesiła do poprawki, a w końcu całkiem z niego zrezygnowała. „TVP odstąpiła od umowy w sprawie scenariusza i prowadzenia programu 997. Nie zostałem poinformowany o przyczynach takiej decyzji” – relacjonował Fajbusiewicz w rozmowie z Press.pl.
Lepiej powodzi się w telewizji publicznej apolitycznemu „Kołu fortuny”. Po udanym starcie do 60 pierwotnie zakontraktowanych odcinków TVP domówiła kolejne. „Program będzie kontynuowany w ramówce zimowej” – informuje redakcja TVP 2. Zimą dojdzie odcinek niedzielny, „Koło fortuny” będzie więc na antenie codziennie. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się też, że następną serię tego teleturnieju Dwójka umieściła w projekcie ramówki na wiosnę 2018 r. (zarząd telewizji jej jeszcze nie zatwierdził).
Z kolei TVN kręci już „Agenta – gwiazdy” na wiosnę, ale nie planuje na razie kolejnych powrotów. Chociaż miałby z czego wybierać. – Jest kilka programów, które zostawiły dobrą pamięć, na przykład „You Can Dance – Po prostu tańcz”, który pozostaje w kręgu naszych zainteresowań – mówi Bogdan Czaja. A co z przełomowym hitem stacji, reality show „Big Brother”? – W najlepszym okresie nadawaliśmy po trzy odcinki „Big Brothera” dziennie. To było kilkanaście godzin programu tygodniowo. Wejście z normalną ramówką po zakończeniu takiej produkcji byłoby bardzo trudne – odpowiada Czaja. – Ale niczego nie wykluczamy: choć może nie na taką skalę i nie na głównej antenie.