26 lat temu 1 marca 1991 r. zmarł w szpitalu w Mławie Teodor Klincewicz. Podziemny drukarz i współzałożyciel Niezależnego Zrzeszenia Studentów (NZS). Miał 36 lat. 20 lutego 2017 r. prezydent RP Andrzej Duda odznaczył Klincewicza pośmiertnie Krzyżem Wolności i Solidarności.

Tydzień przed śmiercią, 23 lutego 1991 r., Klincewicz miał wypadek samochodowy na szosie E-7 pod Mławą w drodze do Gdańska na III Krajowy Zjazd Delegatów NSZZ „Solidarność” (Szosa E-7 stała się dzięki balladzie Jana Krzysztofa Kelusa symbolem moralnego sprzeciwu wobec peerelowskiej rzeczywistości po 1976 r.).

Teodor Klincewicz - syn Teodora Klincewicza i Teresy z domu Siecheń - urodził się wg różnych źródeł 4 lub 5 stycznia 1955 r. w Trzeciakowicach na terenie ZSRR. Prawdopodobnie zresztą przyszedł na świat jeszcze w grudniu 1954 r., ale - by opóźnić o rok ewentualne powołanie do służby w Armii Sowieckiej - zarejestrowano go dopiero w styczniu '55. Szczęśliwie jednak do tego powołania nie doszło, bo w 1959 r. pięcioletni Teodor został ekspatriowany z rodziną do Polski, do Gdyni.

"To głęboko patriotyczna rodzina polska osiadła od setek lat na kresowej Wileńszczyźnie. Podczas lat najwyższej próby dla Polski, od czasu aneksji tych ziem przez Sowietów w 1939 roku poprzez lata zmiennej okupacji w latach 1941-44 przez Niemców i ponowny powrót władzy radzieckiej, nieustannie byli w partyzantce i konspiracji. Należeli do tych, którzy nawet po lipcu 1944 roku nie złożyli broni. Las, partyzantka i walka były nadal przez lata ich wymuszonym udziałem" - wspominał działacz Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej Hubert Kossowski, który siedział z Teodorem Klincewiczem w jednej celi aresztu na Rakowieckiej w Warszawie w 1983 r. i wówczas usłyszał odeń tę historię.

Reklama

"Ujawnili się pod koniec 1949 roku. Udało się im uniknąć najgorszego, tj. zesłania i skazani zostali do pracy przymusowej przy spławie drewna na Niemnie. Płacono im obligacjami ogólnopaństwowej pożyczki narodowej, którą formalnie w 1954 roku wszystkie Republiki Radzieckie uchwałą +w imieniu obywateli radzieckich+ uznały za dar narodu na rzecz państwa" - relacjonował Kossowski we wspomnieniach opublikowanych na http://www.spotkania-na-wschodzie.pl.

Według Kossowskiego, niepokorni z natury Klincewicze postanowili na miarę możliwości zademonstrować swój niezmiennie wrogi stosunek do komuny. Podczas formalnej wizyty u krewnych na Wileńszczyżnie, złożyli w tamtejszym banku wniosek o wypłacenie równowartości obligacji w rublach. Kiedy kasjerka poinformowała ich, że obligacje obywatele radzieccy "darowali jednomyślnie państwu radzieckiemu", pokazali paszporty PRL twierdząc, że ich to nie dotyczy. Przywołanemu dyrektorowi banku zabrakło logicznych argumentów. Wezwana sowiecka milicja, nakazała Klincewiczom wyjazd z Wilna w ciągu 24 godzin. Dostali jednak pisemną odmowę wypłaty z formalnym uzasadnieniem.

Reklama

Po powrocie do kraju zebrali od innych repatriantów posiadane przez nich obligacje. I dokonali - podkreślił Kossowski - aktu odwagi, chyba bez precedensu jak na lata 70. PRL.

Złożyli w sądzie powództwo przeciw Związkowi Radzieckiemu o sprzeniewierzenie. I nie ulegli naciskom prokuratury i milicji, nie wycofali go. Skonfundowane władze zdecydowały się ukręcić łeb kompromitującej sprawie ugodą - i w porozumieniu z radziecką ambasadą zrealizowano wypłatę w złotówkach. "Był to chyba jedyny wygrany proces w PRL ze Związkiem Radzieckim" - podkreślił Kossowski.

Wychowywany w takiej rodzinie Teodor - jako piętnastolatek świadek gdyńskich wydarzeń Grudnia '70 - pierwsze ulotki wydrukował jesienią 1975 r. Wyrażały sprzeciw wobec projektu zapisania w konstytucji PRL "nierozerwalnego sojuszu ze Związkiem Radzieckim". Był już wówczas studentem wydziału Fizyki Technicznej i Matematyki Stosowanej Politechniki Warszawskiej.

Od 1976 r. Klincewicz był współpracownikiem Komitetu Obrony Robotników (KOR), następnie Komitetu Samoobrony Społecznej "KOR" i członkiem Studenckiego Komitetu Solidarności, powstałego po zamordowaniu Stanisława Pyjasa 7 maja 1977r.

W domu studenckim "Mikrus" - w którym mieszkał - zorganizował, wspólnie z Witoldem Łuczywo, nielegalną drukarnię sitodrukową. Drukowali ulotki i niezależne pisma.

"Ja to z sentymentem wspominam, mnie wtedy nie obchodziła polityka. (…) Tylko popatrzeć na stertę wydruku. zobaczyć cały nakład o 6 nad ranem" - opowiadał Klincewicz w 1990 r. autorowi książki "Polak z Polakiem" Grzegorzowi Nawrockiemu.

"My w Mikrusie drukowaliśmy kiedyś numer +Głosu+ na ramce. Dla nas miedzy prawicowym +Głosem+ a lewicowym +Robotnikiem+ nie było różnicy. U ludzi techniki wytworzyło się poczucie, że podziały w opozycji ich nie dotyczą" - wspominał już po transformacji ustrojowej 1989 r.

W sierpniu 1980 r. na strajku w Stoczni Gdańskiej im. Lenina Klincewicz odpowiadał za poligrafię. Później był współzałożycielem i jednym z przywódców Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Po wprowadzeniu stanu wojennego okazało się, że jedynym, którego Służba Bezpieczeństwa nie zdołała namierzyć i internować.

W latach 1982-89 był m.in. szefem Grup Oporu "Solidarni", organizujących akcje ulotkowe, demonstracje; malujących napisy, emitujących audycje Radia "S", kolportujących podziemne wydawnictwa i prasę (m.in. "Kuriera Mazowsza", którego był założycielem i redaktorem naczelnym). Przez cały czas działalności z Grupami Oporu związanych było ok. 250 osób.

To w tamtym czasie, dzięki odwadze nierzadko przechodzącej w brawurę, zaangażowaniu w podziemną działalność, stał się swoistą legendą i bohaterem wielu kombatanckich anegdot.

"Nazywano go Kmicicem opozycji. Był jedną z najbarwniejszych postaci podziemia po wprowadzeniu stanu wojennego. Jego życiorys mógłby służyć jako temat książek i scenariusz filmów sensacyjnych. Tyle, że takie książki i filmy nie powstały, a sam +Teoś+ jest dziś postacią zapomnianą. Jego legenda jest wciąż żywa jedynie w środowisku warszawskim. Fakt współpracy z Klincewiczem wśród osób działających w podziemiu wciąż nobilituje" - napisał w "Gazecie Polskiej" Włodzimierz Domagalski w maju 2008 r.

"Z jednej strony to niewątpliwie miłe, że tak mój ojciec jest wspominany. Z drugiej jednak, smutno trochę, że w tej anegdotycznej narracji ginie trochę jego praca i poczucie odpowiedzialności za kierowanych przez niego ludzi" - powiedział w rozmowie z PAP socjolog Teodor Klincewicz.

Ukrywający się w stanie wojennym w podziemiu, jeden z czołowych przywódców Solidarności Zbigniew Bujak, wspominał, że Teoś musiał utopić w Wiśle dwie skrzynki z bronią, amunicją i granatami, bo zorientował się nagle, że "jego chłopaki taki majdan właśnie sobie zorganizowali". "Wielu ludzi z solidarnościowej konspiracji miało ten problem, bo walka bez przemocy nużyła. Ciągle te ulotki, za które można było - za bezdurno - całkiem poważnie posiedzieć… Jak się wysadzi w powietrze Komitet Centralny to przynajmniej człowiek wie, za co siedzi" - mówił Bujak w 2011 r. w rozmowie z "Odrą".

Po transformacji ustrojowej 1989 r. Klincewicz nie zdążył osiąść na laurach, nie zwolnił tempa pracy. "W wolnej Polsce działał w odrodzonej +S+, niby wewnątrz władz związku, lecz coraz bardziej osobno, zniesmaczony wojną na górze, partyjnymi przepychankami" - wspominał w Gazecie Wyborczej Paweł Smoleński przy okazji 20. rocznicy jego śmierci.

"Teoś (oficjalnie: Teodor Klincewicz, szef poligrafii Regionu Mazowsze NSZZ "Solidarność") śpieszy się do siebie. Leżą tam książki jego wydawnictwa, których nikt nie chce kupić. Dobre, polityczne książki, obnażające komunizm, na które nie ma już popytu" - napisał w 1990 r. w książce "Polak z Polakiem" Grzegorz Nawrocki.

Właśnie z książkami jechał 23 marca 1991 r. szosą E-7 na Zjazd Solidarności do Gdańska. Pod Mławą wtargnął na jezdnię pijany mężczyzna, wpadł przez przednią szybę do samochodu, uderzając Klincewicza w głowę. Ten odwiózł go jeszcze do szpitala. Tam stracił przytomność i już jej nigdy nie odzyskał. Zmarł tydzień później.

"Wiele osób powtarza, że pogrzeb ojca był ostatnim prawdziwym spotkaniem ludzi Solidarności, których drogi zaczęły się wówczas rozchodzić" - mówi Teodor Klincewicz, syn Teodora i wnuk Teodora, który nie pamięta ani ojca ani dziadka - miał 3 lata gdy zginął ojciec, a dziadek umarł jeszcze przed jego narodzeniem.

29 letni socjolog ("aktualnie na rynku pracy") przyznaje, że czasem zastanawia go, co ojciec powiedziałby o współczesnej Polsce i świecie. "Na pewno ucieszyłby go obecny brak możliwości + nielegalnego drukowania+. Z drugiej strony zauważyłby na pewno, że wciąż takie możliwości istnieją, choćby za naszą wschodnią granicą. I nie dałbym głowy, czy by się tam tym aktywnie nie zajął" - uśmiecha się Teodor Klincewicz, syn Teodora i wnuk Teodora.

Paweł Tomczyk