Komiksy już dawno zostały uznane za nowoczesną mitologię Zachodu, ale współczesna popkultura ma przy tym atrybut, który trudno przecenić. Opowieści o superbohaterach z biegiem czasu okazały się niezwykle plastycznym materiałem adaptacyjnym, nawet w swoim własnym obrębie. W każdej dekadzie – a czasami nawet częściej – kolejnym pokoleniom czytelników oferują coraz nowsze, dostosowane do ich potrzeb inkarnacje odzianych w peleryny herosów. I choć teoretycznie pewną kulą u nogi jest kanon – niezmienny rdzeń fabularny, którego nadpisać nie można, gdyż stanowi o unikalności historii i portretu charakterologicznego danej postaci – to jednak mający ambicje artystyczne twórcy, podobnie jak nastawione na zysk wydawnictwa bardzo często to ograniczenie omijają. Spragnieni nowych doświadczeń czytelnicy dostają wtedy do rąk opowieści rozgrywające się w alternatywnych realiach.

Stąd biorą się historie odpowiadające na pytanie, co by było, gdyby Batman miał okazję zapolować na Kubę Rozpruwacza („Gotham w świetle lamp gazowych”), spotkał Edgara Allana Poego („Nevermore”) czy został ukąszony przez księcia wampirów (trylogia „Batman & Dracula”). Tytuły te stanowiły część zawieszonej już inicjatywy Elseworlds prezentującej niekanoniczne, ale intrygujące opowieści publikowane pod szyldem DC. Natomiast konkurencja z Marvela do dziś wydaje sporadycznie kolejne tomy nierzadko prowokującego „What if...?” (Co by było, gdyby...?). O ile jednak DC, choć nie było to regułą, swoje postacie zdecydowało się umieszczać najczęściej w nieoczywistych kontekstach, tak seria Marvela przez długi czas opierała się głównie na postawieniu istniejącego uniwersum na głowie, zastanawiając się, jak wyglądałyby losy danego herosa, gdyby jego życie potoczyło się zupełnie inaczej, niż opisuje kanon. Inne wydawnictwa również eksperymentowały z posiadanymi licencjami i proponowały nierzadko wywrotowe historie, na przykład Dark Horse i nieformalna trylogia „Star Wars: Infinities” przedstawiająca alternatywne wersje zdarzeń znanych z oryginalnej serii filmowej „Gwiezdnych wojen”, rozpatrująca scenariusz nieudanego ataku na Gwiazdę Śmierci czy śmierć Luke’a na lodowej planecie Hoth.

Jednak choć DC już od lat nie wydaje nowych tytułów opatrzonych logo Elseworlds, nie znaczy to, że kompletnie zrezygnowało z historii niekanonicznych. Do pewnego stopnia rolę tamtego imprintu przejęła wydawana od 2010 roku seria „Ziemia Jeden”, prezentująca reinterpretację pierwszych lat działalności najważniejszych postaci uniwersum zgodną z wymogami czytelnika XXI wieku, czyli kładąc nacisk na psychologię, kwestie moralne i trudności bycia superbohaterem. Przed rokiem i polscy czytelnicy mogli poznać Batmana, któremu psuje się sprzęt i który dostaje cięgi. Zerwanie z kajdanami kanonu umożliwiło Geoffowi Johnsowi napisanie od nowa historii dopiero formującego się Mrocznego Rycerza, który, z początku napędzany chęcią zemsty, odkrywa, że ciąży na nim znacznie większa odpowiedzialność. Johns czyni ją niekiedy może aż nazbyt dramatyczną (matka Bruce’a okazuje się potomkinią rodu Arkham, co, jeśli ufać plotkom, czyni i jego naznaczonym piętnem szaleństwa), lecz podejmuje kilka trafnych decyzji. Nie razi chociażby ciągłe sięganie do co prawda przepastnego, ale jednak oklepanego katalogu ze szwarccharakterami przez wzgląd na wprowadzenie interesujących nowych postaci i rozwinięcie tych już nam znanych, jak Alfreda czy Bullocka.

Teraz możemy już czytać po polsku drugi tom, równie dobry. Pojedynek z Riddlerem, przynajmniej na pierwszym planie, stanowi przyczynek do rozwinięcia relacji między bohaterami i wątków z wcześniejszego komiksu. Kontynuację Johns już zapowiedział. Cóż, może być i tak, że po przeczytaniu „Ziemi Jeden” komuś nawet nie będzie się chciało sięgać po kanon.

Batman: Ziemia Jeden, tom 2 | scenariusz: Geoff Johns, ilustracje: Gary Frank | przeł. Tomasz Sidorkiewicz | Egmont 2016