W tym roku mija 100 lat od narodzin Irvinga Penna (1917-2009), jednego z mistrzów fotografii XX w. Z tej okazji paryska Galeria Narodowa (Grand Palais) pokazuje od środy retrospektywę jego prac.

Z wyjątkiem kilku migawek, na których widać tego amerykańskiego artystę, wszystkie zdjęcia wystawy, jak i ich powiększenia zrobione zostały przez autora.

Irving Penn zasłynął jako fotograf mody i portrecista, a słynny portrecista jest siłą rzeczy portrecistą słynnych ludzi. Niektóre zdjęcia strojów nie tylko przeszły do historii mody i fotografii, ale stały się archetypem pokazywania mody. Wydobyte przez Irvinga spojrzenie Picassa, powielane było na plakatach, w książkach i filmach.

W Grand Palais przypomniano, że ten współpracownik Harper's Bazaar i przede wszystkim Vogue, przez lata najważniejszych zapewne pism kobiecych, bynajmniej nie ograniczał się do mody i portretu.

Reklama

Jego wczesne, zrobione w r.1939 zdjęcia to kompozycje przedmiotów ulicznych, szyldów, narożnych świateł czy kart restauracyjnych. Te fotografie zapowiadają Pop Art na ponad ćwierć wieku przed wykluciem się tego nurtu.

Reklama

W latach 40 ub. w. martwe natury Penna robią się elegantsze i tę elegancję potrafią zachować nawet wtedy, gdy pokazują bałagan na stole niesprzątniętym po kolacji. Niektóre zapowiadają malarskie nostalgie artysty, jak choćby „holenderska” „Martwa Natura z Arbuzem” z 1947 r.

A we wspaniałej pracy zatytułowanej „Mężczyzna zapalający dziewczynie papierosa” odnajduje się zarówno związek z surrealizmem, do którego poczuwał się młodziutki Penn, gdy był studentem, jak i z rosyjskim konstruktywizmem.

W 1947 r., na polecenie dyrektora artystycznego Vogue Alexandra Libermana, niespełna trzydziestoletni Penn fotografuje ówczesnych celebrytów. Już w tych pierwszych portretach, przy pomocy drobnych, wizualnych akcentów, potrafi wydobyć charakter modela.

Ręka młodego choreografa i tancerza, późniejszego reżysera West Side Story Jerome’a Robbinsa wykonuje na zdjęciu baletowy piruet, a Igor Strawiński, przyłożywszy dłoń do ucha, wyraźnie słucha swej przyszłej muzyki.

Z wyjazdu do Peru – posłany był tam przez Vogue, żeby fotografować amerykańskie modelki – przywiózł indywidualne, rodzinne i zbiorowe portrety Indian, ubranych w tradycyjne stroje. Oddając wirtuozersko materię ubiorów, fotograf okazał się jednocześnie mistrzem krawieckim, antropologiem i reżyserem. I przede wszystkim potwierdził, że jest wielkim artystą.

W zdjęciach mody z lat 40 i 50, Penn odnajduje wciąż nowe, nieoczekiwane kompozycje. Niektóre po wielu dziesięcioleciach staną się standardem fotografii „haute couture”, czyli wielkiego krawiectwa.

W Paryżu pomiędzy dwoma pokazami mody Irving Penn zaczął fotografować kupców, rzemieślników i innych pracowników fizycznych. Fotografował ich tak samo, jak top-modelki i tak samo, jak Indian, a później Afrykańczyków z Dahomeju (obecnie Benin). W studio, na neutralnym tle, nie spiesząc się, nawiązując kontakt z modelem. Co powoduje, że choć każdy z nich pozuje, każdy jest naturalny.

Również portrety z tego okresu niezbyt odległe są od zdjęć mody, ale śmielsze są w nich gry światła i grubsze ziarno na powiększeniach. Już wtedy Penn – w przeciwieństwie do innych fotografów – zauważył, że najważniejszym rysem charakteru Yves’a Saint Laurenta jest melancholia, i że nieprzemijająca dziewczęcość to główny atut Audrey Hepburn.

Choć był uznanym, a nawet rozchwytywanym fotografem mody i bardzo cenionym portrecistą, Irving Penn długo nie był w stanie przekonać do wartości swych prac artystycznych. Tak działo się z robionymi i poprawianymi przez lata zdjęciami w sposób rzeźbiarski przedstawiającymi akty kobiece, tak było z serią „Papierosy” (1972), dla której „niedopałki” byłyby nazwą odpowiedniejszą.

Fanatyczny niemal przeciwnik palenia, artysta fotografował wyjęte z popielniczki albo podniesione z rynsztoka pety z nadrukiem marki i w ogromnych powiększeniach upodobniał je do ofiar bitw i pożarów. Wynik oscylował między arte povera (sztuką ubogą), a glamourem błyszczącego papieru magazynów mody. Zjadliwych krytyk nie powstrzymała nawet wystawa w nowojorskim MoMA (1975).

Jak powiedział niegdyś prof. Ludwik Stomma: „Moda jest dekretowana. Sztuka niczemu i nikomu nie podlega”. Irving Penn obie potrafił połączyć.