PAP: Jak wyglądały Święta Bożego Narodzenia w PRL-u?

Dr Andrzej Zawistowski: Mówiąc o świętach w PRL-u, a właściwie już od 1944 roku czyli po przejęciu władzy przez komunistów, powinniśmy pamiętać, że odbywały się one w dwóch obszarach.

Święta w rodzinie niewiele różniły się od tego, co mamy dzisiaj. Z czasem doszło do unifikacji niektórych zwyczajów i stały się one uniwersalne dla całego kraju.

Natomiast różnicą podstawową było to, jak do tych świąt przygotowywało się państwo. Było ono w trudnej sytuacji, ponieważ władza komunistyczna mówiła, że są święta, tylko nie mówiła jakie to święta. I choć nie akceptowała religijnego wymiaru tych dni, przez miesiące przygotowywała się do nich ze szczególną starannością.

Raz tylko – w grudniu 1970 r. – nie doceniono wagi okresu przedświątecznego. Wtedy, dziesięć dni przed świętami, władze ogłosiły wysokie podwyżki cen żywności. Bunt, który wybuchł przede wszystkim na Wybrzeżu, chociaż jego zasięg był ogólnokrajowy, był związany m.in. właśnie z tym, że ceny podwyższono tuż przed świętami. Jeżeli ktoś odłożył sobie pewną sumę pieniędzy na zakupy przedświąteczne, to okazało się, że te zakupy będą mniejsze. Ten błąd drogo kosztował I sekretarza KC PZPR Władysława Gomułkę i premiera Józefa Cyrankiewicza – stracili stanowiska.

Czy religijny charakter Świąt był dla władzy problemem?

Dr Andrzej Zawistowski: Władza komunistyczna miała problem, co zrobić ze świętami religijnymi. Wiadomo było, że ich zupełne odebranie spotka się z buntem społecznym. Rozwiązania sowieckie, gdzie w latach 30. Boże Narodzenie zastąpiono Świętami Noworocznymi nie wchodziło w grę. W związku z tym starano się wyjść z tego problemu. Początkowo były obecne jeszcze świąteczne akcenty religijne, co władze próbowały również wykorzystać propagandowo. W prasie nadal obecne były Święta Rodzina, żłóbek, stajenka.

Zmiana nastąpiła z końcem lat 40. i wejściem w okres tzw. twardego stalinizmu. Znikło „Boże Narodzenie”, były już tylko „Święta” – oficjalnie władze życzyły obywatelem „Wesołych Świąt!”, „Wszystkiego dobrego na Święta i Nowy Rok!”.

Kiedy spojrzymy na prasę z tego okresu, to symbolem „świąt bez nazwy” była choinka, bombka, płatek śniegu. Czasami był Mikołaj, ale nie w wersji biskupiej, tylko „krasnoludzkiej”. W latach 50. jako symbole świąteczno-noworoczne pojawiają się przodownicy pracy. Po 1956 roku to się kończy, ale aż do 1988 roku w oficjalnej propagandzie mówi się o nienazwanych świętach, choć często była to maska ideologiczna.

Dopiero w 1989 roku w gazetach pojawiają się elementy religijne związane z tym świętem. To była instytucjonalna schizofrenia – wszyscy wiedzieli, jakie to są święta, czego dotyczą, że pokazują tradycję.

Jak gospodarka socjalistyczna planowała Święta?

Dr Andrzej Zawistowski: Gospodarka przygotowywała się już od sierpnia-września. To były przygotowania na szeroką skalę, bo to, jak miała wyglądać struktura dostaw na rynek było przygotowywane już w planie rocznym. Dwa newralgiczne okresy – przed Świętami Wielkiej Nocy i przede wszystkim przed Świętami Bożego Narodzenia – były planowane dużo wcześniej, jeżeli chodzi o strukturę dostaw, a zwłaszcza dostaw z importu, czyli tych towarów, które tradycyjnie powinny się na polskich stołach pojawić i które miały te święta symbolizować – pomarańcze, cytryny, banany.

 Temat dostaw cytrusów na Święta to jedno z najczęstszych skojarzeń dotyczących zaopatrzenia w Święta Bożego Narodzenia w PRL…

Dr Andrzej Zawistowski: Sygnałem zbliżających się Świąt były zapowiedzi w „Dzienniku Telewizyjnym” czy w prasie, że do portu w Gdyni, Gdańsku czy Szczecinie wpłynął statek, na którym były pomarańcze przeznaczone na przedświąteczną sprzedaż. To oczywiście nie oznaczało, że pomarańczy nie można było kupić pomiędzy świętami, ale były z tym bardzo duże trudności.

W latach 80. próbowano zamienić pomarańcze na grejpfruty. Z tego zrobiła się ogromna awantura, bo ludzie w Polsce, zwłaszcza poza dużymi miastami, nie znali takiego owocu jak grejpfrut. Kupili coś, co wyglądało jak pomarańcza, a okazało się, że smakuje zupełnie inaczej. Do Komitetu Centralnego PZPR napływały skargi i protesty.

Jak wyglądała organizacja handlu w okresie przedświątecznym?

Dr Andrzej Zawistowski: Oczywiście zakupy przedświąteczne z reguły oznaczały konieczność odstania w krótszych lub dłuższych kolejkach. Nie było wówczas sklepów typu supermarket, więc Polacy musieli odwiedzać po kilka sklepów by dokonać całościowego zaopatrzenia. Co więcej, sklepy były czynne tylko w ściśle wyznaczonych godzinach. Na prowincji najczęściej do 17.00 lub 18.00, w większych ośrodkach – z reguły maksymalnie do 19.

Nie dziwne więc, że wiele osób „urywało się” z pracy, by zrobić zakupy. Jednak Święta Bożego Narodzenia zbiegały się w czasie z końcem roku, co oznaczało walkę o wykonanie planów rocznych. Dyrekcje zakładów bardzo starały się, aby zapewnić pracownikom możliwość zakupu towarów świątecznych na terenie zakładów pracy. Po pierwsze poprawiało to atmosferę, ale po drugie – co było ważne – pracownicy nie urywali się z pracy z instytucji, urzędów, a zwłaszcza z fabryk i nie chodzili stać w kolejkach, aby czekać przed sklepami na towary, które na święta trzeba kupić.

Warto pamiętać, że lodówka, zwłaszcza do początku lat 70., wcale nie była standardowym wyposażeniem mieszkania. To był dosyć drogi sprzęt, a poza tym niewielki, w związku z czym wszelkie zakupy na święta były dokonywane w okresie bezpośrednio przedświątecznym.

Jakie udogodnienia organizowano zatem w zakładach pracy?

Dr Andrzej Zawistowski: Organizowano specjalne kiermasze, możliwości zakupu przez pracowników towarów świątecznych na terenie zakładu pracy. W drugiej połowie lat 70. stały się wręcz popularne specjalnego rodzaju kartki, bony czy talony, które umożliwiały robotnikom danej fabryki zakup towarów deficytowych w sklepie bez konieczności stania w kolejce i oczekiwania na przywóz tego towaru. Pracownicy mogli też zamówić specjalne paczki z żywnością świąteczną.

Nie wszyscy mogli jednak liczyć na taką możliwość…

Dr Andrzej Zawistowski: Nie mogli liczyć na to zwłaszcza pracownicy niewielkich zakładów, instytucji, emeryci i renciści. Tak naprawdę większość Polaków skazana była na tradycyjny handel.

Handel na długo przed świętami wzmagał przygotowania, zapasy, przygotowywał organizację pracy, żeby przed świętami zapewnić odpowiednie zaopatrzenie. Z myślą o pracujących organizowano tzw. handlowe niedziele (w PRL handel w niedzielę z reguły nie funkcjonował). Najczęściej była to ostatnia niedziela przed świętami. To miało pozwolić ludziom pracy bez zwalniania się i opuszczania miejsca pracy zrobić w przedświąteczny weekend – chociaż tej nazwy wówczas nie używano – zakupy z myślą o świętach.

Jak zaopatrzenie sklepów różniło się w zależności od dekady?

Dr Andrzej Zawistowski: Wszystko oczywiście zależało od kondycji gospodarki. Inaczej wyglądało w latach 50. i 60., inaczej w 70. Z upływem czasu zwiększał się asortyment nabywanych towarów.

W latach 50. kupowano wiele produktów wykorzystywanych do domowego przygotowywania potraw. Z czasem kupowano co raz więcej gotowych dań. Święta stawały się też wystawniejsze. To wpływało na charakter przedświątecznych zakupów. W pierwszych dekadach swoje trzeba było odstać w kolejkach, na początku lat 70. sytuacja poprawiła się. Grudzień 1974 roku był szczytem gierkowskiej prosperity. Chociaż jeśli przejrzymy ówczesną prasę, to dziennikarze ostrzegają, że nie powinno zabraknąć masła, win importowanych, makaronu. Ten zwrot „nie powinno zabraknąć” jest tutaj charakterystyczny.

Od połowy lat 70., a zwłaszcza w latach 80. wygląda to już zupełnie inaczej. Trudnym momentem był grudzień 1980 roku.

Jak wyglądała wówczas sytuacja zaopatrzeniowa?

Dr Andrzej Zawistowski: Grudzień 1980 roku był jednym z najtrudniejszych okresów przedświątecznych. Z jednej strony ludzie czekali na kartki na mięso, które były obiecane w Porozumieniach Sierpniowych zawartych w Gdańsku i Szczecinie. Kartki miały zacząć działać przed świętami i umożliwić jakiekolwiek zakupy. Władzom nie udało się przygotować jednak systemu. W sklepach było kompletnie pusto.

Czy próbowano jakoś zaradzić tej sytuacji?

Dr Andrzej Zawistowski: Pojawiły się regionalne inicjatywy wprowadzenia kartek przedświątecznych w dużych miastach. To nie była nowość, podobnie było w 1951 roku. Wówczas w sierpniu wprowadzono kartki na mięso. Dodatkowo, przed Bożym Narodzeniem wprowadzono specjalne kartki na karpie i śledzie. Obowiązywały one tyko w grudniu 1951 r.

W grudniu 1980 roku wrócono do tego pomysłu. W dużych miastach pojawiły się kartki przede wszystkim na mięso i na wędlinę, a także, choć rzadziej, na masło czy margarynę. Oczywiście od 1976 roku funkcjonowały także kartki na cukier. Sprzedaż reglamentowana dotyczyła więc najpotrzebniejszych produktów – mięsa oraz masła, margaryny i cukru do wypieków, bez których nie mogło być świąt.

Czy ta reglamentacja z grudnia 1980 roku była oficjalnie zaakceptowana przez władzę?

Dr Andrzej Zawistowski: Minister handlu wewnętrznego i usług był temu przeciwny, ponieważ wiedział, że nie jest w stanie zapewnić dostaw na poziomie zagwarantowanym przez kartki. Poza tym nie mógł wprowadzić kartek tylko w dużych miastach, bo prowincja powiedziałaby, że jest traktowana gorzej, o czym i tak była przekonana.

Kartki wprowadzane były z inicjatywy władz lokalnych – wojewódzkich, miejskich w dużych miastach – które zdecydowały się na wprowadzenie tej reglamentacji, np. w Warszawie, Gdańsku, na Śląsku. To spowodowało dużo konfliktów, pojawiły się strajki z żądaniami przyznania kartek mieszkańcom kolejnych miejscowości. W Płocku trwała okupacja kilku sklepów mięsnych, gdzie ludzie zagrozili, że nie wyjdą, dopóki nie wprowadzą kartek i nie sprzedadzą im mięsa. W Piotrkowie Trybunalskim okupowano urząd wojewódzki.

Kiedy reglamentacja rzeczywiście zadziałała, to lokalnie rozładowała sytuację. Miała charakter postępujący – w Warszawie ogłoszono ją w połowie grudnia, natomiast w niektórych miastach na Kielecczyźnie kartki pojawiły się dopiero 23 grudnia. Niektóre województwa, jak np. radomskie, odmawiały tego typu działań, argumentując, że ludzie i tak mają rodziny na wsi, więc się wyżywią. To była zresztą oficjalna argumentacja w takich wypadkach.

Czy w następnych latach takie kłopoty z zaopatrzeniem powtarzały się?

Dr Andrzej Zawistowski: Kłopoty były i to stałe. Władza reagowała podobnie jak w latach 70. – starała się dostarczać więcej towaru na rynek. Jeśli był to towar reglamentowany - pojawiały się dodatkowe emisje kartek, aby ten towar sprzedawać na kartki.

Ile średnio pieniędzy rodzina wydawała na przygotowanie świąt? Jaki był to procent budżetu?

Dr Andrzej Zawistowski: To się bardzo zmieniało na rzecz stopniowego spadku wydatków żywnościowych w całym budżecie rodzinnym. Na przełomie lat 40. i 50. w rodzinie robotniczej na żywność przeznaczano od 50 do 70 proc. budżetu. To było bardzo dużo. Dzisiaj w Polsce jest to średnio około 20 proc., a na Zachodzie to jest jeszcze mniej, jeśli chodzi o budżety rodzinne przeznaczane na żywność.

Na święta wydatki wzrastały, musimy tylko pamiętać, że źródła towarów, które trafiały na stół i pod choinkę jako prezenty, były najróżniejsze.

Jakie to były źródła?

Dr Andrzej Zawistowski: Do końca lat 80. bardzo dużo, zwłaszcza deficytowych towarów żywnościowych, ludzie pozyskiwali z różnych źródeł. Handel był oczywiście podstawowym źródłem towarów, ale w warunkach deficytu Polacy rozpoczynali walkę o wymarzoną, świąteczną żywność na wielu frontach. Był czarny rynek, na którym musieli więcej zapłacić, a także indywidualne kontakty z wsią. Do lat 60. większość ludzi mieszkała na wsi – dopiero w na początku lat 60. przecinają się krzywe ludności miejskiej i wiejskiej. Mimo to, nawet ci, którzy przenieśli się do miast, mieli rodziny na wsi, więc własne zaopatrzenie odgrywało niesamowicie ważną rolę.

W jakim stopniu rodziny przebywające zagranicą wspierały swoich krewnych w Polsce?

Dr Andrzej Zawistowski: Paczki przesyłane przez rodzinę z zagranicy ogrywały ważną rolę. Czasami dochodziło do kuriozalnych sytuacji, jak np. trasa, którą pokonywała szynka konserwowa Krakus – jeden z podstawowych polskich przebojów eksportowych na Zachodzie.

W Polsce była ona praktycznie niedostępna, bo znakomicie sprzedawała się na Zachodzie. Na stoły w Polsce bardzo często więc szynka Krakusa docierała z Chicago, Nowego Jorku, gdzie rodziny ją kupowały i wysyłały z powrotem do kraju. Z czasem, można powiedzieć żartobliwie, państwo wychodziło nawet naprzeciw tego typu doposażeniu stołów świątecznych. Polonus w Stanach Zjednoczonych czy w innych krajach zachodnich, nawet już nie musiał tej paczki pakować. Były specjalne usługi polegające na tym, że wpłacało się tylko pieniądze (oczywiście w „twardej” walucie), a paczka była robiona z pomarańczy w Gdyni i była wysyłana do adresata. W związku z tym towar był nieco świeższy i nieco szybciej dochodził.

Oczywiście z zagranicy płynęły też pieniądze, za które można było kupić atrakcyjne towary w sklepach Pewexu. Rzeczą charakterystyczną było to, że ok 60 proc. sprzedawanych tam towarów było rodzimej produkcji. Największą popularnością cieszyła się wódka Żytnia.

Starano się, niezależnie od sytuacji, aby stoły wielkanocne, ale przede wszystkim te bożonarodzeniowe były bogate, syte i obficie zaopatrzone. Dróg do zdobycia tego zaopatrzenia na stoły było wiele.

Kiedy przygotowanie stołu świątecznego było wyjątkowo trudne?

Dr Andrzej Zawistowski: Momentem newralgicznym dla przygotowania Świąt Bożego Narodzenia był 1981 rok, kiedy wprowadzono stan wojenny. Droga, o której wspomniałem, że można było pojechać na wieś i kupić mięso, czy w ogóle przetwory mięsne, była trudna, ponieważ wprowadzono zakaz przemieszczania się pomiędzy województwami. Trzeba było użyć pewnego sprytu, aby części mięsa, które były już przygotowane, przywieść do Warszawy.

Natomiast istniało rozwiązanie, które było znane już od czasów okupacji, czyli „baba z mięsem”. Była to najczęściej kobieta przywożąca przetwory czy mięso. Od lat 70. stała się element krajobrazu dużych aglomeracji miejskich. Zawsze warto było mieć kogoś znajomego, kto takie mięso dostarczy.

Kiedy myślę o świętach w PRL-u, to pierwsze skojarzenie jakie przychodzi mi na myśl, to wielogodzinne stanie w kolejkach. Czy to skojarzenie jest prawdziwe?

Dr Andrzej Zawistowski: Jeśli chodzi o okres przedświąteczny, to oczywiście. Stąd te rozwiązania dot. zakładów pracy, które starały się organizować kiermasze czy robić paczki. We Wrocławiu w 1981 roku był taki mechanizm, że pracownicy dużych zakładów pracy wręcz mogli zapłacić za zrobienie paczki świątecznej. To oznaczało, że przydziały kartkowe mięsa przygotowywano im w formie jednolitej paczki, którą odbierali, płacąc niewielkie pieniądze za jej spakowanie. Chodziło o to, żeby właśnie nie stać w wielogodzinnych kolejkach.

Kolejki były wielogodzinne, ponieważ nikt nie był pewny co, kiedy i czy w ogóle przywiozą. W związku z tym kolejki były długie, zwłaszcza od połowy lat 70., choć podobnie było na przełomie lat 50. i 60. W PRL-u nie było takiego czasu, by osoba dysponująca odpowiednią gotówką mogła legalnie kupić wszystko, na co miała akurat ochotę. Jeżeli to nawet było dostępne, to z pomocą różnych dodatkowych zezwoleń, kartek, talonów czy bonów.

Kolejki były stałym elementem, który pojawiał się przed sklepami, ale z drugiej strony były elementem, który władza w pewien sposób porządkowała. To, jak wyglądała kolejka było uregulowane na mocy ówcześnie obowiązującego prawa – kto może stać w kolejce dla uprzywilejowanych, na jakiej zasadzie funkcjonuje ta kolejka.

Czy coś na święta taniało?

Dr Andrzej Zawistowski: Nie próbowano obniżać cen towarów, bo ceny towarów były ustalane centralnie. Aż do 1982 roku, do wejścia reformy gospodarczej były one stałe, a cenniki były ogłoszone odgórnie. Nie było ważne, czy sklep znajdował się na ul. Marszałkowskiej w Warszawie, czy w niewielkiej miejscowości, gdzieś na głębokiej prowincji, przy ulicy, która nawet nie miała nazwy – cena towaru była taka sama. Co więcej, bardzo często nie miała nic wspólnego z kosztem jego wytworzenia.

Zupełnie rekordowym przykładem, a przynajmniej ja taki znam, była w latach 80. cena słoika dżemu, który kosztował w sklepie 40 proc. ceny jego wytworzenia. Niektórym bardziej się opłacało kupić dżem w sklepie, wyrzucić zawartość i zrobić własne przetwory. Można go było kupić, bo o to chodziło, w przeciwieństwie do pustych słoików, których brakowało.

Czy przed świętami były akcje reklamowe?

Dr Andrzej Zawistowski: Mechanizm, który kojarzy się nam z gospodarką rynkową – promocja, obniżka cen, specjalne oferty – nie mógł mieć zastosowania. Warto pamiętać, że człowiek żyjący w PRL-u był wyczulony na tego typu rzeczy jak reklama, obniżka cen, podejrzewając, że jest to niemożliwe, żeby jakiś towar był dobry i trzeba go było reklamować albo obniżać mu cenę. Musiał mieć ukrytą wadę lub być przeterminowany.

Reklama nie spełniała takiej funkcji, jaką dzisiaj spełnia, dlatego że nie mieliśmy gospodarki rynkowej. Zakład pracy w gospodarce socjalistycznej, przynajmniej do czasów reformy gospodarczej - a później też różnie to wyglądało - nie miał nic z tego, że jego towary sprzedawały się bardzo dobrze, bo i tak był finansowany z budżetu państwa.

Co nie znaczy, że czegoś takiego nie robiono, ale był to „folklor handlowy”. To ciekawie wyglądało, trochę tak, jak na Zachodzie, że reklamuje się, że np. „dzisiaj u nas płatki śniadaniowe”. Oczywiście to wykorzystano, bo nie wszystkie towary cieszyły się równym powodzeniem, niektórzy po takie towary tradycyjnie nie sięgali. Wtedy starano się robić tego typu ogłoszenia, ale raczej ograniczano się do towarów, które pojawiały się, jak to mówiła obsługa, „na sklepie” i trzeba było się ich pozbyć, bo tak było zapisane w planie.

Natomiast jeśli chodzi o towary tradycyjne i obowiązkowe, sprzedające się z reguły przed Świętami – zwłaszcza mięso, towary potrzebne do wypieków czy większość ryb – to nie było problemów ze sprzedażą.

Jak wyglądał świąteczny stół? Czy jego wygląd zmieniał się w czasie?

Dr Andrzej Zawistowski: Z reguły o tym, co się znajdowało na stole, decydowała tradycja, którą ludzie wynosili z domów rodzinnych. Jeśli chodzi o tradycję bożonarodzeniową to tak naprawdę zaczyna się ona unifikować na przełomie lat 60. i 70., co jest związane z upowszechnieniem się telewizji. Chociaż wcześniej były gazety, książki, radio, to dopiero kiedy ludzie widzieli, że w innym regionie kraju jest coś innego, to czasami starali się adaptować to do własnych warunków.

Jeśli spojrzymy na stół wigilijny, to on wygląda tak, jak sto lat temu. Czasami różni się trochę, ale te podstawowe elementy zawsze były. Chodziło o to, żeby zawsze te stoły zapełnić zgodnie z tradycją albo przynajmniej, żeby była tego namiastka.

To nie dotyczy tylko stołów rodzinnych. Spójrzmy, jak obchodzili święta ludzie w obozach koncentracyjnych, jenieckich, na Syberii – oni też się starali odtworzyć, na tę jedną, wyjątkową noc, w sposób symboliczny stół z domu rodzinnego.

A alkohol w czasie świąt…

Dr Andrzej Zawistowski: Niestety trzeba powiedzieć, że alkohol był stałym elementem świąt w PRL. Kościół wykonywał tytaniczną pracę, by przekonać ludzi, że święta są świętami religijnymi i coś takiego, jak picie na umór przy stole świątecznym chrześcijanom nie uchodzi, ale było to z niewielkim skutkiem.

Święta, tak jak wówczas wszystkie inne spotkania towarzyskie, wiązały się ze spożywaniem alkoholu. Nie piło się wina, zresztą tzw. wino importowane było trudno dostępne. Wino polskie tylko z nazwy przypominało wino.

Pito natomiast ciężki alkohol – na stołach królowała przede wszystkim wódka. Ona niestety była stałym elementem w znacznej większości tego typu spotkań, bo święta, oprócz wymiaru religijnego, były też świętami o charakterze rodzinnym, społecznym. Ludzie spotykali się czasem raz w roku. My dzisiaj jesteśmy przyzwyczajeni do niemalże codziennych kontaktów. Gdybyśmy z własnego życia wykreślili telefony komórkowe i internet, to pozostałaby nam z bliskimi, którzy mieszkają od nas 300 kilometrów, jedynie korespondencja pisemna. To była codzienność PRL-u.

Czy władza próbowała zmienić tradycyjne zwyczaje kulinarne w związku z brakami na rynku?

Dr Andrzej Zawistowski: Władza starała się zamienić akcent świąt religijnych na coś zupełnie innego. Kwestie tradycji musiały być tak skonstruowane, by kwestia religijna była na drugim planie albo w ogóle najlepiej, żeby jej nie było.

Były przepisy pojawiające się w prasie kobiecej czy książki kucharskie, które pokazywały, jak można zrobić coś bez czegoś – bez jakichś dodatków do potraw, bez elementów tych potraw – żeby przygotować potrawę, która będzie smakowała albo przynajmniej wyglądała jak te tradycyjne, ale nie będzie zawierała tych wszystkich elementów, których akurat brakuje.

To nie było niczym nowym. Dokładnie tak samo było w czasie II wojny światowej w okupowanej Polsce czy w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Tego typu książki kucharskie, które uczyły przyrządzania potraw w sytuacji deficytu artykułów żywnościowych były na rynku czymś normalnym i z tych wzorców również korzystano.

Rozmawiała Anna Kruszyńska (PAP)

Dr Andrzej Zawistowski – pracownik Katedry Historii Gospodarczej i Społecznej SGH. W latach 2012-2016 dyrektor Biura Edukacji Publicznej IPN. Opublikował m.in.: „Bilety do sklepu. Handel reglamentowany w PRL”, PWN 2017.