Powieść „Dom z witrażem”, która zwyciężyła w konkursie Znaku i stała się u nas literackim wydarzeniem, zdecydowała się pani napisać po polsku. Dlaczego?

„Dom z witrażem” pisałam około pięciu lat i od początku nie wahałam się z wyborem języka. Pierwsze 24 lata swojego życia spędziłam w wielojęzycznym i wielokulturowym Lwowie, rozmawiałam i pracowałam jako dziennikarka w trzech językach: ukraińskim, polskim, rosyjskim. Kiedy w 2002 roku zamieszkałam w Polsce, zachwyciłam się tutejszym dialogiem publicznym, różnymi trendami w literaturze i dziennikarstwie, życiem kulturalnym w ogóle, zachciałam zostać jego częścią. Moja książka jest napisana przede wszystkim dla Polaków – zobaczyłam to bardzo wyraźnie wtedy, gdy została przetłumaczona na ukraiński – dla moich rodaków należałoby napisać ją trochę inaczej.

Czyli w jaki sposób?

Nie musiałabym tłumaczyć pewnych oczywistości związanych z sowiecką codziennością, natomiast trzeba byłoby opowiedzieć więcej o polskim Lwowie, ale od wewnątrz.

Wracając do Polski, którą zastała pani po przyjeździe z Ukrainy... Co tak bardzo panią w niej zafascynowało?

Zachwyciłam się m.in. polskimi reportażami – to był fascynujący, niezwykły sposób opisywania otaczającej rzeczywistości, ludzi. Byłam pod wrażeniem dokumentalistyki filmowej. Chodzi nie tylko o wysoką jakość prac, z którymi się zetknęłam, lecz również o to, że nieustannie komentowały bieżące życie, natomiast na Ukrainie w latach 90. ubiegłego wieku wiele zjawisk pozostawało w strefie niewypowiedzianego: szkoła dziennikarstwa sowieckiego już niewiele miała do powiedzenia, dziennikarze o nowoczesnym spojrzeniu dopiero się tego i owego uczyli. Do tej pory podziwiam rzetelną pracę wykonywaną przez polskich historyków i autorów biografii znanych osób: my u siebie wciąż nie możemy wydać np. rzetelnych biografii metropolity Szeptyckiego, Salomei Kruszelnickiej czy napisać wiarygodnej historii UPA. Jeśli chodzi o literaturę piękną, to uważam, że w Polsce wydaje się sporo dobrych książek, w czasie gdy Ukraina wciąż boryka się z problemem wielojęzyczności, a konkretnie z tym, że przez wiele lat rynek był zalewany książkami z Rosji, co rodzimym wydawcom zostawiało niewiele szans na sukces.

Pierwowzór tytułowego domu z witrażem istnieje naprawdę. Jaka była jego historia?

Chodzi o secesyjny witraż w jednej z kamienic w centrum Lwowa, wygląda dokładnie tak, jak ten z mojej powieści. Kamienica została zbudowana w czasach austriackich, w pierwszych latach XX wieku, autor witrażu nie jest znany, mimo że lwowscy historycy sztuki wszędzie szukali informacji na jego temat. W momencie gdy oddałam książkę do druku, zdemontowano go i teraz, wbrew temu, co wymyśliłam i co się dzieje na stronach powieści, jest poddawany konserwacji.

Od obrazu witrażu zaczął się pomysł na powieść?

Pomysł na powieść zaczął się od Lwowa, „mojego Lwowa”. Mam znajomego Słowaka, który przyjeżdżając do Lwowa, śmieje się – dlaczego każdy mówi tam „mój Lwów”, co jest tak szczególnego w tym mieście, że ma tak wiele odmian i twarzy i każdy ma jakąś własną? Otóż moją główną motywacją było przedstawienie tych aspektów historii i atmosfery Lwowa, które kiedyś mnie ukształtowały.

Obrazy Lwowa w książce są obrazami, które zapadły pani w pamięć w dzieciństwie?

Moja powieść nie jest autobiografią – nie miałam matki śpiewaczki, moja matka nie zginęła od strzału snajpera, miałam ojca i dziadka i tak dalej, i tak dalej. Niemniej jednak pełnymi garściami czerpałam ze swoich lwowskich wspomnień – na przykład rozdział „Akademicka” jest próbą odtworzenia każdego metra tej ulicy z lat osiemdziesiątych. Wszystko, co dotyczy ulic, kamienic, zabytków, historii, jest z życia wzięte.

Pani też dorastała w starej kamienicy?

Wychowałam się w centrum Lwowa, w kamienicy nieopodal domu z witrażem, który opisuję w powieści. Po raz pierwszy jednak zobaczyłam witraż dopiero w wieku 16 lat. Upadek komunizmu i to, jak to przeżywali lwowianie, w tym moi rodzice, były doświadczeniami silnie kształtującymi moją tożsamość, to samo dotyczy wieloetniczności i zagmatwanej historii mojego miasta.

Jaką historię Lwowa chciała pani opowiedzieć Polakom?

To jest proste: w świadomości przeciętnego Polaka utrwaliła się wizja tego, że w 1939 roku, najpóźniej w 1944, Lwów przestał istnieć. Zrozumiałe, skąd się to bierze – utrata tego miasta była wielką traumą i zostawiła w psychice zbiorowej, o ile mogę użyć tych słów, bardzo specyficzny ślad – innymi słowy, jakoś sobie trzeba było z nią poradzić, więc udawano, że Lwów został zatopiony jak Atlantyda i przeszedł do kategorii krain mitycznych. Nasilała to cenzura peerelowska, przez wiele lat niepozwalająca o tej utracie mówić na głos. Ja chciałam uzupełnić tę białą plamę i pokazać to, jak żyli ludzie we Lwowie po tym, jak zgodnie z określeniem mojej bohaterki „Polska stamtąd się wycofała, nas ze sobą nie wzięła”.

Podoba mi się fragment, w którym bohater mówi, że na wiosnę Lwów „linieje”: odkrywa stare fragmenty fasad, różne alfabety, zapomniane warstwy miasta prześwitują przez nowsze...

Sądzę, że jest trochę podobnych miast na rozdrożach kultur i języków – na przykład, czytając „Stambuł” Orhana Pamuka, odnajdywałam w nim znaną mi nostalgię, znane klimaty. Ktoś mówił mi, że podobnie jest w niektórych miastach Portugalii i na Bałkanach – jeszcze tam nie byłam. Specyfiką Lwowa jest nie tylko jego położenie między Wschodem a Zachodem, a także intensywna sowietyzacja, która nałożyła na miasto swoistą pieczęć. Polacy mają tendencję, by ją ignorować – tak, niby po 1939 lub 1944 roku miasto przestało istnieć, ja próbuję scalić wszystkie okresy, nie ignorując żadnego, nawet najbardziej niechcianego.

„Dom z witrażem” to także historia kobiet: silnych, upartych, ale też nieszczęśliwych. Mężczyźni w ich życiu pojawiają się, by za chwilę zniknąć. Mam wrażenie, że podobne typy zdeterminowanych i zdanych na siebie kobiet często występują we współczesnej literaturze ukraińskiej.

Opisuję dość rozpowszechniony typ sowieckiej inteligentki: żyje w biedzie, nieraz w straszliwych warunkach bytowych, ale poczucie własnej godności czerpie z wykonywanego zawodu, a także ze sztuki i kultury – wręcz żyje, oddycha sztuką, zapominając o tym, że musiała sześć godzin stać w kolejce po masło czy kilka razy cerować te same rajstopy. Poza tym rodzina bez mężczyzn, gdy kobiety musiały radzić sobie same, była dość typowa dla czasów powojennych.

Jak bardzo Lwów zmienił się od czasów, które pani opisała? Miasta, w których dorastali trzydziestoparoletni dziś Polacy i Ukraińcy, zmieniły się nie do poznania, a mimo to wielu z nas odczuwa nostalgię.

Naturalnie nie chcę wracać do czasów ZSRR, ale w swojej książce dałam upust czemuś w rodzaju nostalgii dokumentującej – na przykład wiarygodnie odtwarzam sowieckie sklepy znajdujące się przy ulicy Akademickiej, chociaż żaden z nich w tej postaci już nie istnieje. Owszem, były przerażające, ale jako dziecko nie znałam innych.

Polaków i Ukraińców dzieli dość zasadnicza kwestia. Polska była krajem bloku komunistycznego, Ukraina – sowiecką republiką. My nie musieliśmy sobie stawiać pytań o tożsamość narodową, o wybór języka, którym chcemy mówić. Po upadku komunizmu w Polsce wiele osób czuło się oszukanych i przegranych, do starego systemu nie było jednak powrotu. Niektórzy bohaterowie pani powieści po rozpadzie ZSRR czują się zagubieni, nie wiedzą, czy ufać nowemu, czy wracać do starego, przynajmniej znanego układu.

Tak, w tym względzie nasza historia bardzo się różni. Pamiętam, jak po upadku komunizmu wyobrażałam sobie, że u nas, podobnie jak w Polsce, zostaną szybko przeprowadzone reformy i wkroczymy w nową erę. Jakież było moje zaskoczenie, gdy w wyniku kolejnych wyborów do władzy znów dochodzili komuniści, niezreformowani, nawet niezmieniający nazwy, otwarcie pragnący powrotu do przeszłości. Proszę pamiętać, że większość terytorium współczesnej Ukrainy wchodziła do składu ZSSR przez prawie 70 lat – to spustoszyło umysły na wielką skalę.

Kiedy zaczęła pani pisać „Dom z witrażem”, było to jeszcze przed wydarzeniami na Majdanie. Jest w tej książce jakiś rodzaj proroctwa? Jaki byłby koniec powieści, gdyby nie dopisała go historia?

Gdy w 2010 roku pisałam o ciele zbroczonym krwią i zawiniętym w żółto-niebieską flagę, nie miałam pojęcia, że w 2014 r. zobaczę takie ciała w realu. To było trudne doświadczenie, również dlatego, że wcześniej coś takiego wymyśliłam i opisałam... Majdan był tak mocnym doświadczeniem dla mnie, że pod jego wpływem dopisałam ostatni rozdział – nie wiem, czy miałam rację, czy zbytnio się nie pospieszyłam. Nie wiem, jaki byłby ostatni rozdział bez niego – pisanie fikcji tak mocno splotło się z historią, która dzieje się na naszych oczach, że już nie jestem w stanie cofnąć taśmy i wyobrazić sobie, że kończę książkę przed Majdanem.

W ubiegłym roku Polacy chętnie okazywali gesty solidarności z Ukrainą. Nadal odczuwa pani tę solidarność czy okazała się ona zjawiskiem krótkotrwałym?

Uważam, że ta solidarność jest autentyczna i głęboka, nigdy jej nie zapomnę. Jeszcze da swoje owoce. Sądzę, że obydwa nasze narody bardzo się zbliżyły, wielu Polaków patrzy teraz na Ukraińców z wielkim szacunkiem. Trzeba tylko bardzo uważać na propagandę rosyjską, która również w Polsce jest obecna i działa skutecznie, między innymi poprzez mówienie o trudnych momentach wspólnej historii przez pryzmat nienawiści i nacjonalizmu.

Czy w tej chwili myśli pani z lękiem o przyszłości Ukrainy?

Z obawą i nadzieją, przy czym nadzieja przeważa.